Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
wtorek, 31 marca 2009

Jejku, jak się cieszę!!!!!!!!

Nadal kłopot z zaśnięciem!

Ale ponoć w tym wieku, to normalka.

W każdym bądź razie, jak rano spojrzałam za okno, zobaczyłam siwo-mleczną mgłę i termometr wskazujący -2 stopnie zimna, to mi się odechciało z łóżka wstawać.

Ale przypomniałam sobie, że przecież moja Córcia ma tylko do końca tygodnia urlop, a tu w mojej szafie jeszcze jedna para spodni się znalazła do zwężenia.

Co było robić? Zwlokłam ciało mdłe i po krótkich ablucjach, a także  „wszamaniu” kromki chlebka, aby się nie nazywało, że na czczo – powlokłam się do Dziecięcia.

Ale z każdym kroczkiem szło mi się raźniej, bo w międzyczasie mgła zaczęła opadać, zza chmurek nieśmiało słoneczko się pojawiało, a w parku mijanym po drodze wrony krakały jak najęte.

Tośmy zasiadły do stołu.

Kawusia, ciasteczka!

Bla,bla,bla!

Nagle dostaję olśnienia, jak przysłowiowy „pomysłowy Dobromil”, i pytam:

- wykupiłam objazdową wycieczkę po Bałkanach na wrzesień. Niestety jako singiel.   Nie chcesz się zabrać ze mną?

Córcia oczy zrobiła jak spodki.

- a co jest do zwiedzania?

- Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra, Albania – odpowiadam zgodnie z planem wycieczki.

Dziecięciu oczy się zaświeciły jak karbunkuły jakieś!

- mama, to było zawsze moje marzenie!

No, to już kułam żelazo, póki gorące.

- to zabieraj się ze mną! Do tych 500 zł, które zaoszczędzę na jedynce, funduję drugie tyle! Pojedziesz?

Dziecię podskoczyło do góry, potem zadzwoniło do drugiej połowy, poinformowało o fakcie ( moja krew – nie uzgadnia, tylko wali po oczach!), swoim sposobem uzyskało akceptację i już pędziłyśmy do Orbisu, aby dopisać ją do mojej rezerwacji.

Największy numer był, jak wyszłyśmy z biura i Córcia dowiedziała się, że to nie do końca tylko autobus. Ale tam i z powrotem czarter samolotem. A Ona nigdy w życiu!

To ją uspokoiłam i rozstałyśmy się w poczuciu, że za parę miesięcy czeka nas wspaniała podróż. I nie chodzi tylko o ta wycieczkę, ale o całokształt naszych relacji, które może zaczną być bardziej serdeczne, niż dotychczas! Zrobię wszystko, by się udało, bo wiem, że warto!

A po południu pojechaliśmy ze Ślubnym na nadjeziorną działkę!

Krokusy zaczęły nieśmiało już wychodzić z ziemii!

Jezioro takie spokojne!

Na tarasie, kiedy rozsiadłam się na fotelu, słońce operuje, jak latem!

Az nie chciało się wracać do domu!

 

 

poniedziałek, 30 marca 2009

Półsennie!

"Kto daje i odbiera, ten się w piekle poniewiera"! Ot, co!

Zabrano mi godzinę w sobotę, to wczoraj mój osobisty biologiczny zegar dostał fiksacji. Spodziewając się, że może tak być specjalnie zwlekałam z położeniem się spać, ale w końcu około 24.oo wylądowałam w łóżku. Po dwóch godzinach bezproduktywnego przewracania się z boku na bok, z zazdrością przy tym przysłuchując się pochrapywaniu Ślubnego, nie wytrzymałam i o godzinie 3.oo w nocy przeszmuglowałam się do pokoik-gabineciku. Kocyk, książka. I tak się zaczytałam, że do wyrka mnie wygnał, wstający do pracy o godz 5.20 Ślubny.

