Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
poniedziałek, 31 grudnia 2012
NAJLEPSZEGO!!!

Z ostatnią kartką kalendarza zerwijmy wszystkie złe nastroje, zapomnijmy o wszystkich nieudanych dniach, przekreślmy niewarte w pamięci chwile i wejdźmy w Nowy Rok  2013 jak w nowej sukni wchodzi się na najwspanialszy bal świata!

piątek, 28 grudnia 2012
No, to proza!

Nie rozumiem jak to jest, że Kurti dostaje podwójne dawki leków uspokajających i nasennych, a mimo to, czasami tak buszuje po nocy, że szok. W nowych paputkach od Mikołaja jeszcze bardziej słyszalny u mnie na górce. Tuptał, jak jeż po zagrodzie! Dzisiaj rano gasiłam wszystkie światła, bo jak zakomunikował przy śniadaniu, złodzieje byli i wszystko chcieli zabrać. Tych złodziei to on pewnie tak gonił, bo wczoraj znowu szukaliśmy pieniędzy i książeczek. Całe popołudnie zbiegło na tym, jak co chwilę coś przekładał z czarnej teczuszki do sejfu, i "abarotno", a potem chował w różne miejsca, aby po chwili rozpaczać, bo nie ma, zginęło, zabrali, okradli. Przewidująco schowałam karty ubezpieczeniowe, bo za parę dni muszę iść po skierowanie dla niego na nowy rok, do szpitala na badania krwi. Nawet nie chcę myśleć, co byłoby, gdyby gdzieś je zasiał. I Michiemu zadzwoniłam, że lepiej niech kartę do bankomatu zabierze ze sobą, bo  kilka razy już znajdowałam ją w różnych dziwnych miejscach, a któregoś dnia może tak być, że nie znajdziemy i nic z banku nie wyciągnie.

A teraz po zakupy, bo w nocy Kurti mi cały mój czarny chlebek zjadł. 

niedziela, 23 grudnia 2012
Radujmy się!

Wszystko jest, jak przed rokiem: na szybach srebrne kwiaty

i ten sam obraz w ramach okien, świat biały, jak opłatek...

Będzie Wilia! - Uśmiechną się ludzie, do świątecznej zasiądą wieczerzy-

błogosławiony grudzień!... "W żłobie leży - któż pobieży..."

Pamiętaj: będą ludzie smutni, opuszczeni, niepotrzebni nikomu -

i nikt z nimi słowa nie zamieni, nie zaprosi do swego domu...

Weź do ręki biały opłatek, choćbyś nawet nie miał go z kim dzielić -

i życz szczęścia całemu światu; niech się wszystkie serca rozweselą!...

 

NIE MAM OPŁATKA! ALE MAM CHLEB! I SIĘ Z WAMI WSZYSTKIMI DZISIAJ NIM PODZIELĘ, ŻYCZĄC ZDROWYCH, WESOŁYCH I RODZINNYCH ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA!!!

piątek, 21 grudnia 2012
Nie świątecznie!!!

Człowiek tyle o sobie wie, co sam przeżyje, bo wtedy jest przynajmniej jakieś odniesienie do konkretnej sytuacji! Można się zarzekać, że jest się odpornym na wiele, że nic nie może nas zaskoczyć, ale pewnego dnia przychodzi swego rodzaju tąpnięcie, i dotychczasowe pewniki diabli biorą!

To będą moje  ( na pięć lat jeżdżenia ) trzecie Święta Bożego Narodzenia w Niemczech.

Pierwsze, niespodziewane zupełnie, bo nikt mnie wcześniej nie uprzedzał o konieczności pozostania dłużej, niż wynikało z ustaleń -w Kreuzau, z Babcią Bertą. Jakoś przebrnęłam, bo i niemiecka rodzina babci bardzo dbała, abym czuła się dobrze. Tylko raz, na kilka dni przed godziną zero wzięło mnie na „gulę w gardle” i mokre oczy, gdy z radia usłyszałam kolędę „Cicha noc”. Wprawdzie Babcia Berta jadła w Wigilię tylko bułkę z marmolada, ale ja sobie zafundowałam naszą polską kolację, czyli barszczyk z uszkami, kluski z makiem i kompotu z suszu. Była w wersji mini, ale była.

Drugie Święta, to była Vechta i muzykalny Profesor. Można powiedzieć, że Święta były śpiewające, a Profesor wniebowzięty naszym polskim świątecznym jadłem, co wynagrodził doskonałym akompaniamentem, kiedy wyśpiewywałam polskie kolędy. Prawdziwa przyjemność była przygotowywać to wszystko tak, jakby to było we własnym domu! A już Sylwester, to  był dubelt i wręcz rozpusta muzyczna była!

