Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
poniedziałek, 25 lutego 2013
Się zaczyna!

Kurti dostał nową zabawkę! "Wyczaiła" mu ją Karina w gazetce pewnego supermarkietu. Pewnie nie była świadoma, w co się wplątać można? Bo to cudo, to maleńka skrzyneczka, z wajchą, okienkiem okrągłym do przykrycie dziurki, w którą się wkłada kluczyk bardzo zmyślny, bo tylko ma jedno piórko na ostrzu, a do tego jest jeszcze coś na kształt naszej tabliczki mnożenia, tylko z tą różnicą, iż to od jeden do dziewięciu kwadracik jest! SEJF!!!

I "zabawa" trwa!!!! Od rana do wieczora!!! Bo ten kluczyk tyci, a trzeba go dokumentnie w dziurkę włożyć, aby wajcha odmykająca to cudo zadziałała. I ćwiczy biedny Kurti do upadłego! Łez wylanych z powodu nie odemknięcia, lub nie zamknięcia, całe mnóstwo. I żal mi się czasem go robi, bo ta jego obsesja pieniężna jakby się podwoiła, a nawet w czwórnasób zwielokrotniła się! 

Zatem, zamiast dziergotek, mamy bieganinkę. Bo to tak wygląda mniej więcej: Kurti leci do sejfu, manipuluje, za chwile mnie woła, idę, objaśniam, kluczykiem odpowiednio manipuluję, otwieram, pokazuję czarna saszetkę, otwieram ją, pokazuję w której przegródce jest karta do SpaarKasse, gdzie czerwona książeczka oszczędnościowa, gdzie pieniądze, i ile, tych papierowych, a potem skrupulatnie licze drobniaki. 

Jak już to wykonam, zamykam każde zamknięcie saszetki, układam ją w sejfie, zamykam go, Kurti człapie na fotek w salonie...... i za pięć minut mamy powtórkę z rozrywki!!! :-(((

Ale najważniejsze, że po odwiedzeniu wielu stron skarpetkowych, i prześledzeniu różnych sposobów ich wykonywania - zdecydowałam!

Skoro nigdy w swoim życiu skarpet nie robiłam, to zacznę je dziergać sposobem prababek. Jakby nie było, w końcu babcia jestem, czyż nie?

sobota, 23 lutego 2013
Rozmemłanie!

Jakoś się tu zebrać w całość nie mogę! No! I denerwuje mnie to! Bo zapowiada się, że te siedem tygodni będzie nie tylko się ciągnąć, jak przysłowiowe "flaki z olejem", ale chyba bez większych emocji, czyli nudno. Tak przynajmniej wywnioskowałam z opowieści Kariny, a dzisiejszy dzień to potwierdził. 

Kurti cały czas przysypia, a mnie ten czas między palcami przecieka. Do południa siedziałam w necie, aby rozwikłać sprawę rzędów skróconych przy drutowych robótkach. Tak, tak, tak! Wzięłam tym razem druty różne , włóczek kilka rodzajów, i mam zamiar coś z tym zrobić. Przecież kiedyś drutowałam namiętnie, a moje latorośle wystrojone były w siermiężnych czasach komuny jak modele jakie, bo też szyć się na maszynie "naumiałam". Wnuki starsze też zadawały szyki w sweterkach patchworkowych, tylko najmłodsza jakoś nie miała szczęścia, bo jej tylko, o ile dobrze pamiętam, dwa sweterki zrobiłam, ostatni sześć lat temu! 

Czemu te rzędy skrócone? Ano temu, że pozazdrościłam i Spirytce i Splocikowi tych cudownych skarpetek. A ja się na stare lata ciepłolubna zrobiłam, i skarpetule włóczkowe byłyby jak znalazł, a już własnoręcznie zrobione, to ho, ho, ho...! Więc sobie chodzę tu i tam, i rozwikłowuję tajemnice skarpetkowe, a co z tego wyniknie nie wiem. 

A coś musi, bo siedzieć bez nic z Kurtim kilka popołudniowych godzin, kiedy On się  niczym nie interesuje, telewizor przełącza z kanału na kanał po kilku minutach, bo wszystko jest "bleee" i " plepleple", a na dodatek obraża się, gdy nie podtrzymuję dziwacznych dyskusji, to robótka w ręku byłaby jakimś rozwiązaniem. Ręce zajęte, a gadać o głupotach można. A jak już temat opanuję, to obiecuję solennie częściej Was odwiedzać! :-))))

piątek, 22 lutego 2013
No, to jestem!

