Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
poniedziałek, 28 marca 2011
Chwila przed!

Dzieci wczoraj przybyły się pożegnać. Odsiedziały swoje. To znaczy nazywało się, że na kawę przyszły.  Ale pogadaliśmy sobie miło. Córka już pyta , kiedy na następna objazdówkę pojedziemy. No pojedziemy, jak zarobię! :-))))  Z Wnuków, tylko najmłodsza uściskała serdecznie, starsze mają lepsze zajęcia i Rodzicom przekazały, co należy, aby mnie wyściskały ! Rozumiem! Taki wiek. Za parę lat babcia będzie im potrzebna. Np. do dawania klucza od letniego domku! A co! Wiem, co mówię, bo miałam to samo!

Bigos w słoikach zapakowany stoi w lodówce. Zamrażarka też na fool!

Okna udało się pomyć między słońcem a deszczami, i nareszcie mieszkanie przejrzało "na oczy"!

W piekarniku doszedł pasztet świąteczny, który zostawiam z bólem serca, bo nie ja będę się nim delektować!

Na podręcznej szafce w moim pokoiku-gabineciku leżą juz 3 opakowania Nivea Soft dla Jewgienji. Jeszcze muszę oddać książki do biblioteki, skoczyć do skarbówki, bo im się coś nie zgadza w moim niedawno złożonym NIP3, od rzeźnika odebrać suche kiełbasy i z piekarni chleb żytni wiejski, aby w Velbert, gdzie najpierw jadę, posmakowano chociaż trochę naszych polskich specyjałów.

Potem fryzjer i kosmetyczka. I wysłać karteczki wielkanocne. I pakowanie. I jak zwykle wszystkiego za dużo. Zwłaszcza  miesięczników. Bo ciuchy trzeba wziąć i na tzw. końcówkę zimy, i na wiosnę, a nawet prawie lato!

A w ogóle to przebieram nóżkami, bo być może uda się znaleźć sposób, abym miała u Profesora internet! Byłoby super od soboty pisać z Vechty!

Jak się nie uda, to trudno, w koncu się przyzwyczailiście co? Moi Drodzy?

To tak, na wszelki pożądny słuczaj - do miłego w czerwcu!

A na tą przerwę daję Wam wczorajszy obraz mojego jeziora ( lód już wyraźnie w odwrocie )!

niedziela, 27 marca 2011
My - sierotki!

Zostaliśmy osieroceni, pozbawieni najpiękniejszej rozrywki, emocji podnoszącej adrenalinę w długie zimowe dni!

Co mój Ślubny będzie robił za rok w bardzo długie soboty i niedziele? Przecież ten Mały Wielki Człowiek, od dziesięciu lat, od listopada do marca był stałym gościem u nas. I nie było, że boli, jak była transmisja ze skoków, nic innego nie liczyło się, trzeba było wszystko przekładać, obiady, spacery, wizyty rodzinne.

A teraz go pożegnaliśmy! Skończyła się pewna epoka! Nie daj Boże, aby z tego powodu zapanowała, jak to zwykle u nas, żałoba narodowa!

Adam Małysz może zostanie sprawozdawcą sportowym i będzie patronował sukcesom Kamila Stocha. A jak nie? To przecież została jeszcze cała masa wspaniałych zawodników. Bo sport sam w sobie wspaniały jest. Nawet jak nie wygrywają nasi, to przecież budzi emocje!

No i pamiętać należy o Justynie Kowalczyk. Jej zadziorny góralski charakter sprawi, że nie raz będziemy świadkami jej walki na finiszach.

A może i Kubica wróci w wielkim stylu za rok?

Trzeba być dobrej myśli!

Więc nie wyrzucę telewizora!

Całe szczęście, że było coś na otarcie łez!

Pretty Women, obejrzane po raz n-ty, niezmiernie wzrusza, dając nadzieję, że zawsze może byc lepiej!

sobota, 26 marca 2011
Dla Ziemii!

Podarowałam tą godzinę nie tylko jej!

Także moim Prawnukom!

Uzupełnienie!

Do wpisów u Bezmoherowej!   KLIK

 

środa, 23 marca 2011
Podpucha?

