Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
czwartek, 24 listopada 2011
Znikający punkt!

Od dłuższego czasu obserwuję, jak coś dziwnego dzieje się ze Ślubnym. :-)

Wychodzi do garażu po samochód, bo mamy gdzieś jechać. Czekam na niego, i czekam, gotowa do wyjazdu, a jego nie ma, i nie ma, i nie ma. Dwa, trzy razy zdążę się ubrać oraz rozebrać kurtkę i buty wyjściowe, bo inaczej bym się zagrzała.

Zawozi mnie na rehabilitacje do szpitala, ma mnie odebrać po godzinie, ale jeszcze po drodze wskoczy tylko nad jeziorko, aby coś wziąć z działki. Wychodzę po zabiegach, nie ma Go, dzwonię, gdzie jest i dowiaduje się, że jeszcze na działce. Nie mam wyjścia, wracam pieszo, a On, jak się uda, to czasem zdąży odebrać mnie po drodze.

Idzie na ryneczek, albo do sklepiku nieopodal, bo akurat coś mi zabrakło przy przygotowaniu obiadu, i jak należy się domyślić, wsiąka na baaardzo długo, a ja się wściekam, bo mi ta rzecz niezbędna natychmiast.

Takich przykładów mogłabym mnożyć. A jedyny wspólny mianownik jest jeden. On nie zdawał sobie sprawy, jak to fajnie jest na emeryturze! Bo ma się ogromnie dużo czasu i wystarczy spotkać znajomego, też emeryta,  i zwyczajnie gadać bez opamiętania, zupełnie zapominając o bożym świecie.

wtorek, 22 listopada 2011
Podchody!

Namówienie Ślubnego na imprezę taneczna od zawsze graniczyło z cudem. Ten typ tak ma, że tylko w domowych pieleszach czuje się najlepiej. Na całe szczęście mnie nigdy w niczym nie ograniczał, zwłaszcza w moim "szaleństwach", co należy mu zaliczyć na duży plus. Ale wiadomo przecież, że Kobieta ma to do siebie, iż czasami potrzebuje wsparcia się na męskim ramieniu, aby nie tylko samej błysnąć, ale i pochwalić się, jakie to ramię wspierające fajne! Od dawien dawna, kiedy jeszcze byliśmy piękni i młodzi, stosowałam zasadę " z zaskoczenia". Uwielbiam tańczyć, lubię towarzystwo, nie widziałam nigdy powodu, dlaczego mam z tego rezygnować. Udawało się! Na dwa dni przed "dniem zero" komunikowałam, gdzie idziemy i z kim! Były fochy, a jakże! Ale dawał się namawiać, a potem stwierdzał, że dawno się tak nie ubawił! Do czasu! Od momentu, kiedy dostał zawał, koniec szaleństw taneczno-zabawowych. Od prawie 20 lat nie wiem, co to Sylwester, o pomniejszych zabawach nie wspomnę. Całe szczęście, że raz na kilka lat trafiał się ślub w rodzinie, ale teraz, do najbliższej tego typu uroczystości bardzo, bardzo daleko, i pewnie zdążyłabym całkiem zgrzybieć! Dlatego, gdy tylko nasze UTW ogłosiło, że organizuje wieczorek andrzejkowy, nie namyślałam się długo i kupiłam bilety. I zaczęły się podchody. Najpierw trzeba było czekać na odpowiedni moment ( czytaj humor ), a potem obwieścić radosną wiadomość. Potem spokojnie przeczekać nawałnicę gniewu, bo jak to tak, bez porozumienia. Na koniec zacząć spokojnie tłumaczyć, że jakby nie było, mam męża i chciałabym chociaż raz na parę lat iść z nim na tańce, nie tłumaczyć wciąż znajomym, dlaczego nie bywam, lub gdy już jestem, to sama. Bo po prostu nie chcę sama i już!

I idziemy razem! Jutro! Późnym popołudniem!

niedziela, 20 listopada 2011
Śmiechoterapia!