Kochani!

Serdecznie Wam dziękuję za trzymanie mocne kciuków za moją, zimową jazdę do Jesteburga. Przydało się, jak nie wiem,co! A zwłaszcza specjalne podziękowania mam dla pewnego, superowego pana, oznaczonego u mnie w zakładkach jako Taternik! Powiem tak, jak mówią górale: "na mój dusiu, tsymać łogon miast pazurów, które winny robić za kciuki - rzadka umiejętność!" :-))))

Podróż była więc błyskawiczna. Pewnie też dlatego, że byłam jedyną kobietą w gronie ośmiu chłopa!!! Jechali sobie do jakiegoś bauerstwa, przygotowywać pola pod szparagi! Nie zazdraszczam im tej fuchy, bo jest ogromnie ciężka. W każdym bądź razie panowie nie marudzili, piwa nie pili, wódki takoż, na pinkelpause nie wołali co chwilę, słowem, z taką kompaniją to mogłabym dubelt. A jak jeszcze kierowca, młody chłopaczek mogący być moim wnukiem zapytał, czy może zapalić, a ja się nie zgodziłam, i on nawet się z dezaprobatą nie skrzywił, to pomyślałam sobie, że rzadko mi się zdarzyło jechać z tak dobrze wychowanym młodym człowiekiem!

Śnieżyć po drodze, czego się najbardziej bałam, nie śnieżyło. Nawet miejscami, zupełnie sucha autostrada była. Przystanek mieliśmy od mua tylko jeden, na granicy. a potem, już prosto pod Hamburg. 

Kurti oczekiwał drżący. Nie trwało długo, jak się "odwiesił", i już było normalnie, hihi-śmichy, żarty!

Od rana trzęsienie, bo napadało w nocy, to pomachałam szypą, potem do lekarki po receptę na rolsztul na następne dwa miesiące załatwić, małe zakupy zrobić, bo pewne smaki oraz ulubione produkty, nie zawsze się mnie i mojej zmienniczce pokrywają. Do tego Kurti jednak popłakiwał, zwłaszcza gdy Karina wyjechała późnym popołudniem. Na całe szczęście, wcześniej przyjechała Eike z furą ciasta przepysznego, za chwilę zjawił się Michi, pogaduszki były przy kawie i marcepanowych tortach z furą orzechowej śmietany, potem machanie chusteczką na pożegnanie Karinie, na koniec "winki-winki" dla siostrzanka i siostrzanki! Szybka kolacja i Kurti już dawno chrapie. 

To ja za telefon, wieści wypuścić, że już jestem na starych, niemieckich śmieciach. Dokończyłam też rozpakowywanie, bo jakoś wczoraj się do końca nie dało, tyle miałyśmy z Kariną do obgadania tematów. No, i musiałam Karinie na niemiecki laptop parę polskich programów zainstalować, by następnym razem mogła płyty z filmami oglądać, więc nam zeszło!

Zatem? Pierwsze koty za płoty!

środa, 20 lutego 2013
Rzut na taśmę i śnieg!

Udało się bezproblemowo załatwić wszystko w Olsztynie. Wprawdzie były momenty dziwne, bo w życiu nie byłam przyjmowana przez siedemdziesięcioletnią, prawie niewidomą lekarkę w poradni medycyny pracy, która zawierzyła jedynie moim odpowiedziom na pytania, a sprawdziła jedynie ciśnienie. To ostatnie okazało się tak wysokie, że pierwszą rzeczą po powrocie do domu było wzięcie ciśnieniomierza i dokonanie pomiaru. Całe szczęście, wszystko było w normie, zatem moje tłumaczenie, że stres, bo awaria samochodu, potem bezsenny kawałek nocy, wyjazd o nieludzkiej porze poprzedzony wypiciem szatana kawy, było jak najbardziej adekwatne do tego, co pokazał ciśnieniomierz w Olsztynie. W drodze powrotnej normalnie, nie licząc tego, że spóźnił się o pół godziny jeden z pociągów, i potem była niezła nerwówka, czy zdążę na ostatni pociąg do mnie w Tczewie. No, ale to przecież norma na naszych kolejach jest!