 

Akogo  KLIK na swoim blogu popełniła wpis, który można potraktować z przymrużeniem oka, albo.... stwierdzić, że jednak jest coś na rzeczy. Większość blogujących nie pisze wszystkiego, wybiela się, oraz stara się przypodobać. Każdy dużo czyta, wszyscy kochają swoje zwierzęta, uwielbiają dzieci i wnuki i zawsze szanuje rodziców. Akogo stwierdziłą, że nie jest aniołem, i wcale się z tego powodu nie ma zamiaru bić się w piersi, chociaż pokaźna część blogosfery udaje , że jest idealna.

Przeczytałam uważnie jej post, i zaczęłam mocno zastanawiać się nad sobą, i tym, jak  mogę być postrzegana przez innych w sieci.

Czy ja za dużo czytam? Przyznam się szczerze, że zielonego pojęcia nie mam. Mamusia mi zawsze wspominała, że byłam super grzecznym dzieckiem ( zupełnie sobie tego nie wyobrażam ), bo wystarczyło mi dać książeczkę, gdy siedziałam na nocniku, i był ze mna spokój na parę godzin. I tak mi zostało. Jak to mówią niektórzy, "połykam książki". Zawsze, wszedzie i niezależnie od sytuacji. Zaczynałam od bajeczek, potem były baśnie, a jeszcze potem różne czasopisma przedszkolne, dziecięce i młodzieżowe.. Najpierwszym wspomnieniem był "Kichuś majstra Lepigliny" Konopnickiej. A potem Pinokio! Z nim to w  ogóle były przeboje, bo znałam już tę bajkę, a tu akurat do naszej wsi przyjechało kino z seansem o tym pajacyku. Bosz! Jak ja się przestraszyłam, kiedy morskie bałwany porywały Pinokia i kierowały w paszczę wieloryba! Ogromna miłością darzyłam Koziołka Matołka i Myszkę Fiki-Miki. Przeżywałam baśnie braci Grimm i baśnie Andersena. Cudownie bawiłam się z "Ptasim radiem", a  " Na jagody" to dawno temu umiałam na pamięć. W międzyczasie  był Miś, Świerszczyk, Płomyczek i Płomyk. Mam wszystkich Tomków Wilmowskicj i całą masę książek Arkadego Fidlera. Znam wszystkie Anie z Zielonego Wzgórza i uwielbiam ludzi "znających Józefa"! Dawno temu odkryłąm Magdalenę Samozwaniec i jej "Maria i Magdalena" oraz "Moja wojna trzydziestoletnia", są najbardziej zaczytanymi książkami w mojej bibliotece. Jako nastolatka zaczytywałam Filipinkę, a gdy już nie byłam tzw. "siusiumajtka", odkryłam To i owo, Kobietę i życie, Zwierciadło oraz Przyjaciółkę. Potem to już naturalnym było, że sięgnęłam po Twój Styl, Panią i Sukces. Niedawno dopiero dorzuciłam Politykę,  Bluszcz i Wysokie obcasy. Przeszłam przez fazę kryminałów, opowieści geograficznych,powieści historyczne, thrillery, romanse, ale nie lubię fantasy. Jak jadę do pracy w Niemczech, przeszło połowa walizy to czasopisma i książki. Do tego cała masa ebooków w laptopie. Jak jestem w domu, to potrafię siedzieć pół dnia z książką, i czytać. I zupełnie nie docierają do mnie komunikaty Ślubnego typu:" ślepa jesteś, nie widzisz tych kotów walających się po kątach? Czas byłby wziąć się za porządki!" Może tak, ale dla mnie fabuła powieści ważniejsza, niż bałagan.

Niestety do teatru nie chodzę, bo mieszkam w małym miasteczku. Do kina też nie. Nowości mam nagrane na płytach. O to dbają moje Dzieci. Jak mi się uda, to "od wielkiego dzwonu" załapię się na jakiś kabaret.

Lubię wszystkie zwierzęta, ale to nie znaczy, że chciałabym mieć je w domu. Potrafię się zachwycić kotami Owocowej, przypilnować psa sasiadki, współczuć jamnikowi Szwagierki, który jest tak gruby, że ledwo chodzi, ale żeby zaraz brać zwierza do domu, to nie, dziękuję bardzo! Wystarczy mi, że raz miałam suczkę Sonię, która żyła z nami 13 lat, aby po tym przenieść się do psiego raju. Nie chcę już więcej przeżywać tej traumy, gdy zwierzę patrzy oczyma pełnymi cierpienia, a nie można nic pomóc. Przeszłam przez to, a nawet miałam już następnego szczeniaczka na oku, ale Ślubny dał mi wybór: albo On, albo pies! I chociaż wtedy byłam na niego wściekła, że każe mi wybierać, to dzisiaj uważam, że dobrze było, iż wtedy się zaparł.