Wczorajszy wieczór z kabaretem Paranienormalni, to dwie bite godziny nieprzerwanego śmiechu! Takiego, co to boki zrywać, do łez, do rozpuku! A najlepsze było dzisiaj rano, kiedy uświadomiłam sobie jedną rzecz. Do wczoraj, każdego wieczora, kiedy kładłam się spać, przez godzinę przynajmniej męczyła mnie moja astma. Niejednokrotnie Ślubny chciał mnie eksmitować do innego pokoju. A wczoraj spokojnie, zero pokasływania, żadnego odcharkiwania. Pomógł śmiech, a w zasadzie to, że dzięki niemu tak sobie przewentylowałam płuca i oskrzela, iż teraz tylko nagrywać kabarety, słuchać przed snem, porządnie się wyśmiać i spać, jak dziecko!

sobota, 19 listopada 2011
Duet!

Poszliśmy na ryneczek rano!

Ja przywlokłam 5 kg buraczków, Ślubny nóżki wieprzowe, kości i karkówki trochę.

Nastawiłam buraczki do gotowania, Ślubny wszystko w jeden gar rzucił, niech się gotuje.

Ostudzone buraczki obrałam, przetarłam na grubej tarce, Ślubny ostudzone coś tam, obrał z kości i chrząstek.

Dołożyłam na sicie przyprawy, zalałam zalewą aby się macerowało, Ślubny rozpuszczał żelatynę, bo miał za dużo płynu.

W butelki wlałam 2,5 l przedniego koncentratu barszczu i mam 6 średnich słoiczków buraczków do obiadu, Ślubny dostał po wymieszaniu wszystkiego 7 słoików galatu. 

Potem była pasteryzacja tego wszystkiego!

A teraz, zaraz, wychodzimy na występy kabaretu Paranienormalni!

Miłej niedzieli dla wszystkich!

czwartek, 17 listopada 2011
Wszystko przez placki ziemniaczane!

Dzisiaj poszłyśmy na kijki tylko we dwie, bez Irci. Byłam przekonana, że idziemy w jedną z naszych stałych tras, ale Marianna poleciła coś nowego. Po godzinie, zamiast zawrócić pogoniła mnie przez pola i następną wioskę. Po drodze więc musiałam zadzwonić do Ślubnego, że się spóźnię, co oczywiście nie było mu w smak, bo miał zetrzeć ziemniaki na placki, na dodatek była u nas najmłodsza Wnusia, więc wychodziło na to, że trochę obiad się opóźni. Nadałam więc jeszcze większe tempo, niż wcześniej, i tym sposobem trasę 10km przeszłyśmy  w godzinę i czterdzieści minut, co Marianna skwitowała krótko: nowy rekord!

Wpadłam do domu zadyszana okrutnie, gotowa natychmiast smażyć te placki, a tu spoko! Wnusia i Ślubny najedzeni, a dla mnie placki w piekarniku!

I było się tak śpieszyć?

Dobra! Dziś czwartek, to lecę na wodny aerobik!

Dobranoc!

środa, 16 listopada 2011
Gapowicze!

To trochę odpowiedź na ostatni post Ornitologicznego. Ale adekwatny!

wtorek, 15 listopada 2011
Dzisiaj będzie dobry dzień!

Wczorajszy zaczął się niezbyt miło. Wpierw nerwowa noc, bo przez moją galopującą sklerozę zupełnie zapomniałam, że zaczyna mi się dwa tygodnie rehabilitacji, a ja już byłam umówiona z dziewczynami na kijki o godz. 10. Zabiegi zaczynają się od 11, więc pół nocy ustawiałam siebie do pionu, by nie zapomnieć rano zadzwonić do każdej, wytłumaczyć się, że mnie nie będzie i ustalić na cały tydzień nową godzinę "chodzenia". W szpitalu z kolei było śmiesznie. Wymieniono starą wannę do masaży wirowych na nowiusieńką, z szeregiem dysz i chyba nalano za dużo wody, bo podczas zabiegu woda tak pryskała, że całe majtki miałam mokre, a żadnych na zmianę, bo takich atrakcji nie przewidziałam. Siedzenie potem na laserach i prądach w mokrej bieliźnie było średnio przyjemne. Potem szybko do domu, przebrać się i dwie godziny marszu. Szybki obiad i już idziemy do miasta załatwić bankowe sprawy. Całe szczęście, że zachciało się nam małego oddechu. Dobra kawa i wspaniały krem toffi w kawiarni na rynku, to miły przerywnik, bo pod wieczór jeszcze mnie czekał basen z aqua areobikiem. 

