Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
czwartek, 29 grudnia 2011
Słabizna!

Wystarczy dwa tygodnie lenistwa! Wpierw wycieczka do Egiptu, teraz świąteczne rozprzężenie, i na efekty nie trzeba było długo czekać. Już nie mówię o tym, że 2 kg na plusie, ale poszłyśmy z Ircią na kijki. I co? Wysiadłam kondycyjnie już po godzinie! I tchu nie mogłam złapać! A w domu, to podłam , jak kawka!

Zabieram się za siebie od zaraz. Za godzinę aqua aerobik. No, i nordic walking codzienne, aż do wyjazdu, bez względu na pogodę!

wtorek, 27 grudnia 2011
Egipskie migawki

Pracujących, tak jak u nas, kobiet, raczej się w Egipcie nie widzi. Wszędzie niepodzielnie panują mężczyźni, zwłaszcza w kurortach. Jako sprzedawcy, kelnerzy, kucharze, barmani, tłumacze, recepcjoniści kierowcy, nawet jest męska obsługa w toaletach żeńskich na lotniskach lub w restauracjach i kawiarniach. Sprzątacz w hotelu, to panisko. Nie dość, że byle jak sprząta i trzeba palcem wskazywać, o czym zapomniał, to zawsze oczekuje napiwku. Jedynie robienie figurek z ręczników i koców im dobrze wychodzi! Tu akurat mamy kobrę!

edzenie pyszne. Dużo warzyw i owoców, o słodkościach już nie wspomnę! Sery bardzo dobre. Dużo kurczaków w różnej postaci, do tego ryże zapiekane, makarony, jakieś pasty warzywne. Po przyjeździe do domu, 1 kg na plusie odnotowałam, niestety! 

 

Bardzo popularne pojazdy na niewiarygodnie zatłoczonych ulicach, zwłaszcza Kairu. Ale złapać w jeździe takiego tuk-tuka, to niezła gimnastyka

Wieczorami, jak w każdym europejskim mieście. Od neonów widno, jak w dzień.

Przytłaczające wrażenie robią całe dzielnicy biedy w Kairze.

Jak nie stać na osiłka czy muła, należy swój kram samemu popychać na miejsce, gdzie sprzedamy towar, którym handlujemy!

Nasz Sanepid miałby tu używanie!!!

Droga między Kairem a Gizą. Jest jeszcze wcześnie, bo za parę godzin, guzika tu się nie wciśnie.

Zrobienie fotki kobiecie w burce, to prawdziwe wyzwanie. Tu akurat na szczęście, nie było męskiego towarzystwa. W przeciwnym wypadku mogło się to skończyć wielką awanturą. Jak większość mężczyzn w islamie, Egipcjanin może mieć 4 żony. Ale na każdą kolejną musi wyrazić zgodę pierwsza żona. Poza tym, wszystkie muszą być równo traktowane, wszystkie dobra muszą być równo dzielone między nie wszystkie. Za zdradę- kara do 6 lat więzienia, za gwałt śmierć lub dożywocie! Kobiety, jeśli pracują, to  tylko do wyjścia za mąż. Potem zajmują się tylko domem i dziećmi.

 

Hurgada - okolice naszego hotelu

i miejsce naszych spacerów na pyszną kawę.

Bardzo często spotykane są tutaj małe i duże fiaty, oraz polonezy.

Wśród piasków pustyni powstają nowe hotele dla turystów, wyglądające jak z baśni tysiąca i jednej nocy!

a brud i gruzowiska najlepiej okryć malowidłami!

Parę migawek z ulic, mijanych w drodze do Luksoru małych wiosek i osiedli.

A na koniec akcent osobisty. Przejażdżka na białym, czyściuteńkim wielbłądzie, którego prowadził spokojny, dystyngowany Egipcjanin, to wrażenie niesamowite i warte zapamiętania.

