Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
sobota, 27 grudnia 2008

Było..., jest..., będzie...!

Było tak, jak być miało. Rano jeszcze pojechaliśmy na cmentarz zapalić znicz na grobie Teścia. Potem z opłatkiem do Teściowej i Szwagrów.  A Wigilia u nas! Stół pięknie przybrany, i nasza cała Rodzinka! Wnuki zadowolone z wielkiej ilości prezentów. Święta spokojne, spędzone trochę u Dzieci, trochę na spacerach. Nawet zrobiliśmy sobie przejażdżkę naszą nową obwodnicą miejską. Ciekawe, jak się ona przełoży na zmniejszenie ruchu w lecie. 

Dzisiaj "kolęduję" już od przedpołudnia. Najpierw u Synka, potem u Córki, jeszcze do Koleżanki, która wróciła z Niemiec. Na koniec u Przyjaciółki z prezentem na Urodziny, które ma po Nowym Roku, a mnie w tym czasie nie będzie. Popołudnie - ostatnie polecenie dla Ślubnego, przegląd zamrażarki, pakowanie walizki.

Jutro rano wyjazd, do nowej pracy. Narazie napiszę tylko tyle, że poleciła mi tą pracę jedna bardzo miła Dusza Bloxowa, która mimo tego, iż nigdy nikogo o coś takiego nie prosiłam -  uznała, że sobie poradzę. Po niedzieli dam znak, co i jak! Bo będzie tam internet!

To do napisania!

wtorek, 23 grudnia 2008

Mizerna, cicha.....!!!

"Gdyby przyszli do Ciebie wtedy, w świętą noc!
Kiedy świeciła jedna czytelna gwiazdka,
ci, co uważają, że trzeba wszystko mieć, żeby nie przestać być!
Ci, co się boją bezradności Twoich narodzin.

Może chcieliby przykryć Cię wełnianą kołdrą,pozawieszać firanki

w stajni,sprawić świętemu Józefowi rękawiczki,te najcieplejsze,

z jednym palcem;założyć centralne ogrzewanie!
Bardziej wpływowi pisaliby do urzędu kwaterunkowego
o mieszkanie dla Ciebie.
Z wygodami, żebyś nie mieszkał kątem.
Nieufni doszukiwaliby się w podskakującym ośle
kucyka trojańskiego z podejrzanym sumieniem!
Najodważniejsi zaczęliby protestować powołując się na Deklarację praw człowieka i obywatela!
I na wszystkie dekrety o wolności wyznań!
Poeci ubieraliby Betlejem w liryczne wykrętasy!
W najlepszym wypadku modliliby się do Ciebie,
jak do małego milionera, złożonego umyślnie na sianie!
A Ty?

Ty tłumaczyłbyś otwartymi oczami, ze zmarzniętą matką przy policzku, że naprawdę jesteś!
Więc oddajesz wszystko"

Na Święta Bożego Narodzenia, wszystkim Blogowiczom, Czytaczom oraz Komentatorom życzę, aby Dobro, które przyszło do Ludzi z Betlejem, na zawsze pozostało w naszych sercach!

Niech atmosfera serdeczności i życzliwości, płynąca z wigilijnego stołu, wypełnia wszystkie dni Nowego Roku!

poniedziałek, 22 grudnia 2008

Stare receptury!

Piekłam ciasteczka cynamonowe według receptury z początku XIX wieku, czyli jak to się popularnie mówi, według przepisu babuni.

I tak czekając aż się upieką i będę mogła przygotować następną partię, ale już ciasteczek kruchych, maślanych, naszło mnie parę refleksji.

Dziwi się moja koleżanka, że nie kupuję gotowego maku, takiego wprost do użycia. No, nie! Bo wolę po starodawnemu, zaparzyć w mleku, potem go gotować, zagnać Ślubnego, niech mieli 3 razy na najmniejszych oczkach starodawnej maszynki - na korbkę ). Bo jak mam mieć makowiec wg receptury babuni, to taki ma być, chociaż to i tak pewnie nie będzie tak samo! Bo przecież receptury sprzed wielu, wielu lat zupełnie nie przystają do dzisiejszych techologii, zasad konserwowania, nie mówiąc o smaku produktów wyjściowych.

A czy  np. osławiony majonez babuni taki jest. Która babunia kręciła kulką w blaszanej misce taką ilość tego specjału, by choć na jeden supermarkiet starczyło?

