Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
piątek, 28 lutego 2014
TARGOWISKO

W każdą  środę i sobotę, na głównym deptaku miasta odbywają się targowiska. Oczywiście, ten sobotni najważniejszy, no i najwięcej sprzedawców przyjeżdża, i najwięcej kupujących jest!

Podstawowa różnica z naszymi targowiskami jest taka, że tutaj nie specjalnie wydzielony plac służy do targowania, ale dwie szerokie ulice, a poza tym, większość wystawców prezentuje swój towar w długaśnych samochodach, specjalnie do tego typu sprzedaży przystosowanych. Oczywiście, są normalne stoiska pod chmurką, lub typu namiot, ale w zdecydowanej mniejszości! 

Ale też jak u nas, targowisko jest miejscem, gdzie swoje płody, wyroby i wszystkie możliwe dobra, prezentują lokalni wytwórcy, bardzo mocno podkreślający odpowiednimi szyldami lub potykaczami, co oferują.

Jeszcze jedno zaobserwowałam. W środy przeważają panie. Natomiast w soboty przeważnie widać małżeństwa; pan niesie koszyk, a pani decyduje gdzie się zatrzymać i co do koszyka włożyć. Są też w dużej liczbie samotni panowie, dzierżący kurczowo w ręku karteczkę ze spisem tego, co mają kupić.

Miody, spadzie, woski - wszystko z pasieki.

Marmolady, dżemy, konfitury - własnej roboty

Prawie jak u nas! :-)))

Taaaka wiosna już tutaj!

Niewiarygodnie duży asortyment przypraw. Można się poczuć, jak na arabskim suku.

Ilość odmian ziemniaków i cebuli przeszła moje najśmielsze oczekiwania!

Ogórki przetworzone w każdej postaci. Można popróbować przed wybraniem. Zaciekawiły mnie pikle w zalewie miodowej. Ależ to była małmazja!!! Kupiłam do obiadu, i ani się obejrzałyśmy z Bunią, jak zniknęło wszystko ze słoika!

Takie kolejki, bardzo rzadko tu widać! I sami panowie prawie.

A na koniec, po wyczerpujących zakupach, w mobilnej kawiarence można wypić kawkę, sok, czy piwko i pogadać ze spotkaną sąsiadką, czy znajomymi!

W najbliższą niedzielę jest dodatkowy targ, tym razem wielkanocny. Już szykuje aparat! :-)))

A poza tym, Reinhard z Rodzinką wrócili z zimowego wypoczynku. I od razu net zaczyna mi szwankować. Jakoś wytrzymam. Bunia szczęśliwa, bo nareszcie ma wszystko na oku! Robimy coraz dłuższe spacery, które jednak nie przekładają się na jej lepsze spanie. Najważniejsze jednak, że się rusza, a nie tylko poleguje w salonie!

Zostało tylko 12 dni!

środa, 26 lutego 2014
Przerywnik chiński!

Obiecany spacer po Muzeum Ziemi Syczuanu!

Integralną częścią Muzeum jest przepiękny park, z wieloma atrakcjami, z których skwapliwie korzystają mieszkańcy Chengdu i turyści!

Zdjęcia nie są najlepszej jakości, ale wśród nich znalazłam wiele, które można spotkać na internetowej stronie tego muzeum - www.scmuseum.cn

Strona ta otwierała mi się bardzo trudno, ale warto nań wejść, bo dokładnie można wszystko zobaczyć, klikając na odpowiednie galerie, a potem przypisane im podstrony. Nie wątpię, że zwiedzanie wszystkiego zajmie kilka godzin! I nie trzeba znać angielskiego czy chińskiego!


Jadeitowe wojsko

Smok i Budda

Komnata wojenna

Dawne ubiory

Biżuteria

Obuwie

Laka

Też laka

Jadeitowe figurki

Waza z brązu

Złoty Budda, a w tle setki jadeitowych i  pozłacanych posążków

Maska

Kin


Cała oferta muzeum, oferująca skarby chińskiej kultury dynastii Han,Tang,Ming i Quing pokazana jest w kilku osobnych ekspozycjach: historia piśmiennictwa, epoka brązu, ceramika, historia materialna regionu, artyzm kultury wysokiej.

Na koniec, znalazłam film na YT, który trochę przybliży to miejsce, a który jest mi bliski z uwagi na to właśnie, że pokazuje to, co mam na zdjęciach przesłanych mi przez Wnuka.