Progenitura! O, to jest temat poważny bardzo. Bo trzeba niby przyznać się, że kochamy te nasze latorośle, że jesteśmy na każde ich żądanie! A ja - niekoniecznie. Jestem z tzw. zimnego wychowu. To chyba dziedziczne jest, bo mój Dziadek tak wychowywał mego Tatę, a ten dokładnie tak samo postępował z nami, tj, ze mną i trojgiem moich braci. Najważniejsza była dyscyplina i posłuszeństwo. Ja nawet do dziś twierdzę, że instynkt macierzyński nie zdołał się u mnie wykształcić. Akurat moja dwójkę urodziłam w czasie, gdy studiowałam i siłą rzeczy ich wychowywaniem zajął się Ślubny. A potem zostałam kierownikiem dużego zakładu usługowego i dalej byłam mamą bardziej nieobecną w życiu moich Dzieci, niż taką, która jest na każde zawołanie. Nigdy nie przytulałam moich Dzieci, nie zapewniałam ich co chwilę, że je kocham, po prostu robiłam to, co do mnie należało. Własny kąt, micha, raz do roku balowanie z racji urodzin. A kiedy stwierdziłam, że czegoś mi brakuje, że nareszcie chciałabym mieć dziecko, aby je wychować od małości, aby poczuć ta szczególną więź, to było już za późno. Ślubny się zbuntował! On oczyma wyobraźni widział znowu swoją harówę przy maluchach, gdy nie wiedział, w co ręce najpierw włożyć, i nie przemawiały nijak do niego argumenty, że to teraz ja, ja bym wszystko robiła. Spasowałam. A teraz ? Wprawdzie dzieci założyły swoje własne rodziny i mieszkają w tym samym mieście, co ja, ale raczej mamy luźny kontakt. Jakoś tak mam, że nie biegam do nich co dzień, nie sprawdzam, co mają w lodówkach, czy w szafach nie ma bałaganu. To ich świat i nie mam zamiaru w niego ingerować. No, chyba, że poproszą. Wtedy pomogę, nawet finansowo, ale pod warunkiem, że suma do mnie po pewnym czasie wróci. To, że potem ją przeznaczę na wnuki, to już "inna para kaloszy"! I cieszy mnie, że chociaż kiedyś byłam z Córką na wojennej stopie, to od paru lat, nasze relacje zmieniają się na lepsze. Chodzimy sobie razem na pogaduchy do kawiarni, czasem do kina. Gdy zbyt długo nie daję znaku życia, Córa dzwoni z pretensjami, dlaczego się nie odzywam, i bez zapowiedzi potrafi przybiec do nas, aby sprawdzić, co się dzieje.  Niestety, nadal jest problem z Lepszą Połową mojego drugiego Dziecka. Pisałam już o tym i nie będę tego dalej wałkowała, bo to bez sensu. Albo się poprawi samo tak, jak z moją Córcią, albo zostanie w stanie zawieszenia.

Wnuki! Hm, nie jestem Babcią według dawnych stereotypów. Już dawno, dawno temu zapowiedziałam moim Dzieciom, że mogą na mnie liczyć. Jednak tylko jako pogotowie. I tego konsekwentnie pilnuję. Mnie, w czasie, gdy dzieci były mniejsze, nikt nie pomagał, i nie widzę powodu żadnego, aby je wyręczać w wychowywaniu własnych. Od tego zawsze są rodzice. Oczywiście, że kocham moje Wnuki. Ale nie jestem w stanie zajmować się nimi na dłuższą metę, bo najzwyczajniej w świecie to męczące jest. Ale okazjonalnie, czemu nie!