A szynka babuni, co ją nam serwują na każde święto i nie tylko? To babunia robiła? Akurat! Do dziś, ze świata dzieciństwa pamiętam smak prawdziwej świątecznej szynki, którą babcia Stanisława stawiała na Świątecznym stole. Teraz to jakieś erzace, albo bez smaku, albo z nadmiarem formy nad treścią, czyli nafaszerowane wodą.

To samo z ciastem w proszku wg przepisu babuni. Tylko, że babunia nie zniżyłaby się do czegoś takiego, nie mówiąc już o tym, iż przecież używała prawdziwych, wiejskich jaj!

Pewnie za 20 lat, któraś z moich Wnuczek, przegladając moje zapiski spięte w segregatorze, przeniesie je do komputera, a być może innego, bardziej nowoczesnego nośnika pamięci. Stwierdzi przy tym, że po co się wysilać, kręcić, macerować, czekać aż skruszeje, próbować, itp., itd. Bo wszystko będzie można dostać w postaci tabletek, każda o smaku innej potrawy, ale wszystkie wg starodawnych receptur babuni!

niedziela, 21 grudnia 2008

Na manewrach!

W nowej pracy będę miała do dyspozycji samochód. Nie wiem jakiej marki, ale że to combi. Czyli dłuuuuga maszyna! :-)))

Wprawdzie prawo jazdy mam od 20 lat, ale zawsze poruszałam się małymi samochodzikami. Z początku to były małe fiaty, teraz pandaretta - również krótki samochód. To pomyślałam sobie, że dobrze byłoby poćwiczyć dla wprawy na takim czymś długim.

Akurat Córcia ma WW combi, więc umówiłam się na dzisiejsze popołudnie z  Zięciem, aby wprowadził mnie w tajniki manewrów. Zięć już od wczoraj się cieszył, że będzie miał niepowtarzalna okazję powyżywać się na teściowej, czyli na mnie! Pojechaliśmy za miasto na duży parking przy restauracji. Zięć dał mi kilka praktycznych wskazówek, a potem stwierdził, że to żadna filizofia, wyszedł z samochodu i zostawił samą!  

Faktycznie, takim długim samochodem kieruje się wygodniej, trzeba tylko pamiętać o dłuższym tyle i przodzie samochodu. No i o tym, że kierownica ma wspomaganie, więc nie można nią machać tak w te i we wte. Lekcja, a raczej ćwiczenia trwały pół godziny, Zięć nie miał okazji mi podokuczać, to spokojnie wróciliśmy do domu napić się kawki. Mam nadzieję, że nie "dam plamy".

A poza tym? Choróbsko chyba w odwrocie. Samopoczucie chyba lepsze! Zatem jutro do garów!!!! :-)))))

sobota, 20 grudnia 2008

Szukam w sobie atmosfery Świąt!

I nie mogę jakoś odnaleźć w sobie! Tej werwy! Radości! Przeświadczenia w tym, że to będą takie same Święta, jak zawsze!

A przecież wszystko było wiadome od momentu zakończenia remontu! Jest salon, jak na warunki blokowe spory, bo wykombinowany z dwóch pokoi!      W salonie stół! Nie, nie ława, jak dotychczas. Ale stół rozciągany, wprawdzie nie w szerz, a w zdłuż, ale jest! Do tego krzesła! Nikt już nie będzie musiał się nachylać z pufek do zastawy postawionej na ławie.

Do tego świąteczny obrus, śnieżnobiały, długaśny na 3 m. I mniejszy obrusik haftowany, bordowy, który będzie położony na środeczku, dla kontrastu. Na małym stoliku też serweta, bordowa, na jasnej kanapie bordowe poduszki!Nachodziłam się za tym w naszym mieście, że ho,ho! Dokupiłam też kompotierki i talerze głębokie, bo przecież wszystko na stole musi być takie same.

W sumie, to mam mało do zrobienia! Wiadomo. Mieszkanie po generalnym remoncie, czyli "ganz neue". Sami ze Ślubnym jesteśmy, to kto ma nabałaganić? Ale Ślubny się zobowiązał jeszcze raz wszystko na "ażur" wysprzątać - bo przed moim przyjazdem z Niemiec zawsze mieszkanie pucuje na glanc! Okna? Dopiero dziś umyłam, tak mniej więcej, między deszczem a deszczem ze śniegiem! Pomogły mi ściereczki z mikrofazy, dzięki którym mycie okien to fantazja! I to tylko od zewnętrznej strony, bom lekko niedomagająca! Przez ostatnie 3 dni kurowałam się na potęgę, bo to i gula w gardle, i prychanie, i parszczenie! Nie chcę nikogo w nowym miejscu pracy zarazić! 