 

A poza tym? Trzeba po prostu nie dostrzegać brudu i ogromnych dysproporcji na każdym kroku. To właśnie ta część egzotyki, której lepiej się zauważać, inaczej cały pobyt szlag człowieka trafia. Ci ludzie są do tego przyzwyczajeni. Dobrze, że w ogóle mają świadomość swej niedoskonałości, przygotowując dla Europejczyków i innych nacji kurorty, w których mamy prawie doskonałą namiastkę tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Egipcjanie wiedzą, że dzięki turystom ten kraj jakoś egzystuje, a słuchając wywodów tłumaczy, bardzo boją się przyszłości. Kolejne starcia i przelana krew, to mniejsze wpływy do ich budżetu. Kto będzie u władzy po wyborach, też nie wiadomo. Egipcjanie stoją dziś na rozdrożu. Ciekawe, w jakim kierunku pójdą.

poniedziałek, 26 grudnia 2011
Świętowanie!

Mam kamlota w trzewiach. Z własnej, nieprzymuszonej woli on ci mój. Dzielnie przetrwałam wczorajszą popołudniową gościnę u Córczynych Teściów. Było jak zwykle. Wspaniała atmosfera, wiele śmiechu i rozmów wspominkowych raczej. No i szaleństwa kulinarne Irci, czyli stoły uginające się od potraw, i ciast całe mnóstwo. Ja tylko półgąbkiem, w odróżnieniu od Ślubnego, który się nie oszczędzał, ale potem bez szemrania na długi spacer ze mną szedł. Za to wieczorem, na dobranoc pożarłam cały kompot z suszu. Nocka do połowy z głowy, a i dziś tylko płyny, żadnego śniadania. Pewnie będzie jak zwykle wszystko smakować grubo po Świętach.

Wigilia wesoło! Najlepsza była najmłodsza Wnusia. Tylko budyń, jakimś cudem wygrzebany z lodówki, zjadła, a potem kilka kromek suchego chlebka. Starsze Wnuki z pobłażaniem patrzyły na nią i miały też ogromną radochę, gdy Mała nie mogła doczekać się momentu otwierania prezentów. Jakby zapomnieli, że jeszcze kilka lat temu mieli tak samo, a teraz, z roku na rok coraz więcej w wigilijnych potraw zaczyna im smakować.

Pasterka też jakaś inna. Pewnie dlatego, że nowego proboszcza mamy. To i nowe zwyczaje. Gdy już wszyscy ludzie byli w kościele, zgasły wszystkie światła. Po chwili, w świetle małej lampki, pojawił się młody diakon, który czytał historię ludzkości od najdawniej udokumentowanych wydarzeń, do dnia Narodzin Jezusa. I rozdzwoniły się dzwony, i rozbłysły wszystkie światła, a wraz z nimi od strony głównych drzwi kościoła weszła procesja wszystkich księży i ministrantów. Nie wiem, jak inni parafianie, ale ja czułam niedosyt. Cała pasterka trwała niecałą godzinę. Zaśpiewaliśmy tylko cztery kolędy. Brakowało czegoś wzniosłego!

Póki co, u nas pada. Ciemno i ponuro! Na ogromnej wierzbie przed naszym blokiem przycupnęły wrony. Całe stado, jakby oklapłe, z nastroszonymi piórkami czeka. Nie wiem, na co? Jakieś 200m od mojego, przy sąsiednim bloku stoi grupka młodzieży. Piwo chyba piją. Co i rusz jeden z nich odrywa się od grupy, odchodzi w bok parę metrów, odwraca się twarzą do ściany i załatwia się na mur. A co? Świętują! Nie będą nie wiadomo gdzie biegać za toaletą! Co ich to obchodzi, że dzień, i trochę zawstydzenia by się przydało! Ech!

Wczoraj pod wieczór dzwonił Synek. Zaprasza na kawę. Ot, niespodziewana niespodziewajka! Ale miła! Pójdziemy. Muszę wziąć aparat, bo potem mam w planie znowu przejść się po mieście. Wieczornym, prawie poświątecznym!

czwartek, 22 grudnia 2011
Egipt- Morze Czerwone

Być w Egipcie i nie pływać po Morzu Czerwonym? Nie uchodzi. Pierwsza okazja nadarza się dzień po powrocie z Luksoru. Jedziemy do mariny,

 

gdzie czeka na nas specjalna łódź. Po około półgodzinnym rejsie schodzimy w dół. Dno łodzi jest wyposażone w ogromne szklane okna, dzięki którym można obserwować podwodne życie rafy koralowej. Siedzi sobie człowiek na małym siedzisku, z góry ktoś z pokładu sypie karmę, a w dole rafa i ryby. Niestety, jakość zdjęć niezbyt dobra, bo szyby niebieskie.