Ja oczywiście bardzo  Mu zazdroszczę, że może na wyciągnięcie ręki mieć te wszystkie wspaniałości.

niedziela, 23 lutego 2014
Spokojność - niespokojność!

Dni sobie biegną powolutku! Coraz bliżej do końca pracy, i coraz prędzej mijają chwile, do momentu, który mnie dzieli od przeprowadzki. W zasadzie mały, biały już jest gotów w całości, ze wszystkimi detalami. Ostatnio Ślubny mini garderobę w przedpokoju składał, a pan Kafelkarz kończył wszędzie cokoliki. Nie mógł wcześniej, bo czekaliśmy na drzwi, a potem na ich oprawienie i wstawienie. Brakuje tylko w oknach rolet, ale tym się zajmę po powrocie. Ostatnie wieści domowe są takie, że  zostały już wszystkie dokumenty budowy podpisane i zatwierdzone przez geodetę i kierownika budowy, zaniesione do gminy i teraz czekamy na potwierdzenie numeru i adresu. Ponadto, wiosna nad jeziorem jakby się już zadomowiła, zatem  pan Budowlaniec rusza z tarasem, który ma być gotowy dokładnie na mój powrót, pod groźbą spotkania się w cztery oczy rzeczonego Budowlańca z moją skromną osobą, która akurat będzie za ostatnią zołzę w mniemaniu Ślubnego robiła w razie niedotrzymania terminu! Swoją drogą podziwiam! Ślubnego oczywiście! Tak się dać odkryć, no,no,no!! :-))) Poza tym, Ślubny zamówił już materiał na balkon, i kiedy tylko przyjdzie, sam się zabiera za jego zrobienie. Bardzo jestem ciekawa tego, chociaż po prawdzie, jeśli On mówi, że zrobi, to wie, co mówi, i jakoś rzadko można było w przeszłości cokolwiek jego pracy zarzucić. Pożyjemy, zobaczymy.

Córci zleciłam wymyślenie, jaki rodzaj materiału użyć, i jak go połączyć ze starodawną ażurową narzutą, com ją na jesieni z artystycznego cerowania odebrała. Mówiła mi ostatnio, że już wie. No i urlop bierze na czas, kiedy przyjeżdżam, będzie mi pomagać przy przeprowadzce, I pewnie na Wybrzeże skoczymy do Ikei. Ostatnio oglądałam u Buni synowej super organizery do zastawy stołowej , i nie tylko, przechowywanej w kuchennych szufladach. Po drodze mamy Lubjanę, to może na konto nowego, białego jakiś nowy serwis sobie sprawię! Nie, dobra, zaczynam świrować! :-))) Ale przecież, gdyby cztery lata temu ktoś mi powiedział, że będę miała własny domek, to sama bym go od świśniętych wyzwała!

Chyba muszę zmienić koncepcję co do kwiatów. Nie mogą być na balkonie, skoro pod nim ma być montowana markiza. Niestety, moje ulubione surfinie szybko opadają i mogą plamić. Trzeba rozważyć inny pomysł, aby kwiatami był zdobiony tylko taras. Na całe szczęście jest trochę czasu do maja, to się wymyśli, albo podpatrzy!

 

Bunia trochę spokojniejsza. Po poniedziałku, gdy parę godzin była z nią Renate, zapomniała o kapeluszu czarnym, i bez zmrużenia oka wkłada nie mniej gustowny kapelutek popielaty, kiedy wybieramy się na spacery. Akurat wiosennie się zrobiło, kwitną krokusy, zawilce, przebiśniegi, nawet wiśnie japońskie, i spacerować Bunia lubi, gnając do przodu, że trzeba ja mitygować. Swoją drogą do podziwu jest, że nie potrzebuje rolatorka. Wystarczy laseczka i wsparcie na moim ramieniu. Może Ona dlatego taka "szwarna", że na Mazurach urodzona, na ogromnym gospodarstwie, to i pracy oraz bieganiny przy zagrodzie pewnie skosztowała według lat! Czasami, kiedy przeglądamy zdjęcia, wspomina tamte czasy. Niekiedy się sprzeczamy, bo u Buni geografia i historia, czasami tragiczna nie tylko dla nas, miesza się zupełnie w czasie. Według niej "korytarz", to nie ten wąski pas na północy obejmujący dawne województwo pomorskie, tylko prawie cała Polska w granicach sprzed II w.św. I nie da sobie przetłumaczyć, wie lepiej!

