Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
poniedziałek, 30 listopada 2009
6.20

35 lat temu!

O tej właśnie godzinie, po prawie dwudniowym porodzie urodziłaś się Ty, moja Kochana Córeczko!

A Twoje Imię wybrałam już, kiedy byłam dziewczynką, i u mojej Mamy, a Twojej Babci ciągle słuchałam jednej z wielu piosenek Wojnickiego!

Życzę Ci, aby jedynymi łzami, które pojawią się w Twoich oczach, były kryształowe łzy szczęścia!  Aby uśmiechu na Twej twarzy nie zakrywały ciemne chmury smutku! Oby płatki róż wyściełały drogę Twojego przeznaczenia! Niech szczęście, zdrowie, radość i miłość będą przeznaczeniem Twych dni

sobota, 28 listopada 2009
12 KOLEKCJI Z DZIECIŃSTWA dla 50+, a może i 60+

Poczytałam sobie na Gazecie artykuł o tym, co zbierano na przestrzeni ostatnich lat. Nie umiem wstawiać linków, ale to było to:

www.pl/widelec/1,99763,7298492,12_rzeczy_ktore_prawie_kazdy_kiedys_zbieral.html

Autor artykułu  zatrzymał się moim zdaniem na latach 80-siątych i 90-siątych ubiegłego wieku. Bo niektóre nazwy kolekcji akurat mi się przypominały. I to ze względu na to, że pamiętam, co moje Dzieci wtedy zbierały!

Były tam wymienione:naklejki do albumu Panda, puszki po piwie, samochody z grupy Turbo, guma NBA, Toxic crusaders, kapsle i nakrętki, karty do gry z piłkarzami, karty koszykarskie, naklejki z Koukou Roukou, album z gumy Cgabel, historyjki z Donaldów, kartki z notesików.

A my, pokolenie bardzo starej komuny?

My, urodzeni w późnych latach czterdzistych i na początku lat pięćdziesiątych, co pamiętamy???

Moje najwcześniejsze wspomnienie, to klasa 6-sta szkoły podstawowej.  Każda z moich koleżanek miała zeszyt, w którym skrupulatnie wpisywało się w odpowiednich rubrykach: kogo najbardziej lubię, jakie jest mój najlepszy piosenkarz/piosenkarka, aktor/aktorka, czym chciałabym zostać, co nienawidzę, ulubiony kolor.... i już nie pamiętam, bo skleroza puka do drzwi! :-)))

Oczywiście zbierało się widokówki. Nasze, krajowe, to była norma. Ale, gdy ktoś miał kilka zagranicznych! OOO! To już był gość! I dyktował warunki: za jedną zagraniczną - 10 lub 20 polskich. Wszystko zależało od atrakcyjności miejsca, skąd dana kartka była.

No, i oczywiście!!! Zbierało się aktorów i aktorki. Fotosy! Zdjęcia i zdjątka! Przypominam, to lata zamierzchłe i nie "nada było hulac"! Do dyspozycji były szaro-bure gazety. Kto szczęśliwszy, zadawalał się miesięcznikiem "Film".

Zbierało się znaczki, naklejki od zapałek. Czasem jakieś kapsle. Ale to był ciężki szpas, aby coś dostać z wymiany ciekawego. Lata ubogie i chędogie. Niestety!

A Wy, moje Kochane czytelniczki oraz nieliczni czytacze????

Co zbieraliście na przełomie lat 50-tych i 60-tych????

czwartek, 26 listopada 2009
ECH! ŻYCIE!!!

No tak!

Przyjechała Młodego vona Lejdi, i koniec netu.

Po południu przeprowadziłam się do kuchni. Frau zaciekawiona obejrzała wszystkie zdjęcia z folderu „przyroda”, ale to nie o to chodzi.

Letuchno się czuję nie „riśtiś”, gdy proszę Frau, aby mnie zawołała, gdy będę potrzebna, a w tym czasie sobie hulam po necie.

Ale inaczej się nie da.