 

Ale mi było mało. Przecież wody morza Czerwonego to raj dla płetwonurków! Dlaczego więc nie zobaczyć rafy i tego co w niej żyje, oko w oko? Wykupiłam nurkowanie. Dziewczyny postanowiły mi sekundować i dobrze, bo przynajmniej miał kto mi robić zdjęcia i nagrywać film z tego wydarzenia. Na statku kilka ekip z obsługą arabską, ja i jeszcze jeden Polak mamy obsługę polskich nurków. Ma to się odbywać w ten sposób, że delikwent taki, jak ja schodzi pod wodę asekurowany cały czas przez doświadczonego nurka, a obok pływa drugi, który jakby dodatkowo ubezpiecza, a także trzyma kamerę i uwiecznia wszystko na taśmie. Oczywiście najpierw podpisanie stosownych oświadczeń zdrowotnych, przyśpieszony kurs nurkowania, zaznajomienie się ze znakami i gestami, którymi posługuje się w wodzie, a potem ubieranie się w piankę,

 

a za chwilę pluję w maskę, własną śliną dokładnie nawilżam szybki, potem płuczę wodą, aby maska dokładnie przylgnęła do górnej części twarzy i nie zaparowała się. Potem żakiet z butlą i już ląduję w morzu!

Jak do tego momentu, nie miałam żadnego strachu, w końcu woda mi nie straszna i całkiem dobrze pływam. Ale po chwili okazuje się, że mam problemy z zaciśnięciem moimi szczękami końcówki aparatu tlenowego. W głowie natychmiast alarm, że będzie mi woda wpływać do ust, i za chwilę się utopię! No, i po krzyku! Stresu takiego dostałam, że nurek nie był w stanie mi głowy skłonić, abym spróbowała oddychać pod wodą. Z tylu głowy wszystkie włosy miałam na sztorc postawione. Nie zerknę do wody i koniec! Kropka! Widać mi nie było sądzone, a na siłę przecież nie można niczego! Podpłynęłam do łodzi, zdjęto mi żakiet. Próbowałam nie dać za wygraną i spróbować snoorkowania. Też się nie udało! Nigdy jeszcze w wodzie nie dostałam skurczu, a tu od razu, gdy tylko parę razy nogami poruszyłam, skurcz mnie taki złapał, że ledwo do łodzi dopłynęłam. Mogłam tylko podziwiać innych, jak oddawali się temu przyjemnemu sportowi.

Mnie zatem do końca pożarł stres! Na osłodę miałam za to kilka fajnych godzin kąpieli słonecznej, i chociaż wiał silny wiatr, przed którym trzeba było szukać na statku zacisznych miejsc, to był on cieplutki bardzo. Gorycz porażki osłodził także żółw morski,

 

którego udało mi się sfotografować, gdy podpływaliśmy do drugiej rafy!

I to by było na tyle!

Ciekawostki i podsumowanie całej wycieczki już po Świętach!

środa, 21 grudnia 2011
Egipt-Kair

Razem z Veanką jesteśmy wygodnisie, zatem mając do wyboru Kair autobusem lub samolotem, wybrałyśmy opcję drugą. Przynajmniej nie musiałyśmy w środku nocy ( o pierwszej ) zrywać się ze snu, i zaoszczędziłyśmy sobie sześciogodzinnych maratonów na dojeździe i powrocie. Zatem wstałyśmy o czwartej, i po półtorej godzinki lądowałyśmy w Kairze. Ale przecież nie może być tak łatwo, prawda? Otóż okazało się, że na nas nikt nie czeka. Wszyscy przewodnicy po swoje grupy się zgłosili, a my jak dwie sierotki, czekamy i czekamy. W końcu idziemy do głównego holu, a tam stoi jakaś arabska lebioda, nieśmiało się uśmiecha i wiewa transparencikiem naszego biura. No żeż ty! Nie chciało się królewiczowi schodzić do piwnicy, gdzie hala przylotów dla mas? Złe byłyśmy, jak osy, tym bardziej, że chłopaczek ni w ząb po polsku, a miała być opieka polskojęzyczna! No  nic. Zapakowali nas w busik i jedziemy. Prawie godzinę. Do centrum, gdzie czekać ma na nas ten autobus, który w nocy wyjechał z Hurgady. Nad ulicą smog, w ogóle nie widać słońca. Do tego spaliny tysięcy aut, które powoli przebijają się zatłoczonymi do niemożliwości ulicami. Kair, to miasto moloch, w całym obrębie żyje 22 miliomny ludzi. Tu nowoczesność zderza się ze starożytnością, a bogactwo  z niewyobrażalną biedą, nowoczesne budynki z walącymi się ruderami!