Dobrze, że prosiłam go o nakręcenie budzika na 8.00, bo jak nic, spóźniłabym się na moja "szychtę", czyli babciowy dyżur. Wiadomo, z przedszkola przynosi się najróżniejsze infekcje, więc najmłodsza Wnusia została pod kołderką.  Synowa w tym czasie też biegała po lekarzach, bo trochę wystraszyła się moimi perypetiami zdrowotnymi i woli dmuchać na zimne.

Wracając z dyżuru odebrałam laptopka. Okazało się, że poszła karta sieciowa. Ale "cały i zdrowy" już stoi na biureczku. Jasna sprawa, że trzeba było nadrobić masę zaległości, zwłaszcza w skypowych gadankach. No i odwiedzić musiałam zaprzyjaźnione blogi. Dlatego nóżki, rączki i oczka zmęczyły się ociupinę.

Dobranoc! :-)

czwartek, 26 marca 2009

Przerwa!

Laptop idzie do naprawy!

Pa,pa,pa! Do poklikania!

środa, 25 marca 2009

Wiosna?

W poezji zawsze!!! Dlatego na przywołanie Wiosny ten wiersz dla Wszystkich!

"Bo Kobieta to wiosna

Bo na swych spojrzeń krosnach

Sen

I Sens

rozwiesza, rozpina i umaja, ukwieca

i tym wszystkim tak pięknie wygina

Tak jak wiosna

Powieje, otuli, pogłaszcze

że zawładnie od zatraceń się

do i nawet się zaprzepaszczeń

Naturalnie

naturalnie aż tak

Że się zdaje, że tak będzie zawsze

 

 

Bo

Kobieta to…

…ta

Widziana

Z góry

Z dołu

I z obu przodów

Obu boków

Jawi się jako

Piata

Niezaprzeczalnie najważniejsza

Choć jakże piata pora roku

Kobieta to

Dobro i zło

I to

I sio

I owo

I Siostra

I Sio-krates

I tekst

I test

I atest

Mądra i podła

Głupia i dobra

Kobieta to

Tak zwane TO

Którego tak

wszystkim brak

I schemat

I poemat

Kobieta To

ta świata część

Której

pozornie

nie ma"

                                                                                                          Andrzej Poniedzielski

wtorek, 24 marca 2009

Depresja poporodowa!

Kilka dni temu odwiedziłam młodą Rodzinę, której urodziło się Dziecko.

Niby nic nadzwyczajnego, ale….

Pierwszy raz spotkałam się z sytuacją, kiedy to młoda Mama kompletnie „olewała” nie tylko dziecię, ale wszystko!

Nie robiła dosłownie nic!

Nie kapała dziecka, nie wstawała do niego w nocy, nie prała ciuszków i oczywiście ich nie prasowała, nie wyparzała - czego trzeba wyparzyć.

Nie interesowała się tym, co robi partner ( oboje są w związku nieformalnym ), chociaż chłopak dwoił się i troił, aby sprostać nowej dla siebie sytuacji.

Miałam nawet wrażenie, że gdyby mógł karmić piersią, to doskonale zastąpiłby partnerkę.

W domu panował nieopisany bałagan, bo nie było komu sprzątać.

Obiady gotuje mama Młodego raz na parę dni. Wszelkie próby pomocy lub nauczenia podstawowych zasad opieki i prowadzenia domu spełzają na niczym, bo Młoda nie jest zainteresowana.

Po katach walają się sterty brudnych rzeczy młodych i osobne sterty nie wyprasowanych ciuszków dziecka.

Młoda przyjmuje wszystkich w barłogu, ( bo inaczej nie można tego, co jest na tapczanie nazwać) w niemytych chyba od porodu włosach i piżamie poplamionej własnym mlekiem, przy okazji prezentując niezbyt estetyczny obrazek własnego brzucha, bo akurat brak guzików w górnej części piżamy.

Słowem obraz nędzy i rozpaczy!

Ponoć to się teraz jakoś tak mądrze nazywa!

Depresja poporodowa!

Hm. Staram troszkę, ale własnych dzieci mam dwójkę, w rodzinie bratowe dwie miały po trójce, jedna piątkę. Córka ma dwójkę. O Synowej się nie wypowiadam, bo to inny przypadek, nie mieszczący się w tabeli. Ale żadna z nas nie miała oznak „tej” choroby.