Gdyby jeszcze mi po ciemaku nie biegała po domu, byłoby super! Pewnie, że mieszkając przeszło 60 lat w nim, zna już każdy centymetr na pamięć, ale ja się zawsze boję, że dostanie jakiegoś zawrotu głowy i mi wyląduje połamana na parterze. A z lekarką, która tu przychodzi co tydzień i z nią sobie pogawędki wesołe robi, nie idzie się dogadać w kwestii tabletek na spanie i maści do smarowania jej potwornie suchej i niemożliwie podrapanej skóry. Ona wszystko bierze śmiechem, i uważa, że i tak nic nie pomaga, bo u Buni tylko zaawansowana starość jest!

czwartek, 20 lutego 2014
To nie jest recenzja!

Będzie o moich wrażeniach z opery Nabucco w wykonaniu solistów, chóru i orkiestry Stagione D`Opera Italiana. Ewentualnych znawców opery uprasza sie o pobłażliwość.

Jak wiadomo z poprzedniego wpisu, w wyniku perturbacji z biletem, na przedstawienie spóźniłam się o całe 15 minut. Nakazano mi do momentu przerwy usiąść na miejscu w tylnym rzędzie, tuż pod długim, szerokim balkonem. Usiadłam, ochłonęłam, próbuję się wczuwać. I coś mi się nie zgadza. Może ja rzeczywiście nie powinnam tu być? Na uszy mi padło? Co to jest? Dlaczego taki słaby śpiew, a muzyka jakby płynęła z nie wiadomo jak daleka? Jedyne świetne momenty, to te, w których śpiewa chór! Jakiś trzeci sort śpiewaków tu przysłali, czy jak?

Lekko zdegustowana, przemęczyłam się przez akt I i II, a podczas przerwy kupiłam program. Czytam w nim, że artyści występujący w Stagione D`Opera Italia, to najlepsi soliści i wykonawcy z renomowanych, znanych na całym świecie, włoskich teatrów operowych: mediolańskiej La Scali, weneckiej La Fenice, florenckiej  Teatro Comunale, turyńskiej Teatro Regio i Areny z Verony. No? To czemu ja tego kunsztu nie słyszę? Wyjaśniło się bardzo szybko.


Kiedy usiadłam już w swoim czwartym rzędzie i zaczął sie akt III wszystko stało się dla mnie jasne. Pod balkonem nie było żadnej akustyki! Dopiero w części  sali, tej wysokiej, wszystko brzmiało jak należy. Zwłaszcza chór był rewelacyjny. Z solistek zachwyciła śpiewaczka kreująca rolę Abigail, z kolei bardzo młoda sopranistka, śpiewająca kwestię Feneny, jakąś dziwną techniką operowała, bo ja pierwszy raz widziałam, aby dobywać wysokie "c" przy wpół otwartych ustach, no ale ja się na niuansach nie znam. Jeśli miałabym kogoś pochwalić z solistów, to chyba tylko bardzo mocny baryton wykonawcy roli Nabuchodonozora i silny tenor dowódcy straży, reszta poprawna, z tym, że ja przecież bywalec operowy raczej częsty nie jestem, więc moje wrażenia są bardzo subiektywne. Inna sprawa, że scena była niezbyt duża, co pewnie utrudniało całość, nie tylko pod wzgledem scenografii, ale głównie inscenizacji. Ciężkie zadanie na pewno miała też orkiestra, gdyż na sali nie było orkiestronu, a muzycy i dyrygent mieli widownię tuż za swoimi plecami. 


Myślę, że na takie warunki, było to dobre przedstawienie. Publiczność pożegnała śpiewaków gromkimi oklaskami, na stojąco dostali owację Abigail i Nabucco, a świetny chór dwa razy bisował "Va pensiero" . No cóż! My mamy tylko jedną operę narodową i "Arię z kurantem", Włosi natomiast poniższą pieśń mają nie tylko jako nieformalny hymn swojego kraju!

"Leć myśli, na złotych skrzydłach;
Leć, odpoczywając na górach i pagórkach,
tam, gdzie powietrze łagodne i ciepłe
wypełnia słodki zapach ojczystej ziemi! 