Dobijamy do autobusu. Okazuje się, że czeka na nas od godziny! A tu od razu polskojęzyczny przewodnik arabski zabiera nas na zwiedzanie meczetu.  Tylko nas dwie, bo reszta już zwiedziła to miejsce. Już słyszałyśmy, jak pod sufitem autobusu latają wszystkie jaśniste na naszą cześć! Oczywiście, do meczetu wchodzimy boso, na głowę zakładamy kaptury.

A potem, już razem, jedziemy do jednego z nielicznych kościołów koptyjskich. Nie wolno jednak robić wewnątrz zdjęć!

Kolej na Muzeum Kairskie. Aparaty fotograficzne zabierają nam do depozytu, komórkami też nie wolno robić zdjęć. Mamy do dyspozycji 3 godziny, z czego najbardziej utkwiło mi i zrobiło wrażenie miejsce, gdzie pokazano prawie w całości złoty skarb Tutenhamona. Takie cuda rzadko można obejrzeć! Są wyjątkowe i bezcenne!

Dwa poniższe zdjęcia są pobrane z sieci.

Jak wiadomo, mumia tego faraona spoczywała w kwarcytowym sarkofagu, w dwóch trumnach ze złoconego drzewa i jednej ze złota, turkusu i lapis-lazuli. Maska też jest ze złota, masy szklanej i także z lapis-lazuli. Prócz tego można oglądać złote łoże, tron, rydwany, broń, złote kaplice, figurki bóstw, biżuterie i złote ozdoby, a także wiele innych przedmiotów wykonanych z alabastru i kości słoniowej. W muzeum jest duszno, parno, hałaśliwie i tłoczno. I chociaż do oglądania jeszcze wiele, z prawdziwą ulgą wychodzimy na powietrze. Prawdę mówiąc wolałabym przyjechać za parę lat, gdy całość zostanie przeniesiona w nowe, budowane miejsce!

Po wyjściu, niesamowite zderzenie historii starożytnej z historią współczesnego Egiptu! Tuż obok, czarnymi oczyma spalonych okien straszy dom parii Mubaraka, spalony w czasie wiosennej rewolucji! 

Kolejny przystanek, to wytwórnia papirusów, gdzie daję sobie, w kartusz z moim znakiem zodiaku, wpisać moje imię i nazwisko. Oglądamy pokaz, jak taki papirus powstaje i podziwiamy całą masę papirusów przeznaczonych do sprzedaży!

Powoli zbliżamy się do Gizy. Nasz przewodnik przekupuje strażników i autobus podjeżdża pod same piramidy. To prawdopodobnie pomniki zmarłych faraonów, których tam już nie ma, jednak stanowią dom dla ich dusz. Nieodmiennie fascynują wielkością i doskonałością. Niszczone przez wiatr, wilgoć i burze piaskowe przetrwały tysiące lat. Trzy piramidy w Gizie: Cheopsa, Chefrena i Mykerinosa powstały za czasów czwartej dynastii, około 2500 lat p.n.e. Aż trudno uwierzyć, że spaceruje się w miejscu, gdzie stąpali faraonowie, Kleopatra, czy Napoleon! A gdy stanie się przy ogromnych blokach, z których są wybudowane, zadziwienie bierze wielkie dla kunsztu budowniczych!

Następny punkt, Sfinks, do którego wchodzi się przez kompleks świątynny, wybudowany bez żadnej zaprawy między poszczególnymi wapiennymi blokami, dopasowanymi tak ściśle, że nawet żyletki się nie wsadzi w szczelinę. Ogromna, wykuta z jednego bloku wapiennego figura lwa z ludzką głową stoi jakby na straży piramid!