Zastanawiając się nad tematem doszłam do wniosku, może mało budującego, ale według mnie całkiem prawdopodobnego.

Czy w imię nowoczesności nie nazywa się pewnych „rzeczy” tylko dlatego, aby było prościej wytłumaczyć niejasność?

Na dobra sprawę przecież mogłabym się posłużyć dobrze znanym zawołaniem znanym wielu z mojego przedziału wiekowego, czyli: za moich czasów tego nie było!

Nie było Internetu, mp3, telefonów komórkowych, You tube.

Były i są książki, ale bez tych współczesnych zdobyczy wiem, że moje obecne życie byłoby nie tak ciekawe.

Jednak np. nie pamiętam, abym miała PMS. To znaczy, pewnie i miałam, i jakoś z tym funkcjonowałam.  Ale teraz istnieje jako wygodne wytłumaczenie pewnych zachowań,i bardzo dobrze funkcjonuje wśród młodych Kobiet.

Skórka pomarańczowa! Pewnie była od wieków, ale dopiero kilkanaście lat temu wielkie koncerny farmaceutyczne nas przekonały do tego, że jest „be”!

A golenie? Jasne, pod pachami rozumiem! Lub, gdy miejscami owłosienie za gęste! Ale niech mi ktoś wytłumaczy, czy Matka Natura się myli, tworząc naturalny, naskórkowy system wentylacji organizmu? Bo jeśli nie, to dlaczego goli się wszystko, co się da na nogach, rękach, bikini? Przekonano nas, że to nieestetyczne. I tyle!

Jedynie z ta depresją poporodową poradzić sobie nie umiem! Chociaż? Może to też kolejny stereotyp, że współczesne pokolenie jest słabe psychicznie?

poniedziałek, 23 marca 2009

Ślizg....

Dosłownie. Od paru dni prześlizguję się po powierzchni życia. Wczoraj, gdyby Córcia nie zadzwoniła, że życzy sobie nas widzieć na kawie, siedziałabym w domu. W stroju raczej niedbałym. Jak zwykle w tych momentach, nie robiłabym nic.

A tak? Nie było, że boli! Że się nie ma ochoty!

Zrywaj się babo i coś ze sobą zrób, abyś wygladała, jak człowiek!

Nawiasem mówiąc, to progenitura chyba wyczuwa! W końcu jesteśmy krew z krwi, kość z kości!

I dzięki Jej za to! Bo już samo przywitanie radosne przez jedną Wnusię, a po godzinie przez drugą, przypomniało mi, że przecież po coś jeszcze jestem na tym "łez padole"! Wnuk jak zwykle miał pilniejsze zajęcia, więc usprawiedliwiony!

To dzisiaj już trochę podziałałam.

- całe "dzień dobry tvn" obejrzałam ( sic! )

- na obiad sałatkę z brokuła, fasoli czerwonej, jajek i majezonu wykonałam

- książki w bibliotece wymieniłam

- na drugą półkulę wysłałam życzenia Imieninowo-Urodzinowe i Świąteczne

- "zajączka" wysłałam też ( dla 2 dziewczynek ) na południe Polski

- rozmroziłam zamrażarkę, bo niedługo mnie czeka jej załadowanie

A teraz sobie chodzę po necie!

Fascynujące zajęcie, prawda?

niedziela, 22 marca 2009

Znowu nic!

Noc sprzed dwóch dni. Bardzo długo nie mogłam zasnąć. Czekałam. Na jakiś znak, że mi wybaczyła, że wie, jak mi ciężko żyć ze świadomością, iż byłam manipulowana przeciwko niej. Między jawą a snem już myślałam, że jest. Niestety! Nic się nie stało!

Stałam nad jej grobem i pytałam: Mamo, jak długo każesz mi żałować? Odpowiedzi nie było.

piątek, 20 marca 2009

Dla mnie!

