Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
niedziela, 28 lutego 2016
Ścibolę sobie!

Nakupowałam melanżowego kordonka i sobie ścibolę powolutku, pomalutku. Pisankowe zawieszki przede wszystkim, no i kurki, których opis wykonania znalazłam na blogu z bloxa - kuchniaipasja. Małe stadko powędrowało już do Córki, teraz kolej na Synową. Te dwie są nasze, bo nas dwoje dziadków jest! Coś ostatnio daje mi się mój kręgosłupek lędźwiowy we znaki, więc takie posiadywanie przy robótkach dobrze mi robi, tak jak mój masujący materac, którego zaczęłam używać po bardzo długim czasie! Cóż, stare kości, to i rozruszać je po zimie trzeba.

Przyjaciółka dostała skierowanie do szpitala na operację usunięcia żylaków przełyku. Jak doczytałam w necie, co to, wszystkie włosy stanęły mi na głowie!!!! W środę zawożę ją na dworzec, przynajmniej jej Córka będzie miała stuprocentową pewność, że do niej dojedzie. Trzeba załatwić termin w mieście wojewódzkim, na całe szczęście Córka jakieś dojścia tam ma. Sprawa jest dość pilna, a w naszym szpitalu termin byłby na grudzień! Sic! Znowu będę się denerwować, ale jakoś pomóc muszę, bo tak w sumie to moja Przyjaciółka nikogo tutaj nie ma. 

Ot, i tak z jednej strony przygotowania do wiosennych świąt Zmartwychwstania, a z drugiej walka o zycie!

 

 

 

czwartek, 25 lutego 2016
Remanenty-cd/za miedzą

TROCHĘ SŁOWACJI I WĘGIER

To była druga zagraniczna wycieczka w ramach sanatoryjnego pobytu. Oczywiście w niedzielę, a do tego najdłuższa. Wyruszaliśmy w środku nocy ( ok. 3.30 ), a wróciliśmy krótko przed północą. Naszym celem głównym są termy w Miszkolcu, ale po drodze jedziemy przez Słowację, więc naturalnym jest, że zbaczamy do Koszyc.

KOSZYCE

Ulica główna, z wieloma pieknie odrestaurowanymi kamienicami z czasów gotyku, renesansu i secesji. To tutaj są najwieksze w tym mieście zabytki, a prócz tego wiele markowych sklepów, klimatycznych kafejek i restauracji. Niestety, nie dla nas, bo przyjechalismy o porze, w której miasto dopiero budziło sie do życia. Cóż - niedziela!

Sporo bocznych uliczek i podwórek napewno tętni życiem przez cały dzień.

Pierwszy w Europie herb miejski nadał Koszycom w 1365r. Ludwik Andegaweński, a poniżej tzw. pomnik trzech herbów

Fasada hotelu Slavia

W miejscu, gdzie ulica Główna rozszerza się we wrzecionowaty rynek, rozciąga reprezentacyjny plac z neorenesansowym gmachem teatru, wzniesionym w XIX w. Zaś między teatrem i katedrą jest skwer z grającą fontanną i współgrający z nią karylion.


Kościół Jezuitów pochodzi z siedemnastego wieku

Wieża św. Urbana, to szesnastowieczna dzwonnica, przebudowana w stylu renesansowym.

Katedra św. Elżbiety -  największa świątynia Słowacji. To gotycka budowla z dwiema wieżami, strzelistą i zakończoną kopułą, na elewacji zaś jest mnóstwo zdobień i plaskorzeźb,

 

we wnętrzu zaś przepiękny pietnastowieczny ołtarz.

MISZKOLC

Termy z wodą o temperaturze 30 i 40 st. C, to system korytarzy i basenów wbudowanych w zbocze góry, na skraju miasta.

W środku są cztery baseny, połączone korytarzami wykutymi w skale, jest jacuzzi i naturalne bicze wodne, a także kompleks saunowy. Raz na jakiś czas włącza się "rzeka", i trzeba bardzo uważac na jej bystry nurt , zwłaszcza przy skraju skalnych ścian. Wewnątrz korytarzy palą się kolorowe lampy, a w tzw. grocie zakochanych jest prawie ciemno, co zwłaszcza młodzi ludzie wykorzystują na maksa. Jestem tolerancyjna, ale przyznam, że ten brak zahamowań w uprawianiu seksu był dla mnie lekko deprymujący, zwlaszcza w jacuzzi, w którym na oczach wszystkich "kochały" się panie spod znaku Safony.