Niestety, nie wiem gdzie, ale gdzieś się zapodziały ikebany, i choć przewróciłam wszystko do góry nogami - nie ma! To w czym zrobić stroiki?

Przygotowuję tylko WIGILIĘ! Pierwsze Święto spędzam u Córci, drugie u Syna!

Poza tym - pełen luz!

Ale czegoś mi brak!

I za cholerę, nie mam pojęcia - czego?!!!

piątek, 19 grudnia 2008

Pisanie na kolanie - powrót!

Moja zmienniczka przyjechała późnym wieczorem, na dwa dni przed moim wyjazdem. Miała to szczęście, że mogłąm ją we wszystko wprowadzić, pokazać, poobjaśniać. Nie wiem, jak sobie poradzi, bo ani słowa po niemiecku nie umie. Ale to już nie mój kłopot!

Chociaż trochę przypominała mnie sprzed roku. Tyle tylko, że ja trochę jednak niemieckiego znałam. Ale za to musiałam do wszystkiego sama dochodzić, bo nie było komu mi wszystkiego przekazać. Może to i dobrze! Byłam zdana tylko na siebie i jakoś sobie poradziłam. I tak jest do tej pory.

Najważniejsze, że wróciłam do domu!

Pierwsze trzy dni, to dosłowne odsypianie zaległości we śnie. Nie jestem sową, nie potrzebuje dużo snu, wystarczą mi 4-5 godzin, bym normalnie egzystowała. Ale w Niemczech nie przespałam żadnej z 42 nocy w całości! Dlatego niech sobie do tej babci jeżdżą młode! Ja wysiadłam!

A teraz przede mną Święta! I zaraz po nich nowy wyjazd, nowa praca!

Ale o tym innym razem!

czwartek, 18 grudnia 2008

Pisanie na kolanie – 4

 

- tydzień piąty

- Dzisiaj łykałam pochwały, jak tuczona gąska! Okazało się, że moja kuchnia jest super, a Babcia i Wili nachwalić się nie mogą, tak im wszystko smakuje.

Dowiedziałam się tego od Gizeli ( babcina córka ), która co drugi tydzień przyjeżdża, aby robić zakupy według mego zestawienia. Ten „cetelek”, to powstaje wedle planu tygodniowego gotowania. Zawsze w sobotę – kiedy sprzątam, i nie mam na siedzenie przy kuchni czasu – jest sałatka ziemniaczana, plus 2 parówki, plus mus jabłkowy na deser. Ja sałatki nie jadam, za to mam od poniedziałku resztkę zupy. Więc poniedziałek – wiadomo- zupa! Nasza, nieważne jaka, za to One, te niemieckie ludki, na wyprzódki „szamają”, aż furczy, i jeszcze domagają się dokładki. A mnie serce rośnie, bo wiadomo! Nasze to! Polskie! Ponoć moja poprzedniczka bazowała tylko na kurzynie.

Chociaż się dziwię! Z kurzęcego mięska można takie cudactwa zrobić, że hej! Ale trzeba chcieć! Niedawno w moich gazetach znalazłam całkiem prosty przepis na kotleta. Nieważne jaki on jest. Może być schabowy, z szynki, sznyclowaty, karkówkowy, z kurzyny, z indora, itp., itd.

            Przepis teraz będzie!

Płat mięsa rozbić, posolić, popieprzyć, posmarować musztardą, na niej smarować dalej przecierem pomidorowym,  suto posypać majerankiem. Na środek położyć ćwiartkę jabłka. Zrolować roladę. Boki spięć wykałaczkami. Obrumienić na oleju z każdej strony, a potem dusić na bardzo wolnym ogniu, do miękkości. Powstały sos można zagęścić odrobiną mąki ziemniaczanej! Pyszota!

 

A ja tutaj prowadzę akcje edukacyjną! Nauczyłam moich Ludków jedzenia pierogów, bigosu, makaronu z grzybami, zapiekanek jabłkowo-makaronowych z rodzynkami, krokietów, i już nawet nie wiem czego.

Z nudów! Po prostu – z nudów!

            - Belgijskie miały przyjechać. Odebrać swoje grzybki. Cały dzionek czekałam, ale niestety, warunki pogodowe takie były, że szok! To czekam dalej. Może się im uda w następnym tygodniu?