Pamiętacie z mitologii zagadki Sfinksa? Pierwsza: co to za zwierzę, obdarzone głosem,co rano chodzi na czworakach, w południe na dwóch nogach, a wieczorem na trzech? Druga: kim są dwie siostry, jedna rodzi drugą, a ta rodzi tę pierwszą? ;-)

Majestatyczna figura robi ogromne wrażenie. Posąg ma królewskie nakrycie głowy i królewską kobrę na czole. Brakuje części nosa oraz brody!

Chodząc wokół Sfinksa i piramid, można poczuć ducha starożytności i cofnąć się do przeszłości, kiedy to Egipt był ogromnym imperium z kwitnącą kulturą, zdumiewającą sztuką i egzotyczną obyczajowością.

Jeszcze tylko wjazd na panoramę widokową, i walka z hordami nagabujących handlarzy. W pewnym momencie, moją koleżankę tak wkurzyli, że bez zastanowienia, jak nie palnie do jednego z nich, najbardziej upartego: " spi..... aj! Dosłownie, uszy wielbłądom oklapły! :-)))) A ten nic, śmieje się! Bo oni wszyscy znają wiele słów w językach odwiedzających ich turystów. Nauczono nas wprawdzie, jak mamy się odzywać, ale to niezbyt działało. To słowa po arabsku: laa szakram ( czyli- nie, dziękuję ), i halas ( dość ).

Potem przerwa na obiad, a zaraz po nim jedziemy do perfumerii.

Wąchamy różne olejki kwiatowe, których jednym z głównych dostawców światowych są właśnie Egipcjanie. To dzięki nim mamy tysiące różnych wód toaletowych i perfumowanych. Próbki esencji można zakupić w ozdobnych flakonikach. Oczywiście dałam się skusić! :-))))) Czy będzie działało, nie wiem, w praniu się okaże!

Wychodzę na zewnątrz perfumerii, bo już zaczyna mi ćmić łepetyna i widzę naszego porannego opiekuna. Wprawdzie jeszcze trzy godziny do odlotu, ale wołam Veankę, i jedziemy na lotnisku. W tempie oczywiście ślimaczym, bo ścisk samochodów na jezdni przechodzi nasze największe wyobrażenie. A potem lot, krótka jazda do hotelu i nawet zdążamy na kolację!

wtorek, 20 grudnia 2011
Egipt-u królowej Hatszepsut

Pobudka o godz. 4-tej i po pół godzinie już naszą wycieczkę wiezie autobus. Kierunek Luksor. Jedzie się bardzo przyjemnie, bo drogi, w odróżnieniu od naszych, nie dziurawe.  Na przestrzeni 500 km, tylko 3 razy musieliśmy poruszać się "żółwiem", ale to przez trwające roboty budowlane lub remontowe na drodze!!! Pierwsze kilka godzin przez pustynię, ale czas mija szybko, bo wszyscy odsypiamy nockę. Już o świcie wjeżdżamy na tereny, które są jakby przynależne do Nilu. Widać to po tym, że nagle widzi się kanały nawadniające,

a co za tym idzie, zielone pola, palmy, mija się małe wioski, coraz więcej powozów ciągniętych przez osiołki. 

Dojeżdżamy do Karnaku i jego zespołu świątyń poświęconych bogom Amonowi-Ra i Montu, oraz bogini Mut. Do pierwszego boga prowadzi aleja sfinksów z baranimi głowami.

Tuż za pylonem zaczyna się największy w Egipcie dziedziniec świątynny

a zaraz za nim posąg Ramzesa II

Za pylonami znajduje się wielka komnata Hipostylowa - to sala 134 kolumn o wysokości 34m, mogłaby pomieścić katedrę Notre Dame.

Wrażenie robią górne granice kolumn w kształcie papirusa, a także niesamowita gra świateł i cieni przesuwających się pomiędzy nimi. Tuż nad świętym jeziorem z kolei stoi ufundowany przez Amenchotepa Trzeciego pomnik skarabeusza, którego nie omieszkałam obejść trzy razy. Na szczęście!!!

Karnak nieodłącznie był związany z królową Hatszepsut, która hojna ręką rozdawała dary dla kapłanów i budowniczych. A budowało ten kompleks prawie 81 tys. ludzi! To prawdziwy skarb historii i świadectwo wspaniałej cywilizacji.

Przerwa na obiad, a potem przeprawiamy się na drugą stronę Nilu małą łódką motorową, których całe masy zacumowano u brzegu.