Z Rodzicami też mi jakoś nie wyszło. Tato- wieczny macho i bawidamek, o czym dowiedziałam się, niestety, zbyt późno. Zresztą, nie wiem, może wiedziałam, ale nie chciałam widzieć! Owinął Mamę wokół palca, ale akurat mnie to kilkadziesiąt lat temu specjalnie nie obchodziło. Byłam z Mamą na wiecznej "wojennej ścieżce". Najważniejszy był Tato, byłam wszak jego ukochaną Córeczką. Byłam najstarsza, najszybciej wyszłam z domu na "swoje", i dopiero po latach, gdy Ojciec był już u kresu życia, Bracia uzmysłowili mi, jaka naprawdę była relacja między Rodzicami. Dlaczego tak późno mi to uświadomili, do dzisiaj nie wiem, bo nie przemawia do mnie stwierdzenie, że byłam tak związana z Ojcem, iż żadne argumenty do mnie nie docierały. A może niezbyt dosadnie mi wszystko przedstawiano, może za mało było drastycznych szczegółów, może za szybko zrezygnowali? Teraz, wiadomo! Musztarda po obiedzie, i żal, że nasza Rodzina jakaś taka kaleka po śmierci Rodziców się zrobiła. Ale faktem jest, że zawsze wpajano nam szacunek do starszych. Kiedy zaczęła się moja przygoda z blogowaniem, ze zgrozą czytałam, jak to niektórzy wręcz nienawidzą swoich Rodziców. Do dziś, gdy czytam tego typu posty, nie umiem zająć jednoznacznego stanowiska. Bo mimo tego, co sama się dowiedziałam o moich Rodzicach w bardzo późnym wieku, cały czas tkwi we mnie przeświadczenie, że zawsze musi byc przyczyna takich złych relacji, że bardzo trudno jest dokonać swoistej wiwisekcji. Ale, może ja się mylę? Może nie umiem czytać podtekstów? Nie wiem. Kiedyś byłam zgorszona opisami złych relacji na linii dorosłe dziecko i rodzic. Dzisiaj już nie jestem taka kategoryczna w swych sądach. Ale nadal nie komentuję takich wpisów!

Reasumując powyższe, nadal nie wiem, czy staram się być ideałem, czy tylko się wybielam. Dla mnie naturalne jest, że nie piszę na moim blogu tego, czego nie chciałabym ujawniać. Bo co komu przyjdzie z tego, że czasami mam ochotę potrząsnąć moim jednym z dzieci, aby przejrzał na oczy? Z tego, że Wnuki są czasem uciężliwością, a nie radością? Że pokłóciłam się ze Ślubnym, aż noże fruwały w powietrzu? Chyba nikt nie sądzi, że dwoje dorosłych ludzi, żyjących ze sobą od kilkudziesięciu lat, od rana do nocy, może obyć się bez konfliktów? To jest niemożliwe! Oczywiście jesteśmy na siebie skazani z wyboru, ale zawsze - skazani! W tym tkwi problem! Dlatego, jako mam nadzieję- mądra kobieta, zaserwowałam mojemu małżeństwu krótkie rozstania. Owszem, mają one też inny cel. Zarobkowy. Na naszą, trochę bardziej luksusową starość. Ale co by nie mówić, te wyjazdy zdecydowanie poprawiły jakość mojego małżeństwa. Pozwalają odetchnąć innym powietrzem psychicznym, przewietrzyć swoje przyzwyczajenia, poznać inny świat i ludzi, aby potem z radością wrócić w domowe pielesze, w których czeka stęskniony małżonek. Któremu te dwumiesięczne rozstania też dobrze robią!

I to by było na tyle! :-)))))

Pozdrawia wszystkich, niezbyt idealna fusilla!

 

wtorek, 22 marca 2011
Wychynęłam na świat!

I to od razu nad jezioro. Ślubny zarządził wyjazd, bo chciał nareszcie samochów po zimie umyć. Zatem On mył, a ja sobie poszłam na spacer. Tym razem kijków nie brałam, bo jeszcze nie czuję się na siłach na forsowne marsze. Zabrałam za to aparat. Szkoda tylko, że wiał silny wiatr.

Lód porządnie trzyma się jeszcze przy północnym brzegu,

ale już wyraźnie widać, że zima w odwrocie!

A mnie się marzy taki widok!

poniedziałek, 21 marca 2011
Dopadło mnie!

Dokładnie w tydzień później po tym, jak przekręciło Ślubnego, złośliwe wirusy dopadły także mnie

W ciągu dwóch ostatnich dni myślałam, że trzewia zawiążą mi się w warkoczyk, a żołądek się przenicuje!

Dziś już trochę lepiej, ale jestem słaba jak niemowlę, a kiedy wstaję, czuje się tak jak marynarz na statku w pełni sztormu, gdy mu pokład ucieka spod stóp.

To macham tylko i znowu idę w poziom!

piątek, 18 marca 2011
Filiżanki!

Owocowa  KLIK na swoim blogu namawia do pokazania swoich kubeczków. Ja pokażę filiżanki.