Wczoraj z kolei Ślubny mnie wrobił w swój dzień przy Wnuczce, zatem prawie dwie godziny spędziłam z nią na basenie, wracając do domu prawie głucha, bo przecież ferie są, a kolonie i zimowiska muszą coś proponować, zatem na basenie dzieciarni było całe mnóstwo, a hałas przekraczał chyba wszystkie dopuszczalne normy! Po południu zaś, z naszym UTW, jechałam do Filharmonii Pomorskiej  na koncert z okazji 60-lecia Orkiestry Kameralnej Capella Bydgostiensis. W programie był Mozart - koncert fortepianowy c-moll LV 491 w wykonaniu laureata IV miejsca w Konkursie im. Fryderyka Chopina z 1970r. - Eugene Indjić, a później IV Symfonia B-dur Beethovena. Wszystko pod batutą Jose Maria Florencio. Nie jestem zdeklarowaną miłośniczką muzyki poważnej, ale ten koncert pozwolił mi wyciszyć emocje, które mnie dociskały do podłogi od niedzieli włącznie!

A dziś? Spokojnie. Fryzjer zaliczony, Ślubny pojechał na budowę, zatem spokój w domu cudowny, tylko jeszcze mojego grzybka tybetańskiego muszę odcedzić i schować do zamrożenia. Bo okazało się, że zasuszony, po przerwie, nie za bardzo chce się odradzać i mnie "odmładzać". A zaraz potem zabieram się za pakowanie. Być może, później, zdążę jeszcze Was wszystkich odwiedzić! 

Martwi mnie jednak ten biały puch, który od wczoraj bez ustanku pada, i pada, i pada.....

i zasypuje wszystko bez wyjątku! Zwłaszcza szosy! Trochę więc we mnie niespokojności zaczyna się, bo przecież jutro raniutko w kierunku Jesteburga będą podążać!

Kciuki proszę trzymać za mua i  za bezpieczną jazdę!

poniedziałek, 18 lutego 2013
Pech!

Nie dojechałam do Grajdołka!

Jakoś tak w połowie drogi, na wyświetlaczu pokazała się jakaś świecąca na żółto ikonka. Ki diabeł? Zatrzymałam samochód, dzwonię do Ślubnego, co to za dziwo, potem jeszcze do Brackiego, w końcu zawodowy kierowca, to się czegoś dowiem. Po kilkunastominutowych konferencjach w jedną, drugą i trzecią stronę wyszło na to, że trzeba zawracać. Prawdopodobnie coś z wtryskiem paliwa. Na trasie, prawie o zmierzchu, trudno szukać jakiegoś warsztatu. Dostałam przykaz od Brackiego, aby nie używać najwyższego biegu, jechać wolno i bez fantazji. To jechałam! Wolno! Jakoś tak średnio 55 km/godz. Nie muszę chyba dodawać, że momentami za mną robił się niezły sznur samochodów, nie mogących mnie wyprzedzić. Już sobie wyobrażam te wiązanki! Po jakimś czasie do kompletu siadł wskaźnik temperatury i już mi całkiem zrobiło się niewesoło. Dojechałam w tym ślimaczym tempie jednak, ale z duszą na ramieniu.

Musowo do mechanika trzeba jechać, a ja mam pociąg do Olsztyna o czwartej. Bilety już kupione. Za to nerwy z pechowego powrotu siedzą nadal, spać nie dały. Parę godzin bezproduktywnego przewracania się w pościeli - a Ślubny chrapie aż miło - nie ma sensu się męczyć. Zrobiłam sobie herbatki, narzuciłam ciepły, polarowy szlafroczek i klikam. O takiej porze to ja wpisu jeszcze nie robiłam! :-)))

Została godzina, aby się szykować : ubranie, makijaż, śniadanie, kawka. Potem Ślubnego jeszcze obudzić, niech mnie na dworzec zawiezie. Na szczęście mamy do dyspozycji samochód Syna.

Chyba w Madżonga sobie pogram!

niedziela, 17 lutego 2013
Przygotowania!