Tym razem jest nijak. Być może dlatego, że Kurtiego nie opuszczają smuteczki. Wprawdzie pani doktor mówi, że po Świętach to minie, ale faktem jest, iż chyba na mnie to też przeszło.  A niby moja psyche super odporna jest! Na dodatek pogody tutaj takie jakieś nie nastrajające do dobrego  humoru, chociaż nie jestem meteoropatką. Wilgotno od nieustannych, nisko przewijających się mgieł, ciemno, buro i ponuro. Śniegu na lekarstwo. Gimnastyki od jego przerzucania też! Kręgosłup się zbuntował i zafundował mi niezły „heksenszuz”, który nijak nie chce mnie opuścić mimo leków i smarowania różnymi mazidłami. Egzystuje więc tylko na stojąco i leżąco. Pozycje te niestety nie pozwalają na wczytywanie się w blogowe opowieści, które i tak podnoszą mi poziom ciśnienia! I najnormalniej w świecie dostałam blogowstrętu! Gdzie człowiek bowiem nie wejdzie, to radosna atmosfera świąteczna! No dobra, czasem mniej radosna i okupiona trudem, ale z końcową refleksją, że przecież tradycja, że się należy,  bo dzieci, bo wnuki, i takie tam! Wszędzie tylko pucowanie, szykowanie kartek świątecznych i ozdóbek, strojenie choinek, okien, drzwi i wszystkiego co jeszcze nie ustrojone, pieczenie, gotowanie, szał zakupów i gromadzenia prezentów, opowieści wigilijne i o Świętym Mikołaju!

Wiadomo więc, co jest grane?

Wiadomo!

No jasne, że tęsknię do tego! Jak nigdy przedtem!

Trochę mi mój belejaki nastrój poprawiły karteczki z różnych stron świata. Niewiele, ale jakże cenne! Do tego miłe prezenciki. Puszeczki: z własnoręcznie pieczonymi ciasteczkami, bożonarodzeniową herbatką, kryształkami brązowego cukru, goździkami, sztangami cynamonu. Wydziergana choineczka, piękny adwentowy stroik, maleńka podstawka pod świeczuszkę! I pewien bardzo długi list od poprzedniej Rodziny, u której pracowałam. Mieć świadomość, że jest się w gronie wybranych,  krewnych i przyjaciół, do których dotarło obszerne sprawozdanie z całorocznego życia, w tym epizod o mojej pracy dla Ilse – prawdziwy powód do dumy!

I już dziś układam scenariusze Świąt za rok! I niech mnie dunder świśnie, jak się nie odbędą nad jeziorem!!!

To tyle!

Idę zatem w poziom, bo ta pisaninka, a potem wklejanie na blog, to za dużo dla mnie. Dolna krzyżowa domaga się pozycji horyzontalnej!

 

piątek, 14 grudnia 2012
Pewnie nie pośpię!

Mamy dzisiaj zagwozdkę!

To znaczy, nie ja, tylko Kurti! Tylko nie wiem, czy dlatego, że pojechałam na zakupy i sama go zostawiłam! Ale przecież drzemał, to słuszne moje mniemanie było, że czas mej nieobecności będzie jak z bicza trzasnął. Okazało się jednak, że niekoniecznie!

Zastałam go zapłakanego! Dokładnie! Ślepka aż czerwone od płaczu! 

Smutny jest!

Bo Mamusi i Tatusia brak! Umarli! I Siostry Ellen też brak! Odeszła w chorobie do lepszego świata! 

Niestety, On został sam! Przyjaciele? Większość nie żyje, a Ci , co jeszcze na tym łez padole są, zapomnieli. Pewnie też demencja ich nawiedza. I nikt do Niego nie dzwoni! Żadnych kartek świątecznych!  Eike i Michi też nie dzwonią! A on wariuje! Tak, dosłownie! Pokazuje to zawsze! Najpierw na serce, potem na głowę!

I co mam mu na to odpowiedzieć? Że nie raz, nie dwa prosiłam, aby na zmianę do niego dzwonili co dzień? A przecież olewają! Eike nawet nie wspomniała Michemu, że należy przy toalecie zamontować odpowiedni "gryf", aby Kurti mógł się przytrzymać, gdy jest w potrzebie. A przecież ma zawroty głowy. I może ponownie mu się zdarzyć upadek! A Michi? O Wujku nie pamięta, ale przyjechać sobie, ot tak, i potem we wszystkich pokojach zainstalować alarmy przeciwpożarowe, to pamiętał! Bo mógłby przepisany domek pójść z ogniem? 