Trzeba jednak przyznać, że kilka godzin tam spędzonych, to doskonały relaks i zabawa, zwłaszcza w szarobure jesienne i zimowe dni. Na miejscu jest także bar i sklep z pamiątkami, widać także, że miejsce to jest bardzo popularne nie tylko wśród miejscowych, ale także i zagranicznych turystów, którzy zjeżdżają tam całymi rodzinami. 

HERCEGUT

W drodze powrotnej jeszcze przystanek, w jednej z winnic znanego regionu Tokaj. Na zboczu skalnym, porośniętym gęstą darnią, wykuto w systemie tarasowym dziesiątki piwnic, w których produkuje się znane w całym świecie wina.

Mieliśmy więc nie lada okazję, aby zwiedzić jedną z tych piwnic, specjalizującą się w wyrobie win białych.

Wieczór zakończył się oczywiście przy stole, przy którym degustowaliśmy różne rodzaje win, wyprodukowanych z typowych dla tego regionu szczepów. Na koniec jeszcze zakupy w piwnicznym sklepiku, i czas żegnać się z przesympatycznymi Węgrami!

 

Cdn.

niedziela, 21 lutego 2016
Ptaki wracają!

Poprzednia robótka kosztowała mnie trochę roboty. Prułam kilka razy i cudowałam  z tym raglanem, ale Dziecko zadowolone, i to najważniejsze. Teraz moge spokojnie zabrać się za mniejsze "ścibolanki", bo przecież Wielkanoc za pasem! Czasu na szczęście jeszcze troche jest, więc pewnie uda mi się mój plan, aby nie tylko trochę karteczek z robótką powysyłać w świat, ale moim Dziewczynom stroiki porobić. Udało mi się znaleźć na jednym z blogów fajną kurke, to pewnie i jakieś stadko drobiu się wydzierga! 

Po drodze, mieliśmy przenosiny naszego miejsca zumbowego. Z obrzeża miasta, do centrum. Od chwili, gdy pod miastem powstała duża Galeria, w centrum ceny wynajmu bardzo spadły, więc kiedy wypowiedziano umowę w miejscu, które docelowo ma być jakimś centrum rozrywki, bez kłopotu znalazł się fajny lokal przy rynku głównym.  Wczoraj nawet Najnajmłodszą udało mi się namówić na ćwiczenia! Zawsze to lepiej sobie pofikać, niż siedzieć w czasie ferii cały czas przed kompem!

Moja Przyjaciółka dwa tygodnie temu wróciła od Córki. Tak faktycznie, to zwiała po prostu, odmawiając pójścia na terapie AA. Jedno szczęście, że zarejestrowała się do lekarzy specjalistów, których sugerowano jej przy wypisie w szpitalu wojewódzkim. Oczywiście, była draka, bo kiedy pierwszy raz pojechałąm po nią, to nie dała sie wyciągnąć z barłogu, nawrzeszczała na mnie za wylanie piwa z butelek, i kazała się wynosić. We wtorek miała drugą wizytę w poradni chirurgicznej, ale znowu galimatias wielki był, bo kazała się wieźć do przychodni, tam biegałyśmy, bo nie wiedziała, gdzie w końcu ma iść. Dopiero przypomnienie moje, że pewnie do szpitala trzeba zadziałało, ale nas nie przyjeto, bo Ona nie miała załatwionego skierowania od lekarza rodzinnego. Termin więc przesunięto o tydzień, wróciłyśmy też szybko do przychodni, i tam znowu "klops", bo Ona nie pamięta, czy jest w gminnej czy miejskiej. W końcu udało się ustalić, załatwiłyśmy termin na wczesne godziny poranne w piątek. Prawie pół nocy nie spałam denerwując się, czy Ona wstanie, czy nie będzie na "haju", i czy w ogóle mnie wpuści, aby do przychodni jednak pojechać. Bo to nigdy nie wiadomo. Juz kilka razy odchodziłam z kwitkiem od jej domu. Ale wszystko poszło jak po maśle. Teraz przed nami jutrzejsza jazda do szpitala, do chirurga. Oby doszła do skutku!

czwartek, 18 lutego 2016
Remanenty - cd.

Kolej na Sanok, w którym głównym celem naszej wycieczki było największe w Polsce Muzeum Budownictwa Ludowego, prezentujące dorobek kultury materialnej Podkarpacia. Skansen liczy kilkadziesiąt obiektów. Zgromadzono tam budynki reprezentujące budownictwo pieciu grup etnograficznych: Bojków, Łemków, Dolinian, Pogórzan Wschodnich i Pogórzan Zachodnich. Są wśród nich chaty wiejskie i zagrody, karczmy, kapliczki, a nawet cerkwie i kościoły.