Powitaj brzegi Jordanu,
zburzone wieże Syjonu.
O moja piękna ojczyzno utracona!
O wspomnienia, tak drogie i nieszczęsne!

Złota harfo dawnych proroków,
czemu milczysz wisząc na wierzbie?
Obudź pamięć w sercu,
opowiedz o minionych czasach!

Tak gorzki, jak los Jerozolimy 
Niech będzie twój lament. 
Niech Bóg obudzi w tobie melodię, 
która da nam siłę, by znosić cierpienia!

Nie wiem, jak Wy, ale ja zawsze czuję ciarki na plecach, gdy to słyszę!

Udało mi się znaleźć na YT skrót przestawienia tego zespołu, ze scenografią prawie całkowicie pokrywającą się z tą, która tu widziałam. I chór oraz wykonawca roli Nabucco też w nim jest ten sam.


wtorek, 18 lutego 2014
Działo się, oj się działo!

To był tak zwariowany  ten wczorajszy dzień, że aż trudno uwierzyć, iż skończył się dobrze!

Najpierw Bunia z trwającą nadal rozpaczą za czarnym kapeluszem. W trakcie przerwy popołudniowej ubiera sie i wychodzi. Ja za nią. Ona idzie do cukierni, bo sobie przypomniała, że wtedy, gdy mi sama zwiała, to tam na kawie była. Oczywiście, przemiła panienka zza lady nie miała dobrych wiadomości. Kapelusza nie ma. Wróciłyśmy do domu. Za pół godziny sytuacja się powtarza. Gdy tłumaczę, że już w cukierni byłyśmy, podniósł się straszy płacz, że jej na nic nie pozwalam. Co miałam robić? Poszłyśmy. Panienka zdziwiona, ja z boku, Bunia płacze przy ladzie. Wracamy do domu po krótkim spacerze opłotkami, Bunia jakby się uspokoiła. Próżna moja nadzieja. Jeszcze raz za jakiś czas się ubiera. Idzie szukać naokoło. Ja za nią. Oczywiście, nic nie znalazłyśmy. Ale gdy już wieczorem, krótko przed kolacją znów się Bunia zrywa, gotowa do wyjścia, zadzwoniłam do Córki. Opowiedziałam wszystko i także to, że się trochę boję iść na tą operę, bo co będzie, jak Bunia znów zapragnie, tym razem po nocy, kapelusza na zewnątrz szukać? Nie trwało długo, zjawiła się Renate. Zostanie z Bunią, uspokoi ja, położy do łóżka. Dobra!

Na pół godziny przed spektaklem wychodzę, idę sobie spokojnym spacerkiem. To ma być przecież mój piękny wieczór! Jakieś 200 metrów przed celem nagła myśl. Jaśnista z ogonkiem niech to trafi!!! Przecież biletu nie wzięłam!!! W tył zwrot zatem, i pędzę do domu, oczywiście po kilkunastu metrach zipie jak parowóz, ale prę do przodu! W miedzyczasie dzwonie do Renate, urywanymi słowami tłumacze co się dzieje, i że proszę ją, by mnie potem odwiozła swoim samochodem, to jeszcze zdążę! 

Jak burza przeleciałam przez dom, wpadłam do pokoju, chwyciłam bilet, wypadam na zewnątrz, Renate już czeka, jedziemy. Mogłyśmy dojechać dość blisko, samochód staje, prosze Renatę o chwilę, bo gdzie jest bilet, musze go mieć przecież! Nie ma! Po prostu nie ma! Przewróciłam całą siatke, kopertówkę, kieszenie, samochód wnet przenicowałam, nie ma! Zaczęło się robić mało zabawnie. Wracamy pod domu. Drzwi zakluczone, Bunia zamknęła się od wewnątrz, w zamku zostawiła klucz! Trwało trochę, zanim usłyszła, jak się dobijamy, a cenne sekundy uciekają. Przewracam do góry nogami wszystko w pokoju, szukamy na zewnątrz, prawie płaczę ze złości! Biletu nie ma! Wracamy w to miejsce, gdzie się zatrzymałyśmy, może wypadł i leży! Gdzie tam! Jak kamień w wodę! Aby było jeszcze śmieszniej, gdzieś zgubił mi się szalik, mój ulubiony, bo mięciutki jak puch, com go parę lat temu od Birgit dostała, gdy pracowałam w Vechcie! Pal diabli jednal szalik! Gdzie ten bilet jest??? Nic, tylko się wściec i wyć do księżyca!