Nie powiem przecież tego wszystkiego Kurtiemu! Gdy pyta o swoich jedynych krewnych zawsze tłumaczę, że mają dużo pracy, nie zawsze mają czas! A On dalej płakał i użalał się nad swoim  losem. Co robiłam? Tłumaczyłam logikę życia i zdarzeń. Przypominałam, że cały czas jestem, tylko dla Niego! Przymusiłam do zjedzenia obiadu. Posiedziałam przy nim, kiedy już dał się namówić na poobiednią drzemkę.

Po południu dubelt! Płacz! I jeszcze coś! Dużo gorszego! Jego pytanie, czy mam tabletki nasenne. Bo potrzebuje zażyć 15, 20 sztuk, zasnąć i zapomnieć!!!! To już zaczęło się robić niebezpiecznie! Myślałam, że mu jakoś to samo odejdzie, ale nie! Ciągle to samo! Jest samotny, nikogo nie ma! Czas odejść!!!

Zadzwoniłam do Eike! Powiedziałam o zachowaniu Kurtiego, i jego myślach samobójczych, bo tak odebrałam jego nagabywanie o tabletki nasenne! Nie chciała wierzyć!!! Ale postarała się o tyle, że z nim pogadała dłuższy czas. Potem, po kolacji też zadzwoniła i rozmawiali. Obiecała załatwić wszystko tak, aby co dzień ktoś z nich dzwonił, tak jak bym o to wcześniej nie prosiła. ale się liczy! Przecież Kurti ma typowe przedświąteczne nastroje depresyjne! Ja już całą apteczkę przeniosłam do siebie. Co jakiś czas schodzę na dół i słucham. Śpi? Oddycha?

W międzyczasie "badewanne"sobie zrobiłam! Jerum pajtasz, jaka to rozkosz!!!! Lecz cóż, starość się nawleka na niteczki srebrzyste, to tylko czasem te luksusy dla mnie! 

Ale jakby nie patrzeć, to będzie ciężka noc!

poniedziałek, 10 grudnia 2012
Potyczki!

Najpierw wczoraj ze śniegiem, który padał, i padał, i padał, i końca nie było widać, aż wreszcie zdecydowałam, że nie ma co się oglądać, tylko trzeba trochę szypą pomachać, bo w poniedziałkowy poranek trudno będzie z garażu wyjechać. A czekał na odśnieżenie nie tylko podjazd, ale także parę metrów odcinka niczyjego ( domek Kurtiego stoi na końcu uliczki ) do miejsca, gdzie zaczyna się utwardzona ulica. Od tego machania zrobiło mi się ciepło, wieczorem rozbolały ramionka, ale dziś miałam pewnie nietęga minę, gdy zobaczyłam, że w nocy przyszedł deszcz i po śniegu prawie wspomnienie zostało. No nic! Gimnastyka była, a to też się liczy!

Gorzej, że ten deszcz  nocny, zmienił sie rano w zamarzający deszcze ze śniegiem, i droga do Buchholz to był prawdziwy koszmar. Aż w szpitalu się dziwili, że my tak późno, skoro zawsze prawie pierwsi. Ale wiadomo, lepiej ostrożnie jechać, niż wylądować w rowie lub spowodować wypadek. Do tego Kurti co rusz panikował głośno, a to też nie pomagało w skupieniu. Potem walczyliśmy z brakiem miejsca na parkingu przyszpitalnym.  I po wózek na transportowanie Kurtiego na miejsce, musiałam okrążać cały budynek, a na koniec, już po wszystkim, jakiś facet zatarasował mi wyjazd i trzeba było niezły kawał cofać się po śliskiej nawierzchni do tyłu, czego serdecznie nie znoszę! 

No, a tuż przed obiadem Kurti starał mi się ciśnienie podnieść, bo stwierdził, że zaginął mu pamiątkowy, złoty zegarek. Biegał jak "kot z pęcherzem" po całym parterze, o mało do piwnicy nie zszedł, ale przezornie zdążyłam drzwi zakluczyć!  Wygnałam go w końcu do łóżka na poobiednią drzemkę, ale to pewnie koniec nie będzie. Jak znam życie i i upierdliwość Kurtiego w temacie tego, co upchnął w jakimś kątku, zapominając gdzie, zanosi się na wyjątkowo atrakcyjne popołudnie i wieczór! 

niedziela, 09 grudnia 2012
W głębokim lesie!