 

Jest Rynek Galicyjskiego miasteczka

i uliczki pełne rzemieślników, 

są urzędy:

np. pocztowy

dawny zakład fryzjerski,

królestwo zegarmistrza,

 atelier fotograficzne,

i bogato zaopatrzony sklep kolonialny.

Cerkiew Narodzenia NMP z Grąziowej - drewniana cerkiew greckokatolicka, zbudowana w Grąziowej w XVIII w., przeniesiona w 1968, i umieszczona w sektorze bojkowskim. Cerkiew z Grąziowej zbudowana została w 1731 r. Jest trójdzielna - składa się z trzech części - prezbiterium, nawy i babińca. Przed frontem i z boku biegną soboty - podcienia.

Ikonostas pochodzi z XIX wiekui został przeniesiony z cerkwi w Poździaczu. U dołu ikonostasu znajdują się carskie i diakońskie wrota, oraz ikony. Najniżej znajdują się ikony namiestne.

Zabudowania wsi łemkowskiej

typowe wnetrza wiejskie i mieskie z przełomu XVIII i XIX wieku

Pod wieczór jeszcze tylko  krótki spacer w okolicach Rynku Głównego i krótka wizyta w kościele Podwyższenia Krzyża Świętego. Powyżej - jedyny taki obraz z Matką Boską i leżącym, śpiącym Jezusem.

Cdn.

niedziela, 14 lutego 2016
Moje Walentynki!

Dzień zakochanych! Czyli czas dla kochanych i kochających! 

Ja też kocham!

Wnuczkę najmłodszą, z którą poszłam dzisiaj do kina, na "Listy do M/2"!

Córkę, dla której zrobiłam sweter!

 

I siebie też, jak najbardziej, bo jestem warta tych róż, które sobie kupiłam!

Miłego Walentynkowego wieczoru Wszystkim! :-))))

czwartek, 11 lutego 2016
Remanenty - cd./Lwów

Wyjeżdżaliśmy około czwartej nad ranem. Cały czas był deszcz, potem deszcz ze śniegiem. Na granicy nast rochę potrzymano, ale to ponoć normalka. Ukraińskim pogranicznikom lekko sie nudzi, więc wymyślają różne utrudnienia, i nigdy nie wiadomo, na co się trafi. Oczywiście teren tzw. ziemii niczyjej spokojny, nikt z karabinami tam nie biega, a pamietam, jak bodaj w grudniu krzyczano o konieczności budowania muru!

Tylko, że później, kiedy się przejaśniło, mieliśmy wrażenie jakby nam się czas zatrzymał, na latach osiemdziesiątych chyba ubiegłego wieku u nas. Siermiężnie i biednie. Wjeżdżając do Lwowa, mijaliśmy ogromne szare blokowiska, nieremontowane chyba nigdy, z obłażącymi płatami tynku, z graciarnami na balkonach. Wiele budynków chylacych sie ku ruinie. Pozamykane sklepy i zakłady pracy, straszące pustymi oczodołami okien. Centrum trochę lepsze, ale to ze względu na to, że na poprzednie Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, udało się za pieniądze sportowych federacji główne ulice i obiekty wyremontować. Udało nam się zobaczyć jeden, słownie jeden blok wybudowany dopiero parę lat temu!

Smutne wrażenie zrobiła na nas ogromna ilość starych ludzi, żebrzących nie o pieniądze, a o kawałek chleba. Serce ściskało się, gdy prawie całowali nas po rękach za kawałek bułki, czy ciastko! Staruszkowie czasem bywali dość natarczywi, ale tylko wtedy, gdy chcieli sprzedać jakieś słodycze, dosłownie za śmieszne grosze!

Zaczęliśmy zwiedzanie od Katedry Św. Jura. Była niedziela, odbywało się nabożeństwo i ślub. W kościele prawosławnym nie ma organów, śpiwają chóry. To naprawde niezwykłe doświadczenie słuchać ukraińskich pieśni nabożnych. 

Udało mi się tylko sfotografować jeden z licznych bocznych ołtarzy

Jedziemy na Cmentarz Łyczakowski. Wiadomo, że Lwów był kiedyś polskim miastem, znanym z wysokiej kultury, w którym mieszkało setki wybitnych Polaków. To własnie tu są ich groby, pieczołowicie odrestaurowywane, pielęgnowane, na niektórych zawsze świeże kwiaty, lub tylko przepasane są wstążką biało-czerwoną. U Zapolskiej, Bełzy, Konopnickiej, Grottgera, i wielu innych!

Na części ukraińskiej natomiast wiele nagrobków w dość niezwykłej manierze, jak np. ten, jakiegoś poety, a widziałam też łucznika, ucznia przy stole z książką, tenisistę!