Renate podpowiada, że mam iść i spróbować w kasie powiedzieć co się stało, może się uda jednak coś zaradzić. To idę. Co mi tam! Jak nie spróbuje, to nie wejdę, i tyle będzie mojego - obciach na całe Buchholz! 

Jakim cudem, w tym momencie ogromnego stresu, przypomniałam sobie numery mojego rzędu i miejsca na bilecie, to jedynie anioły czuwające nade mną wiedzą. Bo to się okazało być kluczem do wejścia na przedstawienie. Sympatyczna Pani z kasy tylko sprawdziła, czy faktycznie został taki bilet kupiony, ja nawet datę zakupu potwierdziłam. Mogłam iść! Ufff! Jeszcze tylko szatnia w piwnicy, przebrać obuwie, i już jestem gotowa, chociaz spóźniona o całe 15 minut! Już po pierwszych wrażeniach, po uwerturze! Trudno! Dodatkowo mogłam do momentu przerwy usiąść na samym końcu, pod balkonem, aby nie przeszkadzać w ciemności innym. I ten fakt bardzo mocno zaważył na całości, niestety! 

Ale o tym w następnym wpisie będzie!

A szalik znalazł się dzisiaj. Jak wracałam z zakupów około południa, zobaczyła, jak wisi na naszym płocie! Po bilecie jednak nawet ślad nie został!

niedziela, 16 lutego 2014
Zguby i cała reszta!

Najpierw zgubiła mi się na krótko Bunia! Nawet nie wiedziałam, że mam zgubę, dopóki nie zeszłam na dół wiedziona ciekawością, kto to też przyszedł do nas! Jakie było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam Bunię. To była przecież nasza przerwa poobiednia, i zawsze spała w jej trakcie. A Ona z rozbrajajacą minką oznajmiła, że była przekonana, iż ja śpię, to poszła sobie na spacer!!! Sama!!! Zapomniała, że ma zawroty głowy i krótkotrwałe zaniki pamieci!! Nic jej nie tłumaczyłam, tylko od tego momentu zaczęłam ją na siłę wyciągać na krótkie, poobiednie spacery, a nawet raz poszłyśmy do kawiarni na ciacho i kawę, czym pochwalia się Synowi, a ja dostałam za to w podzięce jego szeroki uśmiech, niewątpliwie z zadowolenia, że Bunia nareszcie trochę się rozruszała.

Niestety, od dnia, kiedy Bunia pozwoliła sobie na samotny spacerek, zginął jej ukochany czarny kapelusz. I nie wiadomo, czy sama gdzieś go utknęła, czy zwiał go jej z głowy silny tamtego dnia wiatr, w każdym bądź razie od ponad tygodnia trwa tragedia i poszukiwanie tegoż kapelusza. Co sobie o nim Bunia przypomni, to wpada w czarną rozpacz i nie idzie jej utulić z rozdzierającego szlochu! Czekam, aż przyjdzie Córka, może kupi jej nowy.

Syn natomiast z Rodziną pojechał na narty do Austrii. Ale przed wyjazdem, kiedy przyszli się pożegnać, wręczył mi nie tylko kopertę z pieniedzmi na zakupy, ale i klucze do ich domu i skrzynki pocztowej, z prośbą abym dogladała, podlewała kwiaty i całą poczte oraz gazety w kuchni układała! No, i jeszcze wytłumaczył, gdzie w ich domu znajdują się Buni dokumenty i karta ubezpieczeniowa, w razie potrzeby jakiej. Ło matko pojedyncza! Takiego czegoś to ja się nie spodziewałam, bo przecież jego Siostra też tu niedaleko mieszka, a On mi dał te klucze! Chyba powinnam spuchnąć z dumy za taki dowód zaufania! 

I szukuję sie na jutro. Przed południem muszę odebrać nowo zakupione ciuszki. Przecież nie pójdę na przedstawienie operowe w dresie lub spłowiałych sztruksach? W końcu do czegoś zobowiazuję te prawie trzy tygodnie codziennego chodzenia do kasy przedsprzedaży, z przypominaniem się, że jakby coś, to ja jeden bilet baaardzo potrzebuje. No i trochę mi na ambicję wjechano, gdy przeczytałam pewien komentarz, iż to za trudna dla mnie opera! ;-))) Niestety, z metra cięta jestem, to rękawy od żakietu i nogawki spodni trzeba trochę skrócić było. Ale jutro wieczorem będzie git. Lekierki, jeszcze nie noszone, i i czarną torebkę pożycza mi Bunia. Do notatnika mam już przepisane z netu libretto. No i "Va pensiero" już tkwi w głowie od paru dni! Jutro usłyszę na żywo!

czwartek, 13 lutego 2014
Kto kogo?