To tylko 3 km od miejsca, gdzie jestem. W samym środku lasu. Dom, Świątynia sztuki, tuż obok Świątynia drzew. To dęby i lipy posadzone tak, aby ich korony rysowały identyczną figurę na niebie, dalej ekspozycja rzeźb, i ogrody. Artyści tworzyli swoje dzieło całe życie, prowadząc przez cały teren ścieżki w taki sposób, aby zwiedzający mieli możność podziwiać nie tylko ich prace, ale także fascynację dziełami Wagnera i Nietzkiego.

On - Johan Michael Bossard, urodzony w pociągu. Studiował  sztukę stosowaną w Monachium i Berlinie, a później w Hamburgu. 

Ona - Jutta Bossard Krull, jego uczennica z czasów hamburskich, czuwająca do końca ubiegłego stulecia nad wspólnym dziełem. Pobrali się w 1926 roku, czyli wtedy, gdy powstała jego świątynia ekspresjonizmu. 

Oboje, w zaciszu jesteburskich lasów zrealizowali swoje marzenie o jedności życia i sztuki. Przez cztery dekady, było to najbardziej niezwykłe dzieło sztuki w całej Europie - unikalne połączenie architektury, rzeźby, malarstwa, sztuki, rzemiosła i sztuki ogrodowej.

Teraz, miejsce to prowadzone jest przez fundację, której zadaniem jest pielęgnowanie spuścizny obojga artystów. 

sobota, 08 grudnia 2012
Małe to i owo!

Zdążyłam przedwczoraj zaliczyć Świątynię Sztuki Bossardów. W takim czasie jak teraz, poza sezonem, ma się ten luksus, że praktycznie wszystko chłonie się samemu, nikt nie przeszkadza, można się napodziwiać, napatrzyć, zadumać, przemyśliwać nad tym, co artysta miał na myśli, ba, nawet przysiąść można z podziwu, i nikt nie traci łokciem, nie zgani, że tarasuje ruch, nikt nie będzie popędzał. Luksus po prostu! Teraz tylko poczytać trochę na temat, dowiedzieć się co nieco, zdjęcia przejrzeć i pomniejszyć. I zdawać relację. Ale to zaś!

A dzisiaj od rana machałam szuflą! Śniegu napadało, że hej! Aż się zdziwiłam! Bo niedawno jeszcze słońce w pełnej krasie, w akompaniamencie leciutkiego przymrozku, a tu biało! Za to weselej, mniej ponuro! I ptaków całe chmary na naszym kukurydzianym rżysku z sąsiedztwa. Gołębie, wrony i kawki, całymi stadami przesiadują w tej lekko ośnieżonej  stołówce.  Czasami migną nam przed oczyma jelonki, które z pobliskiego lasu przychodzą pohasać na polu wesoło tak, że tylko tylne, białe poduszki widać w powietrzu! Za to wróble i sikorki opanowały nasz qwasi-karmniczek, działający już od dwóch tygodni, a usytuowany bezpośrednio przed oknem jadalni. I mamy teraz wesolutko w czasie posiłków - kino "Natura" przed oczyma! Za darmo!

A poza tym, prawie spokój, jeśli nie liczyć tego, że przekopuje cały domek w poszukiwaniach rękawiczek zimowych Kurtiego! W poniedziałek jedziemy na kolejne badanie krwi do szpitala, a jemu tak szybko ręce lodowacieją, bez rękawiczek ani rusz!

Trochę też się zbiesiłam! Chodzi o to, że Kurti nie lubi zostawać sam, i jakoś dwie moje poprzedniczki go przyzwyczaiły do tego, że zakupy robiły w czasie przerwy obiadowej. A według mnie, zakupy to też czynności, które należą do pracy, a przerwa obiadowa, której tylko dwie godziny są, to mój wyłącznie czas prywatny! Tak długo wierciłam dziurę w brzuchu wszystkim, aż stanęło na moim! I dzisiaj pierwszy raz zakupy były krótko po śniadaniu. Jak wróciłam, dom stał, garażu nikt nie tknął, a Kurti spał smacznie na fotelu! I nic się nie stało! No!

Miłego weekendu dla wszystkich!

piątek, 07 grudnia 2012
Płukanie śledzia!

Nie cierpię śledzi!

Największy koszmar mojego dzieciństwa to śledzie w śmietanie. Jak wspominam czasem to dziwaczne połączenie gorących ziemniaków i zimnej śmietany, w której te śledzie tkwiły, to do dziś mną trzęsie. Nie jadam ich, i koniec. Jak Ślubnemu się zamarzą, to musi sobie sam przyrządzić, bo nie ruszę palcem!