            - Coś mi chyba nierówno układa się pod sufitem. Albo to może efekt tego, że nie mam żadnej w całości przespanej nocy z uwagi na co najmniej dwukrotne wstawanie do babki. Pewnej nocy, miedzy jawą a snem zaczęłam się zastanawiać, kto tak posępnie jęczy.

I obudziłam się! Słysząc własny głos. Aż mi się włosy zjeżyły! Brrr!

Niedługo później, którejś kolejnej nocy, także w jakimś półśnie czułam, że coś ciężkiego mnie przygniata 

i nie mogę złapać tchu! Obudziłam się z przeświadczeniem, że to był Bili, ale oczywiście nikogo w pokoju nie było. Od tamtej pory zamykam nocą drzwi do mnie na klucz. Kłopot jest tylko dla babki, bo zanim do niej zejdę na nocne wezwanie, to ona na dole dostaje cholery!

 

- tydzień szósty

 

- Zabrałam się za porządki. Niech se Niemce nie myślą, że ich zostawię na Weihnachten bez umytych okien i zmienionej pościeli. Tak faktycznie, to już wszystkie gazety przeczytane, filmy na laptopku obejrzane, trzeba się zająć czymś konkretnym dla zabicia czasu! Hi,hi,hi! Zadzwoniła Dziewczyna. Jakoś się nie zdziwiłam, że nie przyjedzie. Odbyłyśmy za to bardzo pouczającą dyskusję na temat ważności pracy na czarno, i mego żądania pokwitowania odbioru pieniędzy za przyjemność pracowania w w/w miejscu. Ja mogę być ”niekumata”, ale niech ona sobie nie myśli, że nie wiem, iż całe to płacenie, to jakiś większy szwindel jest!

- Miałam radochę. Do Babki przyszła fura gości, zaparzyła im kawę, podałam ciasteczka, i jak dobrze wychowana służba domowa, wycofałam się do siebie. Kiedy po jakimś czasie zeszłam na parter, aby starszym paniom paltotka pomóc wkładać, poczułam dobrze mi znaną woń! Idąc zatem za wątpliwym aromatem odkryłam, że kot „nakakał” na wykładzinie - ni mniej, ni więcej -  przy babcinym łóżku w sypialce. I nieważne, że ja musiałam to sprzątać. Nareszcie Babka przekonała się, co za gadzinę chowa! Jak sobie w nocy smrodku powącha, to może przestanie tak tego padalca paść, jak gęś tuczną! Tym bardziej, że już wszyscy wiedzą, dlaczego przy schodkach na pięterko leżą gazety. Bo jak ich nie ma, kot natychmiast zaznacza dywaniki swoimi odchodami!

Okazuje się, że niekoniecznie bab przyswaja wiedzę o swoim kocie. Po kilku dniach, przy obiedzie napasła futrzaka połową swego sznycla, a ten, jak gdyby nigdy nic, wszystko jej w nocy zwymiotował na biały ręczniczek leżący na jej łóżku. Akurat poszłam po miskę z wodą, a gdy wróciłam, to z wrażenia omal nie padłam. Bab czyściła pościel po swoim kocie, aż miło! Wątpię jednak, czy ją to coś nauczy!

- Poszłyśmy z Paulą odwiedzić nową Polkę, która przyjechała na miejsce Marioli. To była katastrofa! Kobitka oświadczyła, że nie może nas przyjąć, bo odsypia zarwane noce przy swojej babce. Poza tym powinnyśmy się zaawizować. A w ogóle, z mina cierpiętniczą stwierdziła, że skoro się pofatygowałyśmy, to ona nam może w kuchni herbatki zaparzyć! Grzecznie podziękowałyśmy i ….. tyle nas tam zobaczy! Królowa angielska się znalazła! Całą drogę się z niej naśmiewałyśmy, jak jakie nastolatki!

- Belgijskie w końcu się zjawili! Szkoda, że na tak krótko, ale ja zawsze się cieszę, jak ktoś chce mnie odwiedzić! To takie pokrzepiające czuć się dla kogoś ważnym tego, aby nadłożyć szmat drogi! Wypiliśmy kawę, po piwku, dostałam piękną formę cwibakowi ( będę musiała nauczyć się toto robić ), a ja podrzuciłam im grzyby na Święta. I już się żegnaliśmy.