Oba Młode państwo latają z laptopami po całym domu, i zabierają nimi tą mikrą  cząsteczkę energii sieciowej, która mnie się przynależała, i którą mój „topek” był w stanie przechwycić.

Niestety, nie mam fizycznych możliwości ich śledzić. Czy już poszli się kochać? Może na zakupy pojechali? A może pływają na basenie?

Sytuacja byle jaka, i nie wiadomo, kiedy się skończy!

Niech to jaśnista z ogonkiem! Ani odpowiadać na komentarze, ani odwiedzać Ulubione blogi!

A na dodatek wieści od Ślubnego dochodzą takie, że tylko się pochlastać!

Wrr!

Jak mi przejdzie, to zacznę schodzić do tej piwnicy!

wtorek, 24 listopada 2009
CIEMNA STRONA!

Spokojny poranek.

Lubię, kiedy jest Kristine. Nasze śniadanie trwa wtedy zawsze bardzo długo. Nawet Frau von nie ma nic przeciwko temu, a my to skrupulatnie wykorzystujemy.

Zjawia się Młody von ( ma tak coś około 40 lat ). Przysiada się do nas , do stołu. Patrzy jakoś tak dziwnie, na ustach błąka mu się jadowity uśmieszek. W końcu pyta, która z nas wzięła mu jego odżywkę do włosów z pływalni, bo jej od wczoraj nie ma.

Pomijam już fakt, że odżywka nie kosztowała więcej, jak 3-4 euro, a także to, że każda z nas ma swoje kosmetyki. Nie mówię nic, że przedwczoraj jego córka pakowała się do mamy i zostawiła nieprawdopodobny bałagan, który mi potem Frau von kazała posprzątać.

Po co wspominać, że z bolącą ręką ani mi w głowie było pływanie.

No, a Kristine też nie interesuje pływalnia, bo to nie jej rewir pracowy.

Pytanie zawisło w powietrzu.

Śniadanie stanęło nam „kością w gardle”!

Poczułyśmy się zbrukane!

 Niech ta słodka trucizna wraca w końcu tam, gdzie jego miejsce, czyli do Stanów!

niedziela, 22 listopada 2009
KONTUZJA

To trzeba mieć szczęście!

Już w pierwszym dniu, przy przekładaniu Herr vona z łóżka na wózek, jakoś chyba źle podłożyłam lewą rękę i prawdopodobnie coś sobie nadwyrężyłam. Bolało jak cholera i ręki nie szło podnosić wyżej głowy ani na centymetr. A ręcę tutaj, to podstawa. Frau von powyciągała więc wszystkie możliwe leki. Ja smarowałam, wklepywałam,kąpiele uskuteczniałam i łykałam środki przeciwbólowe. Część moich obowiązków przejęła więc Frau, a mnie przykazała się oszczędzać, co z ochotą uczyniłam. Akurat piękna pogoda tutaj, to korzystałam ile się da ze spacerów, w których oczywiście towarzyszyły mi pieski. Najbardziej nam się podobało brodzić po grubych dywanach z szeleszczących liści.

Dzisiaj już prawie dobrze.

I wiem, wiem! Mam na siebie uważać!

Miłego tygodnia dla Wszystkich!

 

piątek, 20 listopada 2009
TUTAJ CICHO!

Oba Vony juz w objęciach Morfeusza są! I dobrze. To już "nadaję", co u mnie. Z Am der Scherf nadaję, jakby kto nie pamiętał!

Podróż spokojna była bardzo, mimo tego, że w moim mieście żegnała mnie straszna wichura, z nie mniej gwałtownym deszczem. Ale po minięciu granicy - spokój!