Do tej pory pracowałam na umowę zlecenie, ale sytuacja znowu się zmieniła. Z firmą, która mnie zatrudniała, pogniewała się koordynatorka niemiecka. Rodzina Kurtiego na następne miesiące podpisała umowę z nową firma polską wskazaną przez Frau Aleksandrę. Mogłam pozostać ze starą firmą, ale wtedy znowu byłby nowy podopieczny, i kolejne przyzwyczajania się do nowych miejsc i sytuacji. W sumie nie mam z tym większych kłopotów, ale ta ostatnia praca bardzo mi odpowiada, więc i ja idę tam, gdzie mnie chcą, a chce nie tylko rodzina, ale także Frau Aleksandra, która całą sprawę nagrała. No i dzisiaj, za niedługo jadę do Grajdołka, a jutro raniutko do Olsztyna. Podpisać umowę z nową firmą. Muszę się stawić osobiście, bo to będzie tym razem umowa o pracę. A jak umowa, to i badania lekarskie, i szkolenie bhp, i takie tam z tym związane sprawy. Swoją drogą, nie przypuszczałam, że jeszcze kiedyś będę pracować na umowę o pracę!

A wtorek i środa, wiadomo! Reise fieber związany z załatwianiem miliona spraw, które jeszcze są do załatwienia, bo człowiek wcześniej o tym nie pomyślał, albo myślał, iż jest jeszcze dużo czasu. Niestety, ten czas w kraju pędzi z szybkością światła i ani się człek nie obejrzy, a już czeka pakowanie. Czwartek rano - wyjazd, na siedem tygodni!

To macham, bo pewnie następnym razem odezwę się już z Jesteburga!

piątek, 15 lutego 2013
Uff! Pierwszy tydzień ferii za nami!

 Znacie to powiedzenie: "małe dziecko - mały kłopot, duże dziecko - duży kłopot:? Moja najmłodsza Wnuczka może nie taka duża, bo ośmioletnia, ale potrafi dać do wiwatu! Mała jest niesforną jedynaczką, buzia jej się nie zamyka na pięć minut, a energią mogłaby obdarować pułk wojska. Nie lada wyzwanie więc dla nas, aby to dziecię w czasie ferii nie myślało tylko o telewizji i internecie.

Zaczęliśmy zabawami na śniegu w lasku miejskim, było też zjeżdżania na sankach z górki na pazurki i ciągania po ośnieżonych ścieżkach.

             

Nadmiar energii wyskakany był na placach zabaw i ścieżce zdrowia.

           

Były zajęcia kuchenne, które Mała bardzo lubi. Pomagała przy przygotowaniu ciasta na pizzę, dokładnie rozsmarowując oliwę, a potem sos pomidorowy, na co układała kawałki papryki, szynkę, cebulkę  i pieczarki.

          

Był także dzień ciasteczkowy, czyli pracowite ucieranie ciasta na ciasteczka maślane, zagniatanie, wałkowanie, wycinanie ciasteczek, a po upieczeniu lukrowanie.

Przez dwa dni chodziliśmy do parków rozrywki dla dzieci, do osiedlowego i miejskiego, skąd ja wracałam umęczona hałasem, a mała cała "happy", z wypiekami na policzkach i zziajana, jak mały psiak.

           

W międzyczasie były gry: monopol i damka na stuletniej szachownicy pradziadka.

          

Do tego pilnowanie, aby co dzień były przeczytane cztery strony szkolnej lektury, pt: "Karolcia". Powtórki ze znajomości odczytywania godzin na zegarku dostanym od Taty, oczywiście modnym Monster Higs. Jeszcze krótkie sprawdziany z tabliczki mnożenia. A to wszystko przy bardzo wymownym oburzeniu Wnusi, "bo jak to Babciu, są ferie, a Ty mnie męczysz!"

Cisza późno popołudniowa była przeze mnie oczekiwana jak zbawienie. Zalegałam z kubasem dobrej herbatki, do tego książki, gazety, od netu mnie odrzucało, od pogawędek tele i skype też. Pewnie, gdybym była o dwadzieścia lat młodsza, byłoby łatwiej! Z drugiej strony jednak cieszę się zawsze na tą moją małą, niezbyt grzeczną dziewczynkę, bo wiem, że jeszcze trochę i już moje towarzystwo będzie dla niej na bardzo długi czas niezbyt pożądane. Cóż, taka kolej rzeczy, po prostu! Mam to przerobione ze starszymi Wnukami!

Następny tydzień pałeczkę przejmuje w całości Ślubny. Póki co ujawnił plan na dzień filmowy i basenowy, ale to jego "broszka", co dalej, bo ja od popołudnia w niedzielę już będę żyła sprawami wyjazdu do niemieckiej pracy.

czwartek, 14 lutego 2013
Impresja walentynkowa!

niedziela, 10 lutego 2013
Przepis na pączki Cioci Ireny - dla Moonfairy!