- Bili dziś jechał do Reinheim. Namówiłam Paulę, aby z nim pogadała. Niech nas weźmie, a my sobie zakupy zrobimy. I  nie było problemu. Paula pożyczyła mi parę eurasków, i coś tam zakupiłam, ale kudy mnie do tych wypchanych toreb, które wytaszczyła ze sklepów moja koleżanka! Mnie to się zawsze współpodróżniczki dziwią, że tak mało wożę. Bo one całe fury prezentów dla dzieci i wnuków targają. Mnie coś w porywach się zdarzy, czemu nie, ale do przesady mi daleko. W końcu jeżdżę zarabiać na konkretny cel, a nie tracić na bzdety!

Niespodziewajka  była po powrocie z zakupów – wypłata czekała!

            - Paula miała 25 urodziny. Zrobiłam jej mały upominek. Praktycznie całe popołudnie

i wieczór spędziła ze mną! Młoda kupiła ciacha, wódeczność, sok był własny babciny, no

i nadwyrężyłyśmy sobie gardziołka, ale co tam! Na drugi dzień stwierdziła, że już dawno tak fajnych urodzin nie miała. Pewnie! Hi,hi,hi!

            - Chyba już musze jechać do domu! Niespanie daje mi się we znaki, i to w jakiś dziwny sposób. Drętwieją mi palce, wnętrza dłoni mam opuchnięte, swędzą mnie stopy, czuję „ogólne rozłażenie się materiału”. Jeszcze dwa dni! Dziś wieczorem przyjeżdża zmienniczka!

środa, 17 grudnia 2008

Za Renem! Pisanie na kolanie -3

- tydzień trzeci

            Zaczęłam poznawać okolice. Mam tyle wolnego, więc grzechem byłoby cięgiem

w domu siedzieć. Pogoda zrobiła się piękna, jest cieplutko, słoneczko operuje, jakby to nie listopad był, ale wrzesień.

To chodzę. Na początku to zupełnie nie wiedziałam, czy to wioska jest, czy miasteczko? Centrum, to ścisła zabudowa. Wśród normalnych, murowanych domów zdarzają się „szachulcowe”. Przynależne im budynki nie wskazują na to, aby to była wioska, nawet wtedy, gdy posiadają ogromne bramy. Ale gdy w środku miejscowości, czuje się swojską woń gnoju, zwłaszcza świńskiego, to już nie ma się żadnych wątpliwości. To duża wioska. Znalazłam nawet dom, z tabliczką informacyjną, że istnieje on od 1612 r. Szmat czasu! Ale to widać, bo szachulec płynie, jak fale Dunaju. Gdy nie wkroczy renowator zabytków, to dom po prostu zapadnie się w sobie!

            Ustalone więc mam, że to wioska. Dokoła same pola. Na lewym skraju, coś na kształt parku. Ale nie!  Gdy poszłam sobie na spacer w tym kierunku, okazało się, że to las! A lasy

w  Niemczech są dziwne. U nas, stare lasy, to szeregi drzew i runo. A tu? Drzewa rosną, no, prawie regularnie. Niezależnie od tego, czy to las iglasty, czy liściasty, czy mieszany. Ale dochodzi poszycie. I na to określenia nie mam. Bo to coś w rodzaju plątaniny krzów wszelakich. Przy okazji, do tej plątaniny dołączają paprocie, dzikie jeżyny, i kłody próchna.

            „Wyczaiłam”, że mogę ten las obejść. Pewnego dnia, po obiedzie, wybrałam się na spacer. Wpierw szłam ścieżką wśród pól. Cały czas miałam las po swojej prawej stronie. Weszłam na szosę. Oczywiście, wędrowałam poboczem. I to nie asfaltowym, ale po trawie, między drzewami. Zupełnie nie wiem więc, dlaczego kierowcy, jadący w stosunku do mnie naprzeciwko – trąbili. Nikomu nie przeszkadzałam! Nie stwarzałam zagrożenia! Więc?

Na mą urodę też chyba  nie lecieli! To o co „kaman”!?

Potem mi wytłumaczono!

Po niemieckich szosach, nawet lokalnych, nikt nie chodzi!

A ja, zeźlona, wparowałam w  środek lasu, i próbowałam złapać azymut na moja wiochę. Na szczęście, Niemcy maja wszystko dokładnie oznakowane, więc z trafieniem do celu kłopotu nie było. Wiec gdy po drodze, idąc skrajem lasu trawiastą ścieżką, trafiłam na dwie przepięknej urody kanie, to byłam skłonna wybaczyć niemieckim kierowcom ich „bedlejakie” zachowanie!

