Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
poniedziałek, 28 lutego 2011
Rosół i prasowanie

Parę godzin temu nastawiłam wołowinkę na rosół. Kiedy już dołożyłam warzyw i rosołek wesolutko sobie perkolił, popatrzałam po kątach, czym by się tu zająć. Ze wstrętem odwróciłam się od góry prasowania. Wolę dokończyć książkę. A potem zadzwoniłam do Koleżanki. Rozmawiamy sobie w najlepsze o tym i owym, w pewnym momencie słyszę, że Ona musi iść prasować. A w ogóle to bardzo lubi to robić, nie ma nic lepszego, jak wszystko pięknie uprasowane, i że głupio by jej było skoro siedzi w domu, aby nie wyprasować mężowskich koszul. Dla mnie to najgorsze zajęcie, jakie może być. Ślubnego już bardzo dawno przyzwyczaiłam do tego, że wszystko sobie prasuje sam. Najbardziej właśnie lubię, gdy on stoi przy desce, a ja mogę sobie w spokojności książkę poczytać.

Ale dzisiaj, po tej rozmowie z Koleżanką poczułam się trochę "łyso". Najnormalniej w świecie wjechano mi na ambicję. Nie ukrywam, że z niechęcią, ale wzięłam się za tą górkę prania i za wszystkie koszule, które miał Ślubny odłożone, aby je wyprasować. No, i teraz jestem strasznie dumna z siebie, że będzie miał niespodziankę, jak wróci z pracy.

Pozostaje mi tylko jeszcze zrobić makaron do rosołku. To biegnę do kuchni!

Miłego popołudnia!

niedziela, 27 lutego 2011
Leniwiec i sztuki walk wschodnich!

Ślubny trzy tygodnie pracował bez przerwy. Nie dziwota więc, że podsypiał całe wczorajsze popołudnie, a kiedy wieczorem wczoraj się położył, to ledwo się zwlókł dzisiaj po dziewiątej. Najczęściej w takich sytuacjach staram się chodzić na paluszkach i zajęcia domowe idą w odstawkę. Co innego, kiedy słyszę, jak chrapie. Wtedy wiem, że mogą armaty mu nad uszami grzmieć, a i tak go nic nie ruszy. Takie spowolnienie wpływa jednak też na mnie i ruszam się jak mucha w smole. Całe szczęście, że wczoraj Córcia zaprosiła nas na dzisiaj, na kawę, bo zapowiadało się popołudnie z ćwiczeniami kciuka ( On ) oraz czytaniem i surfowaniem po sieci ( ja ). Ślubny chciał iść po samochód do garażu, ale zawetowałam i był spacer, w tą i z powrotem. Jednak zaraz do tej sieci nadal ruszę, bo muszę dowiedzieć się, na czym polega kenpo. Wiele wiem o karate, które ćwiczy starsza Wnusia ( ostatnio zdobyła swoją pierwszą belkę na pasie ). Natomiast kenpo, które ćwiczy Wnuk, jest dla mnie zagadką. W Wikipedii znalazłam tylko lakoniczną informację, że prekursorem jest pewien mnich praktykujący zen, który w 525 roku p.n.e. przybył z Indii do Chin i osiedlił się w klasztorze Shaolin. Do japońskiego kenpo dodał metody oddychania yogi, tworząc shorinji kenpo ( czyli Shaolin chan fa ). Shorinji to po japońsku właśnie nazwa tego klasztoru, a sam klasztor jest uważany za miejsce powstania stylu sim lun kung fu. Wszystko to bardzo zawiłe jest, więc muszę się doszkolić.

Miłego wieczoru dla wszystkich!

 

sobota, 26 lutego 2011
Panika!

Skończył mi się dyżur tygodniowy.

Wczoraj umówiłysmy się z Córcią na zakupy ciuchowe w ramach prezentu dla mnie. A potem, to wiadomo, trzeba je uczcić. No, te zakupy oczywiście. Na ryneczku otworzyli nową kawiarnię, tośmy sobie tam wpadły na kawę i pogaduchy. Do kawy zaszalałyśmy i dołożyłysmy jeszcze super szarlotkę na ciepło, z bitą śmietaną i lodami waniliowymi. Tak mnie trzymało, że nie jadłam nic do dzisiejszego obiadu.

Zazwyczaj w soboty robimy tygodniowe zakupy. Umyśliłam sobie, że muszę kupić też cukier i pozostałe ingrediencje, bo niedługo tłusty czwartek, trzeba napiec pączków. I zdziwienie. Cukru nie ma. Obeszliśmy jeszcze dwa markety, też nie ma. Jakie licho? W końcu się wydało, że prawie w całym mieście cukier został wykupiony. Ludzie panikują, bo podrożeje! Takiej głupoty to ja już dawno nie słyszałam, ale opowiadała nam ekspedientka z małego sklepiku na krańcach osiedla, że kupowano po 20 - 30 kg.