A dzisiaj rano, wstałam jak szczygiełek i poszłam po bułeczki na śniadanie. Wracając, zatrzymałam się na chwilę przy przejściu i czekałam na zielone światło. Akurat ruszał potężny tir. Z otwartego okna spojrzał na mnie młody kierowca i całą gębą uśmiechnął się. Nawet się obejrzałam dokoła, czy to na pewno do mnie ten uśmiech, ale tak, nikogo wokół nie było! Odwzajemniłam się tym samym, a co tam. Miły uśmiech, nawet obcej osoby, na początek dnia jest jak najpiękniejsze słońce. A właśnie u nas to słońce przebija się przez chmury.

Będzie ładny dzień, uśmiechnijmy się do siebie! :-)))))

piątek, 11 listopada 2011
Listopadowo!

Piękny dzień był dzisiaj. Słoneczny, ale zimny. Poszliśmy ze Ślubnym na bardzo długi spacer. Prawie dwie godziny nam na tym zeszło.

Spod naszego bloku poszliśmy na nowo odkryta ścieżkę, która powstała bardzo niedawno, bo latem. Samochody nieopodal śmigały, gawrony stadami ucztowały na poboczach, a słońce powoli chyliło się ku zachodowi!

Chwila przerwy i idziemy do centrum. Prawie żadnych ludzi. Wszyscy chyba zamknęli się po domach i oglądają rozróby w stolicy!

Dzisiaj usłyszałam jedno bardzo ważne słowo puentujące naszą niemożność godnego przeżywania ważnych rocznic : niepełnosprawność społeczna! W pełni się z tym zgadzam!!!


środa, 09 listopada 2011
O miłości w innym wymiarze!

Jakoś tak w ostatnim tygodniu trafiałam na emisję serialu Klan. Nie oglądam go namiętnie, raczej traktuję go jako wypełniacz czasu, gdy jestem na obczyźnie. Ale zainteresowała mnie tematyka ostatnich odcinków. Krótko mówiąc, w telewizji ma być pokazany reportaż z domu Grażynki, a głównym bohaterem ma być jej adoptowany syn Maciek, który do kamery wyznaje miłość swojej ukochanej. I chociaż Grażynka zgadza się na wizytę ekipy filmowej, to jednak po przemyśleniu sprawy chce spowodować, aby właśnie fragment z wyznaniami Maćka nie ukazał się na antenie. Ona boi się po prostu reakcji widzów, którzy nie zrozumieją uczucia ludzi z zespołem Downa, nie chce, aby wyśmiewano się z jej Syna.

I przypomniał mi się ubiegły rok, i moja praca na Marienhofie koło Trieru. Do Annelise przychodziła jej wnuczka, której zawsze towarzyszył chłopak. Oboje z zespołem Downa. Są parą. Nigdy nie widziałam bardziej kochających się młodych ludzi! To, jak na siebie patrzyli, z ufnością i miłością, to było tak, jakby otaczał ich magiczny blask. Prawie jedli sobie z dziobków. Dowiedziałam się, że nikt nie robi z faktu tego, że się kochają, żadnej sprawy. Wszyscy traktują ich najzupełniej normalnie. Co więcej, oboje młodzi mieszkają razem. Wiem, że nie było sterylizacji, ale jej matka pilnuje, aby dziewczyna dostawała zastrzyki antykoncepcyjne. Cała ogromna rodzina i znajomi oraz przyjaciele wspierają ich i nikomu nie przyjdzie do głowy negować faktu, że ludzie upośledzeni mają prawo do własnego szczęścia. 

Bardzo jestem ciekawa, jak scenarzyści Klanu rozwiążą dylemat Maćka. Chciałabym wierzyć, że nie będzie złośliwości małych ludzi. Chciałabym! Ale, czy tak faktycznie się stanie, śmiem wątpić. Umiemy czasem współczuć, ale nie potrafimy przyznać ludziom niepełnosprawnym prawa  do przeżywania emocji.

poniedziałek, 07 listopada 2011
To już 42 lata minęły ?????

 
1 , 2
Archiwum