Składniki:

50 dag mąki,

6 dag drożdży,

szklanka mleka,

3 łyżki cukru,

3 żółtka, 2 całe jaja,

8 dag masła,

2 łyżki dobrego oleju lub oliwy,

1/2 laski wanilii,

1,5 łyżki spirytusu, 

sok i skórka z 1/2 cytryny,

twarda marmolada lub konfitura z róży,

smalec lub planta do smażenia - 1,5 kg

cukier puder do posypania

 

Wykonanie:

Makutrę kładę na otwarte drzwi  włączonego na minimalne grzanie piekarnika, wsypuję doń przesianą mąkę. Przygotowuję zaczyn: rozkruszone drożdże, łyżeczkę cukru, dwie łyżki mąki rozprowadzam ciepłym mlekiem i ostrożnie wlewam do miski z boku mąki. Miskę przykrywam ściereczką i czekam aż drożdże wyrosną. W międzyczasie ucieram żółtka i całe jaja z cukrem, dodaję do tego wanilię i skórkę z cytryny. Gdy zaczyn wyrośnie, mieszam go z mąką, dodaję masę jajeczną, spirytus i dokładnie wyrabiam ciasto, aż zacznie odchodzić od tłuczka. Dodaję stopione masło z olejem kontynuując wyrabianie, czyli bardzo mocno tłukę ciasto do momentu, aż zaczynają się pojawiać pęcherze powietrza. Trwa to dość długo, bo około 15 - 20 minut!!! Przykrywam ciasto ściereczką do wyrośnięcia. Po tym czasie wybieram połowę ( a gdy ją wyrobię, resztę ) ciasta na stolnicę wysypaną mąką, formuje wałek i dzielę na 10-15 kawałków. Ciasto jest dość rzadkie, ale tak ma być, trzeba przy tej czynności trochę podsypywać mąki, aby się nie kleiło do rąk. Kawałki ciasta spłaszczam, kładę marmoladę i zlepiam, po czym odkładam do ponownego wyrośnięcia na deseczkę oprószoną mąką. Rozgrzewam smalec do wrzenia i porcjami smażę pączki.  Tłuszcz nie może być zbyt gorący, bo pączki szybko się spalą i będą w środku surowe. Najlepiej sprawdzić kawałkiem ciasta, które po wrzucenie do wrzącego tłuszczu natychmiast wypływa i zaczynają wokół niego tworzyć się pęcherzyki. Ja smażę na średnim ogniu, cokolwiek to znaczy! To w ogóle jest kwestia prawy i doświadczenia, nie dającego się dokładnie wytłumaczyć! Gdy pączki zrumienią się od spodu, przewracam patyczkiem od szaszłyków na druga stronę, a gotowe wykładam na talerz wyłożony papierem do odsączenia tłuszczu. Posypuję cukrem pudrem. Gotowe!

Należy pamiętać, aby w trakcie pracy z ciastem drożdżowym nie otwierać okien w kuchni - ma być ciepło! To taka rada dla początkujących w kuchni! :-))))

 SMACZNEGO!

piątek, 08 lutego 2013
Zima na słodko!

Zimno i śnieżno, tak jak lubię! Nie cierpię czegoś takiego, co trwało od ubiegłego tygodnia, czyli ni to zima, ni to nie wiadomo co. To dla mnie najgorsze, co może się zdarzyć, bo najczęściej wtedy różniste przeziębieniowe historie mnie dopadają. A dziś, proszę bardzo! Oddycham pełną piersią! Ale rozumiem tych, dla których ta pora roku to prawdziwy dopust, a zwłaszcza teraz, gdy do wiosny bliżej, jak parę miesięcy temu!

Myślę sobie jednak, że skoro karnawał się kończy, to dozwolona jest w takich mrozach dla każdego  większa dawka endorfin niż normalnie. A skąd te endorfiny? Ano ze słodkości! Po czekoladce, po ciasteczku! Trzeba ciąg zachować, skoro wczoraj był tłusty czwartek. Ja wprawdzie tylko trzy paczki skonsumowałam, toż samo Ślubny, bo reszcie Rodzinka dała radę, ale teraz siedzimy sobie przy herbatce z prądem, a przed nami talerz słodkości! 

Miłego weekendu!

 
1 , 2
Archiwum