Stamtąd już krok do cmentarza muzeum  Obrońców Lwowa- tu leżą zołnierze z lat 1918 - 1920, zmarli w latach późniejszych oraz Orlęta Lwowskie. W kaplicy wysłuchaliśmy opowieści, jak starano się cmentarz przywrócić do stanu pierwotnego, a także każde z nas zostawiło skromny datek na dalsze prace rekonstrukcyjne.

Spacer po mieście rozpoczynamy od Opery Lwowskiej. Akurat trafiliśmy na przerwę, i udało się wejść do środka, by podziwiać bogate wnętrza nie tylko foyer, ale także głównej sali, w której odbywają się przedstawienia.

Zwiedzamy też Katedrę Polską, Kaplicę Boimów i Katedrę Ormiańską, ale zdjęć nie mam, bo nie wolno robić we wnętrzach. Wszystko można jednak znaleźć w sieci, jeśli kto ciekawy.

Potem spacer Wałami Hetmańskimi, aby pokłonić się naszemu największemu wieszczowi, Adamowi Mickiewiczowi;

spacerujemy po Rynku Głównym, jednym z niewielu miejsc, w którym widać troskę o stare, zabytkowe budowle - poniżej kamienice: Czarna, Atlasów i Królewska;

a na koniec zwiedzamy najstarszą, bo działającą nieprzerwanie od 1771 roku aptekę.

Potem tylko kosztowanie typowych ukraińskich dań w jednej z restauracji na rynku- była zupa solianka i pielmieni, wszystko popite mocną herbatą.... i wyjazd, aby zdążyć przed zmianą celników na granicy, bo sama zmiana groziłoby najmniej dwugodzinnym postojem!

niedziela, 07 lutego 2016
Nic specjalnego!

 

Pewnie już nie uda się w tym roku zobaczyć mojej uliczki w takiej spokojnej bieli. Teraz błoto, droga rozjeżdżona przez samochody, które co i rusz podjeżdżają ku jednej z posesji, bo zmienił się właściciel i zabrał się za gruntowne przeróbki nie tylko domu, ale i obejścia! Strach wchodzić po spacerach do domu, tak buty ubłocone. Zdejmujemy je na wycieraczce, a potem szybko pod wodę umyć i napastować.

Nasi sasiedzi znad samego jeziora zaczęli rowerowanie, ale jakoś nie mamy do tego przekonania o tej porze, zwłaszcza gdy widzimy, jak są opatuleni. To chyba średnia przyjemność jechać ubranym na potrójną cebulkę!

Najważniejsze jednak to, że nasza zumbowa trenerka zorganizowała także zajęcia w mojej wiosce. Teraz skaczę w tygodniu już trzy razy, bo oczywiście nadal jadę do miasteczka na zajęcia miejskie, które są jakby mniej intensywne w stosunku do tych wiejskich. W mieście chodzą moje równolatki, względnie panie niewiele różniące się wiekiem od nas, seniorek. Natomiast na wsi przekrój wiekowy jest bardzo zróżnicowany, a i same zajęcia bardziej w szybkim rytmie prowadzone. Póki co jednak, zadyszki nie dostaję!

Udało nam się tylko raz zobaczyć zamarznięte okna w naszym MBD. Ależ bylismy zdziwieni! Ubiegłej zimy nie było ani razu żadnego rysunku. Zresztą śniegu też było na lekarstwo. Nawet jezioro nie było zamarzniete w ubiegłym roku, a w tym - tak. Teraz wprawdzie po lodzie już nie ma śladu, ale okazja pobiegania po lodowej tafli była. Zwłaszcza dzieciarnia miała radochę! No, i "morsy".

Ptaków jednak mało jest. Królują sikorki, które gromadami okupują nasze karmidełka przy szopce. Nie ma mazurków, rudzików, gołębi i sójek. Ciekawe dlaczego? Za to co dzień rano, na wycieraczce przed drzwiami, widnieją ślady jakiegoś, sądząc po odchodach, chyba większego ptaka. Albo siada na podstawie naddrzwiowej lampy, albo na wycieraczce. Być może to sroka, bo całkiem duża gromada tych ptaków dokoła lata! Póki co, nie rozwiązaliśmy tej zagadki!

czwartek, 04 lutego 2016
Pączki z różą!

Świeżutkie pączki już czekają na Progeniturę! Nadziane konfiturą z róży, którą sama uzbierałam. Trochę mi sok z konfitury powyciekał w czasie smażenia, ale pączki smakują obłędnie, są puchate i mieciutkie, jak należy.

Jakby kto miał ochotę, to zapraszam! Częstować się, bo po południu tylko puste tacki zostaną! :-))))

Archiwum