Bunia zaczęła ostatnio buszowac po nocach! I to dość intensywnie. Rozsądnego powodu ku temu nie ma, ale przeciez nie musi być. Ma lat tyle, ile ma, demencje też, to wszystko ma prawo się zdarzyć. Tylko nie wiem, dlaczego dopiero teraz, po miesiącu czasu, w którym razem z nią jestem! Czy wcześniej się bała, czy sytuacja ją przerastała? Nie wiem.

Nieważne. Tylko zrobił się mały problem, bo Bunia w tych przechadzkach nocnych zawsze cos namąci, napląta, schowa, przełoży, a nazajutrz poszukuje i strasznie płacze, bo zwariowała, o czym jest święcie przekonana. Nie bardzo jest jak ja przekonać, że wariatką nie jest, bo wie lepiej, a słowa o starości jakoś ją omijają! Z kolei znowu, nie wolno mi nic mówić o demencji, bo nie, i już!

Zauważyłam, że ma porę nocnego chodzenia w granicach 23. To zaczęłam schodzić na dół przed ta godziną, niby głodna jestem i sobie robię coś do przegryzki, albo gorącej herbaty mi się zachciało. Zadziałało przez parę dni, niby była zdziwiona gdy mnie zastawała w kuchni, twierdziła, że tylko przyszła sprawdzić, czy wszystko pozamykane, i dawała się spokojnie prowadzić do swej sypialni. Do czasu jednak, jak się okazało! Bunia swój rozum ma, i nie z nią takie moje numery! Wpadłam wcześniej na pomysł, że będę miała wieczorkiem otwarte drzwi od mojego pokoju, który akurat wychodzi na schody. Obok sa drzwi, zawsze wieczorem zamykane przez Bunię, do pokoju, z którego przechodzi sie do łazienki i jej sypialni. 


Siedzę więc sobie, ogladam komedię "Wielkie wesele" z Susan Sarandon, Diane Keaton i Robertem de Niro. Jest około 22. Dwie godziny temu Bunia szła spać! W pewnym momencie słyszę ciche odgłosy poruszającej się klamki z sąsiednich drzwi. A zaraz po nich zamykanie. No, myślę sobie, Bunia sprawdza, czy śpię, ale widzi, że czuwam, to odpuściła. Gdzie tam! Nie dała za wygraną! Jeszcze dwa razy, w odstępach prawie 45 minutowych to się powtórzyło. Krótko po 24, jak zwykle, położyłam się, ale nie zamykalam drzwi od mojego pokoju, tylko przymknełam lekko, i zastawiłam poduszką! Dwadzieścia minut później: tup, tup, tup! To Bunia po schodach biegnie w dół!

Halo - wołam - co się stało?

Nic- odpowiada Bunia - napic się muszę!

Przecież masz wodę na stoliku! Całą butelkę i szklanke też!

Taaak????

Chodź na górę i sprawdź!

Faktycznie, wszystko się zgadzało, więc Bunia położyła się grzecznie do łóżka!

Juz prawie przysypiam, a tu znowu słyszę, tup,tup tup! Bunia biegnie na dół!

To ja za nią!

Co tym razem Kochana? - grzecznie pytam, chociaż mord wisi w powietrzu!

Chusteczek mi zabrakło!

Jak to możliwe? Masz przecież całą szufladę zwykłych chusteczek w szafce nocnej, a na niej całe opakowanie jednorazowych!

Usieszyła się, sprawdziła po powrocie na górę, czy to prawda, grzecznie położyła się do wyrka!

Nie trwalo długo, może kolejne pół godziny, gdy tuptanie słychać kolejne!

Co tym razem?

Musze mieć na jutro świeży pulower, bo ten wczorajszy poplamiony! - informuje Bunia.

Masz wszystko świeże, jak zwykle co dzień, uszykowane na krzesełku przy łazience: bieliznę, spodnie, skarpetki i pulower też! - odpowiadam.

Sprawdziła. Wszystko się zgadzało. Poszła do łóżka!