Na drugiej stronie akurat słyszymy głosy muezina z pobliskiego minaretu, a tuz koło nas pobożni Arabowie przerywają swoja pracę, wyciągają swoje modlitewne dywaniki i odmawiają modlitwę do Allacha.

A my do autobusu i jedziemy podziwiać kolosy Memnona, które stały jeszcze przed czasem, w którym Mojżesz wyprowadzał Żydów z Egiptu i strzegły świątyni Amenhotepa III. Swego czasu mówiło się, że posągi przemawiają. Tak było rzeczywiście, ale nie był to żaden cud, jak sądzono. Po prostu w trakcie trzęsienia ziemi, jeden z posągów pękł, a o wschodzie słońca wskutek zmiany temperatury i wilgotności powietrza z wnętrza szczeliny wydobywał się jakby żałobny jęk. Do dzisiaj zachowały się napisy tych, którzy słyszeli Memnona!

Odwiedzamy też niewielki warsztat produkcji wyrobów z alabastru. Kupuje pięknego, dużego skarabeusza, posążek Nefretete z zielonego alabastru i piramidę z onyksu. Zaczynam targowanie. Po dziesięciu minutach z ceny 900 funtów schodzimy do 450 i jest ok. Za dobry handel dostaję jeszcze dwa niewielkie kawałki krystalicznego alabastru i maciupeńkiego skarabeuszka. Alabaster już w hotelu darowuje moim koleżankom - niech mają chociaż po kawałeczku Egiptu- zaś święty żuczek jest dla naszej czwartej, niewidocznej uczestniczki. 

 

Jedziemy dalej mijając po drodze wiele miejsc, w których prowadzi się wykopaliska. W końcu przed nami gigantyczna skalna ściana Deir el-Bahari, pod którą znajduje się grobowa świątynia Hatszepsut. Jest prawie cała wykuta w skale i składa się z trzech, ułożonych kaskadowo tarasów. Królowa Hatszepsut rządziła Egiptem 30 lat. Była jedynym królem - Kobietą.  Została regentką swego pasierba i kazała się przedstawiać jako mężczyzna. Wszystkie jej posągi są rodzaju męskiego, a jej twarz zakończona jest bródką! Ciekawostką jest to, że rekonstrukcję tej świątyni prowadzi do tej pory polska misja archeologiczna, a w początkowym okresie kierował nią profesor Michałowski.  Nasi archeolodzy nauczyli się nawet składania danin dla królowej, gdyż wiedzą, że jest kobietą bardzo zazdrosną! Mały kawałek posiłku jako danina, złożony na skale, i już nie ma kłopotów rodzinnych i zdrowotnych! To także tutaj, w 1997r. bojówki muzułmańskie dokonały zamachu, zabijając 58 turystów!

 

Na koniec - Luksor i Dolina Królów, czyli tebańska nekropolia oraz miejsce spoczynku egipskich królów od XVIII do XX dynastii. W Dolinie, w skałach wykuto kompleksy grobowe, które składają się z szeregu korytarzy i sal. Niestety, nie wolno fotografować, nawet komórkami, za to grożą wysokie kary. Zwiedziliśmy trzy grobowce. Niesamowite wrażenie robi schodzenie w głąb, a dokoła cisza, i tylko na każdej ścianie masa kolorowych hieroglifów świadczy o dawnych wiekach. W jednym z grobowców można było obejrzeć ważący 20 t grobowiec. Jednak i tak, wszystkie są puste. Większość grobowców ograbiono, tylko grobowiec Tutenhamona zdołano odkryć z całym bogactwem wnętrza, i przeniesiono prawie w całości do Muzeum w Kairze. Ale to już inny wpis!

poniedziałek, 19 grudnia 2011
Egipt- na pustyni

Zostawiam moje towarzystwo, bom duch niespokojny i lubiący wyzwania, którym niewątpliwie jest wyjazd na pustynię. Na horyzoncie zaś groźnie piętrzą się Góry Czerwone.