Zawsze sama rozdaję, gdy uważam, że się innym należy. Dzisiaj sama potrzebuję! Dlatego ta bajka, nie bajka, dzisiaj - jak nigdy, jest dla mnie. Chcecie posłuchać?

Bajka o Ciepłym i Puchatym

 

„ W pewnym mieście wszyscy byli zdrowi i szczęśliwi. Każdy z jego mieszkańców, kiedy się urodził dostawał woreczek z Ciepłym i Puchatym, które miało to do siebie, że im więcej rozdawało się go innym, tym więcej przybywało. Dlatego wszyscy swobodnie obdarowywali się nawzajem Ciepłym i Puchatym, wiedząc, że nigdy go nie zabraknie.

Matki dawały Ciepłe i Puchate dzieciom, kiedy wracały do domu; żony i mężowie wręczali je sobie na powitanie, po powrocie z pracy, przed snem; nauczyciele rozdawali w szkole, sąsiedzi na ulicy i w sklepie, znajomi przy każdym spotkaniu; nawet groźny szef w pracy nierzadko sięgał do swojego woreczka z Ciepłym i Puchatym.

Jak już mówiłam, nikt tam nie chorował i umierał, a szczęście i radość mieszkały we wszystkich rodzinach.

Pewnego dnia do miasta sprowadziła się zła czarownica, która żyła ze sprzedawania ludziom leków i zaklęć przeciw różnym chorobom i nieszczęściom. Szybko zrozumiała, że nic tu nie zarobi, więc postanowiła działać. Poszła do jednej młodej kobiety i w najgłębszej tajemnicy powiedziała jej, żeby nie szafowała zbytnio swoim Ciepłym i Puchatym, bo się skończy i żeby uprzedziła o tym swoich bliskich. Kobieta schowała swój woreczek głęboko na dno szafy i do tego samego namówiła męża i dzieci. Stopniowo wiadomość rozeszła się po całym mieście, ludzie poukrywali Ciepłe i Puchate, gdzie kto mógł.

Wkrótce zaczęły się tam szerzyć choroby i nieszczęścia, coraz więcej ludzi zaczęło umierać. Czarownica z początku cieszyła się bardzo: drzwi jej domu na dalekim przedmieściu nie zamykały się. Lecz wkrótce wyszło na jaw, że jej specyfiki nie pomagają i ludzie przychodzili coraz rzadziej. Zaczęła więc sprzedawać Zimne i Kolczaste, co trochę pomagało, bo przecież był to - wprawdzie nie najlepszy - ale zawsze jakiś kontakt. Już nie umierali tak szybko, jednak ich życie toczyło się wśród chorób i nieszczęść.

I byłoby tak może do dziś, gdyby do miasta nie przyjechała pewna kobieta, która nie znała argumentów czarownicy. Zgodnie ze swoimi zwyczajami zaczęła całymi garściami obdzielać Ciepłym i Puchatym dzieci i sąsiadów. Z początku ludzie dziwili się i nawet nie bardzo chcieli przyjmować - bali się, że będą musieli oddać. Ale kto by tam upilnował dzieci! Brały cieszyły się i kiedyś jedno z drugim powyciągały ze schowków swoje woreczki i znów jak dawniej zaczęły rozdawać”.

 

Dotąd nie wiadomo, czym skończy się ta bajka. Jak będzie dalej, zależy od każdego z nas.

środa, 18 marca 2009

Drobnostki!

Wczoraj Ślubny miał Imieniny.

To sobie rano, kiedy On spał utrudzony nocną zmianą, powędrowałam do miasta. Prezent mu kupić. Konkretnie koszule, która pasowałaby do brązowej marynarki, zakupionej tydzień temu.

Oczywiście, rzeczoną koszule kupiłam. Rozmiar i numer kołnierzyka był taki, jak należy, więc zadowolona z zakupu powędrowałam po mieście, nie zważając na huraganowe podmuchy wiatru, próbującego wyrwać mi z ręki parasol.

I tak sobie wędrując od sklepu do sklepu, nawet się nie obejrzałam, jak w mojej torbie znalazły się: pudrowego koloru golf, jasnofioletowy sweterek dwa w jednym, a na koniec przecudnej urody sukienka, która przyda się na czerwcową imprezę weselną.