Kiedy krótko po trzeciej usłyszałam znajome tuptanie, stać mnie było tylko na wrzaśnięcie:" Co tym razem zapomniałaś?" O dziwo, wróciła z pół drogi, zamknęła drzwi, i chyba już do rana nie wstała. A rano? Jak zwykle problem, bo Ona niewyspana przecież, i dlaczego ją wyciągam z piernatków o tak wczesnej porze???

A poza tym nieustający dobry humor u mnie!!!

Po pierwsze primo - dostałam bilet na operę Nabucco!!!! 

Po drugie primo, czyli sekundo - mamy drugi złoty medal!!! Justyna Kowalczyk jest wielka, a ja się z tej szczęśliwości poryczałam , jak małe dziecko!

Po trzecie primo, czli tercjo - został tylko miesiac do przeprowadzki, do małego, białego, nadjeziornego!!!

środa, 12 lutego 2014
Nie tylko dla dinozaurów!

Bolą mnie dłonie od klaskania, gardło zachrypnięte od krzyków, a tylna krzyżowa odczuwa prawie czterogodzinne stanie.

Ale było warto czekać godzinę, aby przez następne prawie trzy przenieść się w świat rocka.

Spectacular night of Queen, czyli wspaniały Cover Show w wykonaniu The Bohemians!

 


Kto nie zna „Another One Bites The Dust”, „ A Kind of Magic”, „We Will Rock You”, „I Want to Break Free”, czy „Radio Ga Ga”? Kto nie pamięta charyzmatycznego lidera zespołu Queen – Freddi`ego Mercury? Nie bez powodu Queen został uznany za jeden z najlepszych zespołów rockowych wszech czasów.

A to, co pokazuje Bohemians, to swego rodzaju danina, i prawie doskonałe naśladownictwo. Myślę, że nie tylko ja miałam takie wrażenie, iż gdybym tylko zamknęła oczy, nie można byłoby odróżnić brzmienia naśladowców od oryginału.


To zasługa nie tylko głównych odtwórców: Rob Comber jako Freddie Mercury, Christopher Gregory jako Brian May, Wayne Bourne jako Roger Taylor i Kevin Goodwin jako John Deacon. To również dziewiętnastoosobowa orkiestra symfoniczna, chór i wspaniała sopranistka Anette Betanski.


Jeśli kogoś to ciekawi, to w planach zespołu jest niedługo Zielona Góra ( 17.02 ), Zabrze ( 18.02), Łódź ( 19.02) i Warszawa ( 20.02)

niedziela, 09 lutego 2014
Spacerkiem małym po świątyni Xiandu

Nowa porcja zdjęć z Chengdu nadeszła, to uprzejmie proszę. Raczej wszystko w detalach, a nie ogólnej perspektywie, ale nie powiem, ciekawe!

 

A to już manufaktura, w której maluje się obrazy farbami według starych receptur, pędzelkiem. Ponoć taki obraz na aukcjach potrafi osiagać niebotyczne ceny!

Mamy trochę przechlapane, bo do Buni ktoś zadzwonił i zapytał o jej Męża! Nie musze dodawać, co się dzieje? Ukoić jej żalu nie bardzo można, do tego chyba prawem "kaduka", dodatkowo demencja się w takich stanach włącza, i mamy tuptania po nocy, przewracanie w szafach w poszukiwaniu biżuterii i inszych precjozów, o zegarkach nie wspominając, oskarżenia nie wiadomo kogo o kradzież, co juz przerabiałam nie raz i nie dwa w innych miejscach, i o innym czasie, ale zawsze to do przyjemnych doznań nie należy!

Może dzisiaj będzie lepiej. Synowa Buni zaprosiła nas na swoje Urodziny, i będziemy się gościć od obiadu!

czwartek, 06 lutego 2014
Pierwsze zdziwienia!

Pierwszy tydzień w pracy tutaj! Cała jestem happy, że lajtowo, Rodzina Buni serdeczna, i....jak mnie siekło w lewym boku w pierwszy tutejszy weekend, to wszystkie gwiazdy na niebie zobaczyłam. Ból okropny, odbierający chęć od wszystkiego, nie dający ani chodzić, ani leżeć, ani siedzieć. Dopiero potem pojęłam, że moje mięśnie, nie dociążone dalej pracą fizyczną, a rozciągnięte w poprzednim miejsu, zaczęły się kurczyć! Na szczęście przeszło, i się nie odzywa! Oby nie zapeszyć! Kciukory potrzebne!!!!