Odbierała mnie z dworca Kristine, bo akurat w dniu, w którym przyjeżdżałam, oba Vony, razem z moją Zmienniczką byli w Kolonii. Wizyty różniste mieli u specjalistów. Wrócili późno! Na przywitanie zostałam wycałowana w policzki ( przez Frau) i ręce ( przez Herr). No! I jeszcze podziękowanie dostałam, że odkurzyłam pokoje, i poszłam z psami na spacer, zamiast spać po całej nocnej podróży. Ale przecież widziałam, że Zmienniczka nic z tych rzeczy nie zrobi, skoro rankiem już jechali załatwiać swoje sprawy. Ja i tak nie spałabym, to przynajmniej miałam zajęcie jakoweś.

Wieczorem tylko miałam lekki "zgryz", bo Herr von, za nic na świecie nie chciał, abym go z łóżka na "rolsztul" przenosiła, co było dla mnie dziwne, bo akurat tą czynność miałam ubiegłym razem opanowaną do perfekcji. Ale za to pierwszy raz, udało mi się go samej z rzeczonego rolsztula przeprowadzić na łóżko!!! A dzisiaj dubelt, i chyba ważniejszy, bo nikt ( czyli Frau ) mnie nie asekurował! Udało sie śpiewająco! Dumna jestem z siebie, jak nie wiem co! Dlaczego o tym piszę? Bo jeśli Frau będzie wiedziała, że może mi swego męża zostawić, gdyż sobie  ze wszystkim poradzę, to będzie mogła jechać spokojnie do Szwajcarii do córki. I wtedy pobyt tutaj, jak jej nie ma, to jakby urlop! No co? Prawdę mówię! Takie realia!

Internet niby jest, ale trzeba go szukać. Wczoraj się  nie udało! Dzisiaj jest z przerwami. Dlatego nie obiecuję systematyczności w odwiedzaniu moich wszystkich ULUBIONYCH!

A póki co!

 POZDRAWIAM PIĘKNIE!!!!

wtorek, 17 listopada 2009
NA BEZDECHU!

U mnie już prawie mogą być Święta!

Od paru dni pucuję, sprzątam, wyrzucam to, co zbędne, gotuję, zamrażam itd, itp. Bo jutro do pracki - na miesiąc. Wrócę dzień przed Wigilią! No! To wiadomo, nie? Wszystkie gospodynie świata, zwłaszcza te nasze, krajowe, wiedzą o co chodzi. I nie ma to-tamto! Musi być! I będzie! 

Pawlacze, to w ubiegłym tygodniu miały remanent. Potem przyszła kolej na piwnicę. Ło matko pojedyncza! Czego tam nie było! Ślubny parę kursów do śmietnika uskutecznił. A najśmieszniejsze było to, że parę godzin później, to co my wyrzuciliśmy, komuś innemu się przydało, bo między kolejnymi wizytami śmieciarzy, niczego już przy śmietniku nie było. Czyli? Przy okazji, dobry uczynek został popełniony! :-)))) Najważniejsze jednak, że nie dałam książek ruszyć. Jest ich cały regał: min. wszelkiej maści sagi indańskie, cała historia Tomka Wilmowskiego, większość dzieł Fiedlera. I nikt tego nie chce. A wywalać - żal! Tak jestem nauczona. Książek i chleba - nie wolno!

To dziwne, ale w nowych komodach też jakiś bałaganik się zagościł. A przecież nie dalej, jak rok temu wszystko było nowe, nowiuteńkie; stare papierzyska na przemiał poszły i na półkach oraz w szufladach przestrzennie się zrobiło! Tymczasem papiery znowu pączkują! Jakim cudem, pojęcia nie mam.

Wczoraj wszystkie okna pomyłam. Z każdej strony. No co? U mnie to takie oczywiste nie jest. Na parterze mieszkam i zdarza się, że często pucuję tylko jednostronnie - od nawietrznej! A nocą mnie chyba już tradycyjny reisefiber złapał. Na dodatek Ślubny chrapanko takie odstawił, że klękajcie narody! Więc markowałam sobie po pokojach.