Na regale w kuchni mam filiżanki już nie używane, o wartości sentymantalnej, służące obecnie tylko do ozdoby. Stoją więc te z kompletu podarowanego przez koleżanki na moim wieczorze panieńskim. W czasach deficytu kawy ( lata 80-te ), parzyłam w nich kawę gościom. Wiszą natomiast filiżanko-kubeczki z modnego swego czasu kompletu Lubiana, podarowane przez koleżankę z Wejherowa, gdy zdawałyśmy egzamin dyplomowy.

W tej swoją codzienną kawkę pije Ślubny,

a w tej - ja.

Te są od kompletu kawowego, który dostałam od Rodziców na 40 urodziny.

Na dwóch następnych fotografiach są filiżanki - prezenty z różnych okazji,

a na kolejnych dwóch, filiżanki Bawaria z flomarktu w Julich.

W tej ciemnej z tyłu, piję kawę niedzielną, a ta niebieska to erzatz z allegro, który przypomina mi prawdziwą chińską, zbitą przeze mnie, ale o dużej wartości emocjonalnej.

Kubeczki pokażę wtedy, gdy obfotografuje te w domku nadjeziornym, bo w mieszkaniu miejskim nie mam ich za wiele.

 

czwartek, 17 marca 2011
Randka!!!

Idę na randkę!

Ze Ślubnym!

Ewenement w skali europejskiej co najmniej, bo On nie cierpi chodzenia do kawiarni, restauracji. A dzisiaj zaprasza właśnie do nowo otwartej kawiarni, w samym centrum naszego miasta. Buziaka i prezent ode mnie już dostał. Z życzeniami. Bo dziś jego Imieniny.

Ale takiego rewanżu to się nie spodziewałam!

To lecę się robić na bóstwo! :-))))

środa, 16 marca 2011
Chodzony dzień!

Z Ircią bardzo fajnie się chodzi, zawsze wynajdzie ciekawe ścieżki. Dzisiaj chodziłyśmy miedzy polami a lasem, od czasu do czasu zagłębiając się głębiej między brzozy i świerki. A kiedy wróciłm do domu i trochę odpoczęłam, już Ślubny wołał, że należy iść do Lidla, bo są ciekawe promocje. Na nic moje tłumaczenia, że gazetka już trochę przeterminowana. On musi! Bo ma zamiar kupić pompkę pedałową do pompowania kół rowerowych i samochodowych. Co było robić, poszłam z nim. Oczywiście rzeczonej pompki nie było, ale tak zupełnie z pustymi rękoma z markietu nie wyszliśmy, bo ja kupiłam sobie "buciki" do kijków, a Ślubny wypatrzył teleskopowe nożyce do cięcia krzewów, które mu się na nadjeziornej działce przydadzą. Jak juz się zdarzyło, że byliśmy razem w centrum, to zaczęłam go namawiać na odwiedzenie naszego banku, w którym ostatnio zaoferowano nowy produkt. Za zakupy w marketach spożywczych i stacjach benzynowych bank zwraca 3%, nie więcej jednak niż 50 zł miesięcznie, czyli 600 zł rocznie. Ślubny z początku kręcił nosem, ale wyliczyłam mu, że przy naszych zakupach, średnio miesięcznie możemy zarobić 30-50 zł. Nie są to sumy może oszałamiające, ale czy komuś coś ktoś daje tak prawie "bez nic"?  Jak już mam być Rockefellerem, to od czegoś trzeba zacząć! Jeść trzeba, tankować też, a jeszcze grosz jakiś bank dokłada. No, i to trafiło Ślubnemu do przekonania. Trochę nam to zajęło czasu, bo trzeba było zmienić numery konta, ale dodatkowo zwiększono nam limit debetu ( którego nie używamy, ale miło jest mieć świadomość, że w "razie draki" jest gdzie zrobić skok na kasę ) i limit kwoty pobieranej z bankomatu. Nareszcie też będziemy mieli dwie karty, i będzie można je używać w każdym bankomacie. Wreszcie skończą się niesnaski, że karta zamiast w szufladzie siedzi w portfelu Ślubnego!

Z banku, to już przez całe miasto spacer do domu. Uj! Już mnie podeszwy bolały! ;-) Ale zaległam na kanapie. Butelka wody. Książka. A teraz blogowisko! Jest dobrze.

 
1 , 2 , 3
Archiwum