Takie paniczne wykupywanie jakiś towarów to ja pamiętam dwa razy z dzieciństwa. Ale, żeby teraz? No fakt, czyta się różne wieszczenia, że kryzys w Libii doprowadzi świat do katastrofy. Słyszy się ,że wszystko ma podrożeć. Wiem o tym, ale co mi da kupowanie czegoś na zapas.? Takie zachowania to samonapędzająca się katastrofa. Nigdy tego nie robiłam i mam nadzieję, że nigdy nie będzie mi dane.

A ten kilogram cukru jednak dostałam.

Spod lady!

piątek, 25 lutego 2011
Prawie jak znachorka!

Muszę czekać, aż mi włosy wyschną. Wiadomo przecież, że gdy się wraca z basenu, to mus jest konieczny pod własny prysznic wejść. Weszłam. Chlor spłukany z nawiązką. Nie cenimy suszarek do włosów, bo niezbyt przyjazne naszemu własnemu upierzeniu. Za to, ile czasu na myślenie! Wspominanie! Po drodze jeszcze parę pasjansów się postawi. Na jakieś meile odpowie.

Ale nie ma to tamto, wywnętrzenie jest konieczne. W końcu ludzie przyzwyczajeni !

Parę dni temu, w jednym z komentarzy, pewna blogierka z Krakowa przypomniała mi, że dzieciom nie jest potrzebne chuchanie i dmuchanie. Należy je wyprowadzać na spacery nawet, jak jest mróz. Akurat się z tym zgadzam, ale z zastrzeżeniem, że mróz nie może być wyższy, jak -10 stopni.

Ale ja nie o tym chciałam! Ten komentarz po prostu przypomniał mi, jak walczyłam z chorobą mojego, wtedy maciupeńkiego Syna!

To było 34 lata temu. Gdy się Młody urodził, był grudzień i mieszkaliśmy w wynajętym pokoju z kuchnią, bez wygód i wc. Ale już w marcu następnego roku dostaliśmy mieszkanie w bloku zakładowym mojego Ślubnego. Całe 57 metrów, czyli M-5. Szczęście nasze nie miało granic. Akurat wtedy, w tym pamiętnym marcu, wiosna przyszła nadspodziewanie szybko, i to od razu z letnimi temperaturami. I właśnie te letnie, marcowe temperatury i to, że przeprowadziliśmy się z mieszkania, w którym były piece do lokum z kaloryferami spowodowało, że Synek zapadł na wirusowe zapalenie płuc. Rozwijało się błyskawicznie i maluch znalazł się w szpitalu. Gdy go mi oddano, nie wiedziałam, czy płakać, czy się cieszyć, to było jakby nie moje dziecko. Słabiutke strasznie, i co rusz zapadające na choroby układu oddechowego. Nie było wyjścia, przeszłam na urlop bezpłatny. A Mały chorował strasznie, nie było antybiotyku, którym nie byłby wtedy faszerowany.

Pewnego dnia odwiedziła mnie Teściowa ze swoją Koleżanką. I ta starsza Pani podpowiedziała mi, co mam zrobić, aby dziecko wyzdrowiało. To był sposób prawdziwie cudaczny, ale ponoć skuteczny. Co było robić, spróbowałam.

Po kolejnej chorobie Synka, gdy już temperatura wahała sie w granicach 37 - 37,5 st., wsadziłam go do wanny, do której wlewałam coraz bardziej gorącą wodę, do momentu, gdy jego skóra zrobiła się czerwona, a mały zaczął płakać, bo już było za gorąco. Wtedy go wyjęłam, zawinęłam w gruby frotowy ręcznik tak, aby było widać tylko oczy i nos, i zaniosłam do sypialni. Tan nakryłam go kołdrą. Dziecko spływało potem, wrzeszczało, jak opętane, mnie się serce krajało, ale nie było wyjścia. Po 10 minutach wytarłam go do sucha, ubrałam tylko w lekkie śpioszki i kaftanik, położyłam do łożeczka tylko na sienniczek, bez poduszki i bez kołderki. Pod nos podstawiłam miskę z mieszaniną szałwi, mięty, melisy, majeranki, do której dolałam pare łyżek terpentyny. Całe łóżeczko obwiesiłam mokrymi pieluchami. I, o dziwo, malec szybciutko zasnął, a rano nie było śladu po chorobie. Tą dziwną procedurę powtarzałam jeszcze kilka razy. Zawsze wtedy, gdy Ślubny wyjeżdżał na kurs, bo gdyby On widział, co ja wyprawiam z Dzieckiem, chyba by mnie zamordował.

Ale fakt, dzieciak przestał chorować tak często, jak wcześniej się zdarzało. I gdy teraz patrzę na tego dużego Mężczyznę, to czasami aż mi się nie chce wierzyć, że kiedyś otarł się o chmurkę z aniołkami!

 

czwartek, 24 lutego 2011
Charaktery

Każdy z nas obnosi się ze swoim charakterem. Nieświadomie, gdyż nie zauważa swoich gestów, sposobu chodzenia, poruszania się i zachowania, które dla uważnego obserwatora pozwolą odgadnąć osobowość i cechy indywidualne.