Oczywiście kanie ( albo „sowy” )  usmażyłam na masiłku, jak kotlecik, i ani Babci, ani Bilemu nic nie dałam!

Zresztą! Oni i tak te grzyby uważają za trujaki!

 

- tydzień czwarty

            Zadzwoniła do mnie Ciotka Bilego, a Szwagierka Babci. W pierwszej chwili uznałam to za pomyłkę, ale starsza pani była bardzo zdeterminowana, aby to właśnie ze mną pogadać! Co się okazało? Otóż, do jej koleżanki od kart przyjechała Polka, która się rzeczoną koleżanką ma opiekować. To sobie  Sznajderka pomyślała, że  może niech dwie Polki się spotykają! I super! Tak więc codziennie, przybiega do mnie młode dziewczę, które mogłoby być moją córką. Ale taka konkretna babeczka. Trochę mnie tylko dziwi, że mając 4-letnie dziecko, zostawia się je pod opieką konkubenta. No cóż,  nie moje małpy, nie mój cyrk!

W każdym bądź razie Paulina, to dziewczyna wesoła, życiowa i nie dająca sobie w kaszę dmuchać. Te dwie godziny, na które do mnie przybiega, mijają, jak z bicza strzelił. Tym bardziej, że u mnie jest darmowy dostęp do stacjonarnych telefonów w Polsce. To wiadomo, co?  Przy okazji, jej babcia dała namiary na następną Polkę, więc życie towarzyskie kwitnie. Tamta z kolei, jest zatrudniona przez firmę na umowę o pracę, bo rzeczona Mariola nie wyobraża sobie inaczej. Ponoć jest nauczycielką. Ba! Pedagogiem, jak podkreśla! Tylko czemu klnie, jak szewc? Wspólnie z Paulą stwierdziłyśmy, że coś nam u Mariolki „ nie hula”, więc odwiedzamy ją co trzeci dzień, bo tyle jesteśmy w stanie ją zdzierżyć!

I wychodzi na to, że nasz wredny, polski charakterek nawet tu, na obczyźnie daje się we znaki. Dobrze jednak, że te nasze niby ploty, traktujemy jak zabawę.

            Najważniejsze jednak, to fakt, że w sobotę odwiedziła mnie Pioterka ze swoim Chłopem i Wnusią. To kawałki  wursty im z cebulizną nasmażyłam, do tego otworzyłam butelczynę winka, i było git. Nagadały my się do imentu. Szkoda jednak, że tak krótko! Ale…! Jak mówią mądrzy Indianie:” w niedosycie, lepiej się pamięta!”

            Z Paulą postanowiłyśmy jechać na zakupy do Buschofen! Rowerami!!!!

I pojechały my sobie! Ja na rowerku Bila, Paula na córczynym babki.

Dwie Polki – wariatki! Bo ziąb był taki, że hej! A my? Ni czapek, ani szaliczków, ani rękawiczek!

Jedno szczęście, że to niedaleko było, tylko 1,5 km. Bo strach pomyśleć, gdyby dalej!

Zakupy zrobiłyśmy okrutne!!!  Paula, po zapłaceniu, nie wzięła swoich napojów

i jednorazowych maszynek do golenia. Ja miałam tylko bluzeczkę po dużej przecenie!

I jeszcze coś. Paula pomogła mi kupić doładowanie do mojej niemieckiej komórki!

Zaszalałyśmy! Nie ma co!!!

            Bab zafundowała mi nie lada atrakcję. Chyba nie dowierza, że akuratnie sprzątam kocią kuwetę i pewnego dnia poszła w załomek przy schodach naocznie wszystko sprawdzać. Oczywiście, w tak ciasnej przestrzeni straciła równowagę i padła, ryjąc twarzą w żwirku. Gdyby Bili nie wychodził akurat na kibelek, to kto wie, jakby długo tam kwitła. A tak, Bili natychmiast mnie zawołał, abym pomogła ją dostać do pionu. Trzeba było widzieć te zmagania. Kino za darmo, chociaż mnie do śmiechu akurat nie było, gdy ją dźwigałam!

 

wtorek, 16 grudnia 2008

Za Renem: Pisanie na kolanie – 2

- tydzień pierwszy

            Najnormalniej na świecie robię za panią domu. Super! Nikt się nie wtrąca, nie poucza, nie nakazuje, co mam robić!