Od piątej już firany zdejmowałam i nastawiłam do prania. Potem, to juz samo biegło: pędzić do markietu kupić wędzone, paczkowane próżniowo pstrągi. Były, ale ze zbyt bliską datą ważności. Nowa dostawa za godzinę. Powrót do domu, przy okazji powieszenie wypranych firan, aby ściekały. Znowy po ryby. Są! Zapakować, dorzucić suszonych grzybków, wysłać do Francji. Kupić koperty. Kartki świąteczne wypisać. Jakoś w tym roku ich mniej, tylko 19. Trudno, Ślubny wyśle w odpowiednim czasie te, które zostały z ubiegłego roku. Póki co, nowych jeszcze nie ma. Jak zdążę po powrocie, to będę maile wysyłać, chociaż to już nie to samo!

Oczywiście, skypowo trzeba poszaleć! No, papatrzcie państwo, a to już ta godzina! Szybko więc - obiad nastawić: klopsiki w białym sosie, surówka z pekinki, ziemniaczki. Nastawić fasolkę po bretońsku, bo sobie moje szczęście zażyczyło! A ta fasola się moczy, i moczy, a moczy! Może jutro uda się skończyć! Zatem!  Kurcgalopem do Dzieci, pożegnać się. Takoż z Wnukami. Powoli wyjmować z szaf to, co powinnam zabrać. A zgryz przy tym, że ho,ho. Bo pogoda jakaś taka ,bardziej wiosenna. A jak złapie mnie tam sroga zima? No, i listę spraw do załatwienia przez Ślubnego sporządzić. Bo wiadomo, zgodnie z zasadą, chłop musi mieć zajęcie, aby głupich myśli nie dostawał.

Rzeczony chłop, czyli osobisty Ślubny pobiegł do sklepu, bo dostał ochoty na winko i porządne pożegnanie!

To chyba już znikam, co?

Odezwę się za parę dni, jak już na dobre się ukokoszę za Odra!

Papatki! 

 

poniedziałek, 16 listopada 2009
LETNIE REMANENTY, cd.

Podsumowanie:

8-dniowa wycieczka, z czego 6 dni intensywnego zwiedzania. Cały czas na walizkach, bo tylko dwie ostatnie noce spaliśmy w tym samym hotelu. Wszędzie dojazd autobusem, zresztą bardzo wygodnym, klimatyzowanym, z przesympatyczną pilotką.  Tylko 2 dni, to jazda ponad 6 godzin. Pozostałe 2-3 godz. jazdy - 2 godz. zwiedzania przed południem, a po południu to samo. W trakcie zwiedzania wszystko tłumaczyli i objaśniali nam przewodnicy Polacy, na stałe mieszkający w danym kraju.

Jedzenie środkowoeuropejskie. Żadnych luksusów, ale można było być sytym cały dzień. Poza tym, zawsze można było sobie coś dokupić, zwłaszcza wspaniałe, wygrzane słońcem owoce i warzywa ( pomidory - bajka! Tak smacznych nie jadłam dotychczas). Jakość hoteli różna, ale za niezbyt wygórowaną cenę chyba nie można spodziewać się hotelu z 5 gwiadkami. Jak wiadomo, Polacy to wieczni malkontenci i nie brakowało w naszej grupie osób , które notorycznie miały wszystko za złe.

Sposób zwiedzania świata obrany przeze mnie, nie każdemu musi odpowiadać. To podawanie nam wszystkiego w przysłowiowej pigułce. We wiecznym niedoczasie i pilnowaniu zegarka. Ale ja to lubię i wcale mi to nie przeszkadzało. Ot! Maksimum wrażeń w jak najkrótszm czasie. Ciekawostką było to, że w naszej grupie było bardzo dużo starszych małżeństw, które sobie doskonale radziły w tym podróżniczym pędzie. Co więcej, zawsze dobrze przygotowani, z dodatkowymi informatorami i mapami. Tylko pozazdrościć!

Dla mnie najważniejsze było to, że mogłam te wszystkie wspaniałe miejsca oglądać razem z Córką, i bardzo się ze sobą zbliżyłyśmy.

Już planujemy wspólną wycieczkę do Italii!  Za dwa lata!

niedziela, 15 listopada 2009
LETNIE REMANENTY - cd.