Ale najpierw postój w bazie kładów, gdzie arabscy przewodnicy pomagają nam wiązać chusty na głowach, gdyż w programie jest godzinny przejazd kładami po pustynnych piaskach

 

No, to była jazda!!! Dla mnie pierwszy raz, ale dałam radę, chociaż miałam ogromne trudności z rozwarciem dłoni, aby jednocześnie trzymać gaz i hamulec, a i pupa była poobijana, gdy motor pędził po nierównościach, twardych jak beton! Potem jedziemy jeepami w góry, po drodze mamy przystanek na podziwianie fatamorgany, a także musimy wdrapać się na ogromne, skaliste zbocze, którym zbiegamy w dół po sypkim piasku. Wjeżdżamy do beduińskiej wioski. Już za chwilę otaczają nas małe beduińskie dzieci.

 

Tym maluchom wystarcza do zabawy kijek, zwykła butelka plastikowa, jakiś zbity czerep dzbana, zepsuta opona. Nie maja komputerów, komórek, ipodów. Są brudne, zasmarkane i obsikane, ale radosne i psotne!  Troszkę starsze pracują, wożąc turystów na wielbłądach swoich rodziców.

 

Zwiedzając wioskę, obserwujemy kobietę piekącą tylko z wody i mąki chleb, a raczej cienkie podpłomyki,

podglądamy dzikie koty, strusie, pawie, żółwie, krokodyle, barany i kozy w mini zoo - poniżej pustynny lisek fenek,

a w niedalekim terrarium cierpnie nam skóra na widok węży, kobry indyjskiej i egipskiej, pytona, różnego gatunku żmij, jaszczurek i skorpionów

 

Przed kolacją jeszcze następna dzika jazda, tym razem samochodami terenowymi typu spider ( jak z filmów o Mad Maxie ), a potem już zasiadamy na miękkich poduchach jedząc beduińskie pieczywo, koftę, kurczaka, lekkie sałatki i owoce, popijając słodką miętową herbatą!

Słońce już zaszło, powoli dolina pogrąża się w mroku. Robi się też coraz zimniej.

Podziwiamy jeszcze technikę wsypywania do szklanych buteleczek kolorowego piasku, z którego układane są wewnątrz różnobarwne mozaiki,

 

i już wzywają nas bębenki. Rozpoczynają się pokazy. Wpierw fakir. Kładzie się na szkle, a po nim przechodzą dziewczyny. Tak samo jest z tarczą nabitą gwoździami oraz obręczą, na której jest pełno ostrych mieczy. Prawdziwy podziw w nas wzbudza jednak jego sztuczka z mieczem, który wkłada sobie w gardło i opierając się na ostrzu karze po sobie skakać. I nie jest to znikający sztylet, tylko autentycznie ten miecz tkwi w jego gardle na głębokości około 5-10 cm, gdy cała reszta klingi służy za podporę!

Na koniec jeszcze prawie godzina tańców brzucha i wirujący derwisz!

 

Powrót,w przysłowiowych egipskich ciemnościach, to także niezłe przeżycie, które zafundował nam kierowca jeppa. Skakaliśmy w tym samochodzie, jak kukiełki. A w hotelu tylko gorąca kąpiel, zmywająca piach pustyni, i spać, spać, spać! Następnego dnia wycieczka do Luksoru. Trzeba bardzo wcześnie wstać, i pobudkę zamówiono już o godzinie 4-tej!

niedziela, 18 grudnia 2011
Egipt-Hurgada

Przed wylotem dwie nieprzespane noce. Pierwsza w domu, z powodu reise fieber, a druga już u Veanki, bo na lotnisku miałyśmy być ok. 3-ej, więc nie kładłyśmy się wcale, tylko gadałyśmy do imentu, bo każda z nas inaczej przeżywała ten wylot.

Start spokojny, a potem, gdzieś w przestrzeni powietrznej nad Europą, podziwiałyśmy budzący się dzień!

Ani sie człowiek nie obejrzał, jak lecieliśmy nad pustynią.

Na lotnisku w Hurgadzie tylko kupujemy wizę i już busikiem mkniemy do hotelu położonego w samym centrum miasta. To Sea Gull. My mieszkamy w jego starej części, a poniżej widok z naszego balkonu.