Nadal pierwszy tydzień tutaj. Przyszła Buni Córka. Wypiła kawę i mówi, że musi do roboty. To się usunęłam. Ale po paru chwilach słyszę jakieś huki, stuki, szuranie! Co jest? Schodzę od siebie na dół, i słyszę te dziwne dźwięki dochodzace z piwnicy! Idę doń, widzę Córkę z miotła i szmatą. Pytam, co robi, i slyszę, że porządek w piwnicy, a na moje zapytanie, " mam pomóc?", jest odpowiedź, iż to jej praca, nie moja!!! Klekajcie narody, jeszcze czegoś takiego nie doświadczyłam!!! Słowo!

Wracam wieczorem późnym z koncertu, od razu kieruję się do siebie, nie zaglądając do salonu na dole. Rano, zwykle wstaję godzine szybciej , aby wszystko przyszykowac: dla Buni świeżą bieliznę, nastawić kawę do sniadania, i sprawdzić, czy w salonie jest woda, owoce i chusteczki higieniczne. Wiedziałam, że Bunia lubi sobie wieczorkiem "machnąć" kielonek Bayleysa, pamiętam moja pierwszą Babinkę, też dziewięćdziesięciolatkę, która uwielbiała 58% , czysty rum,ale pozostawiona na stole butelka sznapsa gruszkowego, przewrócony kieliszek i mały bałaganik wprawił mnie w zadziwienie. Nie to, że sobie chciała może w samotności "zalać robaka', bo akurat całe popołudnie spedziłam trzymając ją w objeciach, głaszcząc po głowie i rękach, bo była nieutulona w żalu po swoim Mężu, ale dlatego, iż to taka wstrętna w smaku wódka, takie coś, jak nasze gorzelniane spirytusy. I nie dziw, że cały wtorek na ból głowy narzekała! Gdyby mi dopłacali, nie wypiłabym za nic na świecie!

Nadziwić się nie mogę ludkom z Moisburga i okolic, że im się chce! Zapowiedzieli się ponownie z wizytą. I przyjechali. We  czterech, bo prócz Sylvi oraz Helgi z Herbim, również Gisela była. Pozwoleństwo od Buni dostałam, by ich gościć na jej salonach! :-))) I się gościliśmy wszyscy w szóstkę, zusammen z Bunią, przez prawie cztery godziny! I chyba przyjdzie mi mała walizke kupić do prezentów, nie mówiąc o cud piekności storczyku w kolorze lilaróż, dokładnie takim samym, jak sypialka w małym, białym!  Uszczypnąć mnie proszę, bo to chyba wszystkiego za wiele, co! A jak się sfajda? Ło matko pojedyncza, i wylazł mi ten nasz narodowy sceptycyzm! Wrrr!

W nocy prawdopodobnie ktoś nieźle "naprany" zamiast jechać prosto, walnął w nasz parkan i nie dość, że przestawił furtkę, to złamał całe ogrodzenie. Akurat tak się składa, że Buni domek jest na rogu skrzyżowania. Zameldowałam synowi Buni. Prawdopodobnie On zadzwonił na policję, bo wracając z zakupów zobaczyłam policje koło domku. I wzięli mnie na spytki. Wow! Na początek im powiedziałam, że jestem opiekunka starszej pani, Ona nic nie wie ( rwali się z nia gadać ), wszystko przekazałam Jej synowi, i to pewnie od niego było zgłoszenie; a zauwazyłam jako pierwsza to, co sie stało, schodząc rano z pietra by przygotować śniadanie, i nie, nie wiem, czy ktoś tu sprzątał, proszę zobaczyć w koszach, jest tak, jak było rano. Swoją drogą, musiał sobie ktoś zadać trudu, by zostawić to miejsce bez śladów stłuczki, hamowania i tym podobnych bajerów. Panowie policjanci wszystko sfotografowali, obmierzli, i tyle.... Jutro ma przyjść ubezpieczyciel i firma, która to wszystko naprawi! Ciekawe, czy znajdą sprawcę!

 I to by było na tyle, prócz tego, że nadal się czuję wspaniale! A może nie przyznawac się do tego, co? Nie wypada przecież u nas być szczęśliwym!

 
1 , 2
Archiwum