Czarnogóra - dzień 7

Czarnogóra była jedynym państwem, którego nie podbili Turcy. Może stało się tak dzięki twierdzom, wznoszonym z dużym trudem wielu strategicznych miejscach kraju? Osada jednej z takich twierdz czuwała nas spokojem mieszkańców Kotoru.

Kotor to miasto portowe, położone u stóp masywu Locern, które okalają potężne mury obronne. Pną się one także wysoko do góry, gdzie łączą się z twierdzą św. Jana na Samotnym Wzgórzu. W sumie mają 4,5 km długości, 20 m wysokość i 15 m szerokości. Jest to najlepiej zachowane średniowieczne miasto w Europie, którego historia sięga korzeniami IX wieku.
Broniący się przed Turkami mieszkańcy nie mieli nic przeciwko kolonizacji przez bogatych Wenecjan. Do dziś ślady tej zależności widać o kotorskich domach, które w wielu miejscach zdobią lwy – symbol Wenecji. Także w architekturze pałaców łatwo doszukać się weneckiej mody. Naprzeciwko bramy wejściowej, stoi wieża zegarowa z 1602 r, a obok biegnie wąska uliczka (innych tu nie ma), która prowadzi do kościoła św. Mihovila gdzie mogliśmy obejrzeć malowidła ścienne z XIV wieku i lapidarium z kamiennymi pomnikami i resztkami budowli z IX i XI wieku.
Romańską katedrę św. Tripuna, wybudowaną w 1166 r. na miejscu świątyni z IX wieku, zdobią freski z XIV wieku. Jest tam też skarbiec z wyrobami złotników weneckich. Nieco później, bo w XIV wieku, pojawiła się tu srebrna płaskorzeźba, przedstawiająca żywot św. Tripuna.
Niemniej piekny jest  romański kościół św. Anny powstały w końcu XII w. z freskami z XV wieku.
Spacerując po Kotorze lepiej się nie spieszyć – by niechcący nie przegapić pałacu Prima z XVI w, ozdobionego wzdłuż całej budowli balkonem.

Z Kotoru jedziemy wzdłóż Boki Kotorskiej, wspinając się coraz wyżej słynnymi, stromymi serpentynami, z których rozciąga się wspaniały widok na granatowe morze, które, niczym fiord, wdziera się w głąb lądu. Brzegi zatoki wręcz toną w bujnej roślinność śródziemnomorska. Panujący tu klimat sprzyja drzewom cytrusowym, palmom, granatom i magnoliom.

Zatrzymujemy się w niewielkiej wiosce u podnóży masywu Lovcen. To Njegusza. Miejsce narodzin przedstawicieli dynastii Petrowiczów, obecnie słynie ono z produkcji sera i wędzonej szynki.

Następnie udajemy się do Cetinje, historycznej stolicy Czarnogóry i zwiedzamy stary monastyr. Skarbów, pełnych bizantyjskiego przepychu pilnuje tam jeden mnich, który w trakcie oprowadzania nas po muzealnych salach bacznie patrzył, czy mu nic nie zginie. Ponoć nie ma tam żadnej instalacji alarmowej.

Dzień kończymy w Budvie, najatrakcyjniejszym miejscu Czarnogóry. Spacerujemy po starym mieście, z murami obronnymi z XV wieku, tworzącymi system fortyfikacji z bramami i wieżami. Chodzimy po murach, podziwiając przepiękny widok starego miasta, z wąskimi uliczkami, placami i zabytkami.

piątek, 13 listopada 2009
HANNAMARIA!

Do wiadomości wszystkich Dziewczyn, które kiedyś na DTS pisały!

HANNAMARIA została Babcią!

Jej Synowa, po przeszczepie nerki, urodziła ( przez cesarkę ), w 8 m-cu  Cudowną Helenkę!

Dziewczyny! Trzymajcie kciuki, aby obie pięknie żyły!

 
1 , 2
Archiwum