Oczywiście! Wiadomo, że są pewne sprawy, że tak powiem, niezmienne z dziada – pradziada, a raczej z Niemca na Niemca, i należy tego przestrzegać! Ale w sumie są to raczej takie codzienne rytuały, bez których chyba Niemcy bardzo źle by się czuli. Zresztą! Czy my, Polacy, nie mamy też pewnych przyzwyczajeń?

Najważniejsze, aby przestrzegać godzin posiłków i pielęgnować takie drobniutkie dziwactwa domowników. Wiadomo, że Babcia lubi pić kawę w filiżance w niebieskie kwiatki, Bili uwielbia swoją brązową; Babcia używa cukru, Bili słodziku, itd., itd.

Niezmiennie mnie rozczula babka, kiedy w nocy na okrągło przeprasza, że mnie wzywa. A już zupełnie nie wiedziałam, jak zareagować, gdy mnie przytuliła mówiąc, że nikt tak nad nią się nie trząsł. Być może. Zastanawiam się, jak przy babci chodziły młode dziewczyny! Sama mam już swoje lata, to wiem, że najbardziej trzeba czułości. Co mi więc szkodzi modulować głos tak, aby był słowikiem, a nie wroną?

Po obiedzie mam teoretycznie wolne aż do 18-stej. Ale jakoś tak pilnuję, aby co kolejne 1,5 godziny przyjść do babki, zapytać się, czy czego nie potrzebuje, przy okazji zaprowadzić do toalety. Jestem wtedy spokojniejsza, i wiem, że nic nie może się jej przydarzyć, a zwłaszcza to „na gęsto”, po którym bab wygląda, jak murzynek! A tak, „po” czyściutkie jak słoneczko! Hi,hi,hi!

Bili, a tak faktycznie – Dieter,  to dla mnie zagadka. Prawie się  nie odzywa. Bardzo często schodząc na śniadanie oznajmia, że jest zmęczony. A kiedy pod koniec tygodnia, gdy sprzątałam jego pokój odkryłam, jaką ilość lekarstw pochłania, to już mnie to nie dziwi.

Schodzi tylko na posiłki, po obiedzie kładzie się na 2 godziny, potem wsiada w samochód

i wybywa na całe popołudnie. Zjawia się na kolację i znowu zamyka się w swoim pokoju.

            Wkurza mnie, że nie zjawia się Claudia. To wnuczka babci, która jest jej prawną opiekunką i to ona decyduje o wszystkim, co mnie dotyczy. A ja źle się czuję bez pieniędzy. Fakt, mam tu wszystko, ale…. Czasami chciałoby się wyskoczyć do sklepiku, kupić coś sobie, np. słodkiego, czasem jakie piwo, a tu d...a blada!

 

- tydzień drugi

            Ten kot, to nie kot, ale świnia! I trudno! Mogą mnie „kociary” wykląć! Ale ja, za „chińskiego boga” nie potrafię pojąć, jak można walić kupę na dywanik, gdy obok stoi czysta, posprzątana kuweta.

Nasze wzajemne podchody, czyli moje i kota, zaczęły się już po trzech dniach. I niezależnie od tego, czy sprzątałam kocięcą kuwetę rano, wieczór, we dnie, w nocy; i tak zawsze obok leżało to coś, od czego, przy sprzątaniu, wszystkie flaki wywracały mi się na drugą stronę. Ten cholerny zwierz mnie chyba wyczuł, bo patrząc mi prosto w oczy szedł w swój kącik i robił swoje, ale obok, a nie na żwirek. I nawet, kiedy mieliłam przekleństwa na tą gadzinę po cichutku, tylko w myślach, nic to nie dawało. Stwór się wycwanił! Potrafił 2-3 dni  zachowywać się porządnie, aby znienacka znów pozostawić na dywaniku śmierdzącą pamiątkę po sobie.

W sumie, to ja się nie dziwię. Kocisko jest potężne, spasione i otłuszczone. Ale nie ma się co dziwić, skoro babka na okrągło go karmi. Pół biedy, gdyby tylko karmą kocięcą! Ale nie!

Z obiadu, obowiązkowo na specjalnym talerzyku ląduje mięsko dla kotka. Po kolacji, tak samo, ale szyneczka, czy insza mortadela. Co kot trochę podje swojej karmy, trzeba mu dokładać, bo babka pilnuje, i nie ruszy się dopóty, dopóki nowa porcja nie zostanie dołożona. Kocisko więc je i sra, aż furczy! Tylko, do jasnej – ciasnej, czemu nie ma w sobie nic z gentelmana jak Blukot lub Pichandra?