Jak wiadomo, dobre zakupy zawsze wprawiają Kobietę w dobry humor, więc mój humor wydatnie  się poprawił.

Po powrocie do domu, kolejna radość. Kartkę dostałam! Widokówkę!

Wielkie „mecyje”, prawda?

Ale w dzisiejszych czasach dostać normalną kartkę, to ewenement. Trzeba ją kupić, znaleźć adres odbiorcy, napisać kilka zdań, potem iść na pocztę w celu zakupienia znaczka i na końcu ją wysłać. A jest ponoć prostszy sposób – sms wykonany telefonicznie, albo mail szybko wystukać na komputerze.

Więc się uciszyłam, że koleżance, która pojechała na południe się kurować chciało się!

 

A pojutrze mija 10 lat, kiedy odeszła moja Mama. Wyjeżdżam.

poniedziałek, 16 marca 2009

Zdrowotna bieganina!

Tak, jak pisałam niedawno, gdy tylko wróciłam w domowe pielesze, Ślubny zaopakował mnie do łóżka. Nie, nie! Nie gwoli harców ognistych, tylko w trosce o moja zdrowotność.

Przeleżałam prawie sumiennie 6 dni, odpuszczając Urodziny Teściowej i Przyjęcie Rodzinne. Na więcej nie starczyło mi cierpliwości, a i moje stare gnaty też już miały dość! Poza tym pomyślałam sobie, że przed pulmonologiem wypadałoby zahaczyć o laryngologa. A ponieważ dostać się do tego specjalisty to "marzenie ściętej głowy", więc po rozesłaniu wici, dostałam wiadomość, że jest jeden prywatny, i to na dodatek ordynator oddziału w naszym szpitalu. Pan doktor skrupulatnie mnie obejrzał, nakazał wykonanie rtg zatok, gdyż podejrzewa zespół zatokowo-oskrzelowy. To na drugi dzień z rana zdjęcie wykonałam i po 15 minutach meldowałam się u niego na oddziale. I usłyszałam, że jest konieczna operacja prawej zatoki, bo niedrożna i zapchana przez polipy. Termin od razu został ustalony na 27 maja. Nio!!!

A w środę obejrzał mnie pulmonolog. Bardzo się ucieszył, że taka przewidująca byłam, bo on sam też raczej ten zespół podejrzewa, ale jak mam mieć operację zatok, to może jego interwencja nie będzie konieczna. Na wszelki porządny "słuczaj" skierował jednak na badanie spirometryczne. Akurat miałam szczęście, że w rejestracji siedziała żona mego byłego pracownika, która wcisnęła mnie na to badanie, nie na odległy kwietniowy termin, tylko nazajutrz. Badanie wyszło nad podziw dobrze i po ponownej wizycie u sympatycznego  pulmonologa usłyszałam, że mam się zgłosić nie prędzej, jak miną dwa tygodnie po operacji.

Dlaczego się tak rozpisuję, na zdawałoby się prozaiczny temat? Z prostego powodu. Przez całe lata nie chorowałam. No, może za wyjątkiem krótkich przeziębień w okresie jesiennym. W szpitalu byłam 4 razy w życiu: w dzieciństwie na szkarlatynę, w małżeństwie rodząc dwójkę dzieci, a parę lat temu w klinice dermatologicznej, gdy po jednym z kosmetycznych zabiegów miałam spaloną skórę.

Niestety, nie zadbałam jak należy o siebie w ciągu ostatnich miesięcy. Tłumaczenie się pracą, aby nie położyć się w łóżku, jest dziecinadą. Tego typu zaniedbania, jak widać i tak w końcu czkawką się odbijają! A człowiek niestety, nie jest wiecznie młody! I to, co może ujść płazem w młodości, niekoniecznie sprawdza się w wieku dojrzałym.

Wniosek: dbajmy o Zdrowie, bo mamy je tylko jedno!

 
1 , 2
Archiwum