Przed wyjazdem do kraju, Karina przekazała mi co Kurti lubi. Między innymi śledzie właśnie, które przyrządzała mu dość często. Jakoś do tej pory nie mogłam się do tego przymusić, ale w końcu Kurti się zaczął dopominać o te nieszczęsne śledzie. Nie było wyjścia! Kupiłam, nie patrząc czy to puszka, czy jakieś inne opakowanie, ważne, że pisało "hering" i to wystarczyło. W szczegóły nie wchodziłam. 

W domu spojrzałam na zegarek, szybko rozpakowałam zakupy, bo za pół godziny czas obiadu, patrzę co mi się za śledzie trafiły. I zdębiałam. Śledź w tomacie! Ożeż babo, myślę sobie! Co tu zrobić? Kurti tak się cieszył na te śledzie! Na całe szczęście włączył mi się "pomysłowy Dobromil"! Otworzyłam puszkę, wylałam sos pomidorowy do zlewu, resztę wypłukałam, rzuciłam na talerz, na to cebulka drobno pokrojona, polane wszystko doprawionym odpowiednio jogurtem. Oczywiście "krylki" dazu, i niosę do stołu! Patrzę i czekam reakcji Kurtiego! 

Jadł, aż mu się uszy trzęsły!!! Słowo! Prawie talerz wylizał! No!

Jeśli Kurti jest smakoszem śledzi, to ja jestem "święty turecki"!

 

 

 

wtorek, 04 grudnia 2012
Na chwilę być małą dziewczynką!

Na początku był drogowskaz. W konkretnym kierunku. Szłam i szłam, i nie mogłam znaleźć. W sklepie jednym, trochę dalej w drugim powiedziano, że zamknięte. Dopiero starsza kobieta wskazała dokładną drogę, ale od razu uprzedziła, że godziny otwarcia są dziwne, i nie ma żadnej gwarancji, czy mi się uda odwiedzić to miejsce. Musiałam to sprawdzić. To była ostatnia przecznica, na przeciwległym krańcu wioski, jakieś dobre dwa kilometry od centrum. Biała brama, a nad nią duży napis "Puppenmuseum". I godziny otwarcia, tylko sobota i niedziela, od czternastej! Nijak mi nie pasują. Trzeba będzie coś wymyślić - postanowiłam. Przecież nie podaruję sobie takiej gratki! Szczęśliwie się złożyło, że po nocnych podchodach na górce Kurtiego, i moim doniesieniu do Eike, zgłosił się Michi. Zadzwonił, że rozmawiał z lekarką, i mam dziadkowi podczas weekendu, podawać  wieczorem podwójną dawkę leków na demencję. Obserwować pilnie i o efektach powiedzieć na wizycie poniedziałkowej. Już pierwszej nocy Kurti spał, jak aniołek. Trudno było go rano dobudzić.  Drugi dzień, ta sama reakcja. Rozwiązanie znalazło się samo, bo wystarczyło tylko przesunąć trochę czas budzenia, obiadu i przerwy po nim. Spokojnie więc wsiadłam w samochód i pojechałam. Miałam prawie dwie godziny. Byłam pierwsza. Otworzyła mi starsza pani, serdecznie zaprosiła do środka. Od razu wyprowadziła mnie z błędu, że to tak do końca już muzeum lalek nie jest, bo jej kolekcja coraz mniejsza. Ale nadal lalki są, a to miejsce jest jednocześnie kawiarnią, w której czasami, chociaż już coraz rzadziej, spotykają się ludzie by posłuchać starych artystów. Ich gry lub śpiewu. Można też kupić robione domowym sposobem nalewki, oleje ziołowe, specjalnie przygotowane mieszanki przypraw, miody. Pani zapaliła światło i pokazało mi się magiczne miejsce, pełne starych bibelotów, fotografii, i oczywiście lalek. Wygodne fotele zapraszały do stolików. Skorzystałam. W czasie gdy się dla mnie przygotowywała kawa i podgrzewała szarlotka, mogłam robić zdjęcia. Na wyraźną prośbę właścicielki tego magicznego miejsca, nie używałam flesza, dlatego ich jakość nie jest najlepsza. A potem, kiedy już siedziałam na wygodnym fotelu, delektowałam się kawą, czas jakby się zatrzymał, i poczułam się nagle małą dziewczynką, do której te wszystkie lalki szeptały swe tajemnice!

 
1 , 2
Archiwum