 

poniedziałek, 15 grudnia 2008

Za Renem! Pisanie na kolanie

 – Wyjazd

Różne dziwolągi już ze mną jechały, ale balangowiczka, która „rządziła” całą drogę, przeszła samą siebie. Nie dość, że była mocno „wczorajsza” i człowiek nie wiedział jak ma głowę trzymać, by mu w nos te jej wyziewy nie leciały, to jeszcze miała pretensje o wszystko. Za wolno kierowcy jadą, za mało przerw na papierosa, a ona płaci to wymaga i ten komfort jej się należy! Na nic zdało się jej uspakajanie. Z każdym kilometrem jej agresja rosła. Była tak bezczelna, że w czasie przerw potrafiła specjalnie je przedłużać spalając po  3-4 papierochy od razu. Dziwne, że kierowcy znosili to ze stoickim spokojem! Przez jej wygłupy, przynajmniej 3 godziny straciliśmy.

 - dzień pierwszy: ranek

Godz. 6.20 była, gdy stanęłam pod małym domkiem, w którym miałam pracować. Od razu na wejściu dostałam „opeer” od Dziewczyny, którą zmieniałam. Bo użyłam dzwonka do drzwi, i budzę babcią. Ciekawe tylko, jak miałam dostać się do środka, gdy na mój sms, że jestem, nie było odpowiedzi przez dobre 15 minut. Miałam kwitnąć pod drzwiami do białego rana?

- dzień pierwszy: południe

 Pospałem parę godzin. Zwarta i gotowa zeszłam do kuchni, gdzie Dziewczyna poznała mnie z Babką. To kawałek kobiety jest! Ale cicha, spokojna, bez nerwów. Jak się potem okazało, także bardzo wyrozumiała, bo gdy czegoś nie zrozumiałam, potrafiła tylko cichutko chichotać. Jest jeszcze Bili, jej zięć. Jego żona – córka babci – zmarła w maju, to babcia zięcia przytuliła do siebie, gdy ten wpadł w ciężką depresję. Dowiedziałam się, jakie są moje obowiązki i jakie mi przysługują świadczenia. Nie spodobało mi się to, że nie będzie wypłacana tygodniówka, tylko całość wynagrodzenia dostanę na koniec pracy. Zupełnym kuriozum dla mnie było co innego. Normalne jest, że jak się załatwia pracę w Niemczech, to się za to płaci pośrednikowi, ale tylko raz ok. 100 – 150 euro. Natomiast teraz zapowiedziano, że jeśli chcę w to miejsce jeździć nadal, bo mi odpowiadają warunki rodziny niemieckiej, muszę za każdym razem płacić ok. 120 euro. To już byłam pewna na milion procent, że w to miejsce drugi raz nie pojadę, bo nie będę żadnemu cwaniakowi nabijać kabzy!

- dzień pierwszy: noc

Dziewczyna pojechała wieczorem. Zostałam sama. Położyłam się. Próbuję zasnąć! Nie mogę. Co mi przeszkadza? Już wiem. Cała pościel jest przesiąknięta nikotyną. Wrrrr! Wstaję, zmieniam wszystko! Spać! Krótko po północy budzi mnie przeraźliwy dzwonek „seniorfonu”. Schodzę na dół, a tam egipskie ciemności. Babka prosi, abym poszukała żarówek i wymieniła je w lampkach, bo kot po nocy harcował i je pozrzucał. To szukam, ale najpierw skrzynki bezpiecznikowej. Jest! Wymieniam żarówki, idę na górę! Spać! Po godzinie znowu buczy. To babka chce do toalety. Ok.! Schodzę, prowadzę, pilnuję, kładę do wyrka, życzę dobrej nocy! Spać! Scenariusz powtarza się jeszcze ze dwa razy, w odstępach 2 godzinnych. Przy czym, dla zwielokrotnienia nocnych atrakcji, wlazłam w kocięcą kupę! Ło matko pojedyncza! Miałam dość! Tłumaczę sobie tylko, że to kot i babka byli zestresowani, bo przybyła nowa osoba i zburzyła ich poukładany świat. Na pewno dalej, to już będzie dobrze!

 Ale o tym cdn.

 
1 , 2
Archiwum