Oczywiście, nie obyło się bez zgrzytu, bo na wejściu zaproponowano nam na czwartym piętrze pokój, od strony jakiegoś zaplecza, z widokiem na obskurną ścianę, upstrzoną ptasimi odchodami. Wściekłam się i pędem zbiegłam do recepcji z odpowiednim załącznikiem, który miał poprzeć prośbę o zmianę pokoju. Potem dwie godziny pełne nerwowego oczekiwania, bo w międzyczasie okazało się, że załącznik dałam z kieszeni przeznaczonej na tragarza, jest więc za mały. Trzeba było ponownie biegać do recepcji, bo sprawa stała w miejscu, a mnie wzięło na ambit. W końcu to ja załatwiałam wycieczkę dla naszej trójki i czułam się odpowiedzialna za to, aby nasz pobyt był udany. Wreszcie dostaję klucz i mam sprawdzić, czy pokój nam odpowiada. Odpowiadał, czemu nie, w końcu bakszysz podwoił swoją wartość, więc się należało! Uff!

A tak wygląda ogromny hol naszego hotelu.

Lobby, w którym odpoczywałyśmy po popołudniowych spacerach, popijając winko lub całkiem smaczne egipskie piwo. Drinków nie ruszałyśmy, bojąc się kostek lodu z tutejszej, niezbyt ponoć czystej wody.

Do plaży było " o rzut beretem",

a zaraz po drugiej stronie pirsu druga część hotelu, ta nowsza.

I jeszcze widok nocą,

kiedy było już bardzo cicho, chociaż do bardzo późnych godzin nocnych urzędowali Rosjanie, których w całym rejonie jest najwięcej. I to dla nich był specjalny program animacji oraz prawie wszyscy z obsługi nauczyli się ich języka. My mogliśmy jedynie korzystać z oferty naszego rezydanta, względnie ryzykując pieniądze, mogliśmy dać się namówić egipskim naganiaczom, których całe tabuny kręciły się przy hotelowych basenach i na plaży.

Za to miasto tętniło życiem dniem i nocą. W powietrzy unosił się kurz, dźwięki wszechobecnych klaksonów i gwar handlarzy, a przechodzenie na drugą stronę ulicy, przy braku jakiejkolwiek sygnalizacji i przejść dla pieszych, stanowiło nie lada wyzwanie.

Niestety, pogoda zrobiła nam psikusa. Chociaż było ciepło, bo temperatura powietrza dochodziła do 23 st.C, to wiał bardzo silny, przeraźliwie zimny wiatr. Kąpiele słoneczne były więc możliwe tylko na naszym balkonie. Zatem zdecydowałam się wykupić kilka wycieczek i tym sposobem, każdy dzień pobytu miałam zagospodarowany, o czym będzie w następnych wpisach!

środa, 07 grudnia 2011
Magiczne paluszki!

Bardzo lubię moją Kosmetyczkę. Jej dłonie i palce mają w sobie jakąś niewiarygodną moc, dzięki której nie tylko odpoczywa podczas zabiegów moja twarz i głowa, ale jakoś te doznania przenoszą się na resztę ciała tak, że najnormalniej w świecie motyle w brzuchu fruwają! A po wczorajszych zabiegach i masażu czuję się, jak nowo narodzona. Kaszel już prawie ustępuje, katar też, a to, co zostanie mam zamiar zostawić faraonom, licząc też na to, iż w zamian nie dosięgnie mnie ich zemsta!

Trochę muszę dzisiaj w kuchni poszaleć, bo Ślubny nie wszystko potrafi przyrządzić dla siedmiolatki, z którą sam zostanie. Potem tylko pakowanie, a jutro stolica, i pojutrze Egipt!

Do napisania za 10 dni!

poniedziałek, 05 grudnia 2011
Kop potrzebny!

Wiadomo nie od dziś, że problemy chodzą parami. I prawdopodobnie wskutek pełnego stresu ubiegłego tygodnia, tak mi się obniżyła odporność, że capnęło mnie swoją paszczą następne przeziębienie. Cały weekend przekaszlany i przesmarkany. Na dodatek słaba jestem, jak niemowlę. Najmniejszy wysiłek urasta do rangi problemu, a jak sobie pomyślę, że juto do kosmetyczki i fryzjera, pojutrze się pakować, to mam ochotę z powrotem zakutać się w pościele i nosa stamtąd nie wyściubiać!  A przecież palmy i ciepełko czekają! Tylko ochota na poziomie zerowym i radości jakoś brak. To może ktoś mnie kopnie w tylną niewymowną, co?

 
1 , 2
Archiwum