Zaufanie do bliźnich jest ze wszech miar pożądane, ale czasem płacimy za nie zbyt dużą cenę. Byłoby dobrze umieć dostrzegać wady charakteru i słabości osób, które znamy. Pozwalają na to nowoczesne sposoby samoanalizy, bo ponoć tylko ten, kto poznał samego siebie, potrafi ocenić innego człowieka. A to proste nie jest. Trzeba poznać podstawy nowoczesnej fizjonomiki, nauczyć się analizy narządów - od dłoni po stopy, umieć ocenić ruch i zachowanie, poznać reakcje i charakterystyki, zgłębić tajniki grafologii, charakteru i różnych chorób, zgłębić znaki we krwi i gwiazdach.

Nie chciało mi się zgłębiać tajników książki Jeana Baptiste Dalacour "Charaktery", poszłam więc po linii najmniejszego oporu i tak, jak kilka blogowiczek, rozwiązałam test osobowości.

Moje wyniki wyglądają tak:

Ludzie o tym typie charakteru, to entuzjastyczni i kreatywni idealiści. Są w stanie osiągnąć wszystko, co znajdzie się w obrębie ich zainteresowan. Mają wielkie zdolności komunikacyjne. Mają potrzebe  prowadzenia życia zgodnego z ich wewnętrznym systemem wartości. Pobudzają ich nowe pomysły, lecz nudzą ich szczegóły. Są to ludzie otwartego umysłu, zdolni dostosować się do sytuacji i posiadający szeroki zasób zainteresowań i zdolności.

Potem nastapiło wyliczanie, czym mogłabym się zajmować, ale co będę sobie głowę tym zaprzątać, skoro jestem na emeryturze. Chociaż nie powiem, wybór miałam duży i mogłam być: aktorką, dziennikarką, muzykiem, malarzem, konsultantem, psychologiem, psychiatrą, przedsiębiorczynią, nauczycielką, doradcą, politykiem, dyplomatą, reporterką tv, naukowcem, przedstawicielką handlową, artystką, duchownym, specjalistką od reklamy, naukowcem i pracownikiem społecznym.

No, no, no!

Ale stan duchowny zafrapował mnie bardzo, bo nigdy nie wpadłabym na to, że mogłabym iść do zakonu!

 

środa, 23 lutego 2011
Mała gosposia!

Upiekłyśmy ciasteczka maślane. Najpierw poszłam do piwnicy po ostatni słoik wiśni w soku własnym. Wiśnie oddzieliłam od soku, przełożyłam do rondla, zasypałam porządną porcją cukru, zagotowałam, a potem sobie przez godzinke perkotały, aż nabrały błysku. Kiedy znowu zlałam z nich sok, zabrałyśmy się do robienia ciasta.

Maluda dzielnie wywijała tłuczkiem, aby masło, jajka i cukier się połączyły. Potem ja mieszałam, a maluda dodawała szklankami mąką.

Zagniotłam i wywałkowałam ciasto, a Maluda szklanką wykrawała kółeczka, które kładłyśmy na wysmarowaną tłuszczem blachę.

Potem kulałysmy małe skrawki ciasta robiąc wałeczki, z nich obrączki, które nakładała Maluda na duże kółka, a ja w tych obraczkach mościłam wiśnie z konfitury.

Efekt końcowy, po lukrowaniu ciepłych ciasteczek, ułożonych później w blaszanym pudełku wygląda tak!

Z mojego przepisu wychodzą dwie blaszki ciastek - około 50 szt. Dlaczego więc w pudełku tak mało? To proste. Połowę zabrała Maluda dla Mamy i Taty! Trochę wczoraj ze Ślubnym zjedliśmy do popołudniowej kawy. A to, co tu widać, to do przedpołudniowej, gorącej herbatki dla wszystkich odwiedzających ten blog!  Obyśmy się lutej zimie nie dawali!  :-))))

Smacznego!

A gdyby kto chciał przepis, to uprzejmie proszę!

Składniki!

kostka masła

2 jaja całe, 2 żółtka

szklanka cukru

cukier wanilinowy

4 szklanki mąki wymieszanej z 1 małą łyżeczką proszku do pieczenia.

Nadzienie: wiśnie zaprawiane tylko po przesypaniu cukrem ( mogą być mrożone, ale wtedy należy przesypać je cukrem i gotować jak na konfiturę, potem odsączyć ponownie ).

Lukier: cukier puder "na oko", opcjonalnie wrzątek, odrobina soku z cytryny

Wszystkie składniki ciasta połączyć wg podanej kolejności, zagnieść ciasto, rozwałkować na grubość 0,5 cm. Reszta według opisu i zdjęć!

Voila!

wtorek, 22 lutego 2011
Trzy w jednym!

Po kolei zatem!

1. Aqua fitness

Trener pastwił się nad nami okrutnie, i chociaż jestem najstarszy matuzalem w grupie ( nie największy, bo aż miło się robi, gdy widzę panienki trzy razy tak objętościowo szersze ode mnie . Tak, wiem: nie życz drugiemu, co Tobie nie miłe), nie dałam się. Znaczy - nabieram kondycji. Oczywiście to proces powolny, bo przecież nie raz i nie dwa pupa leci do góry, nogi gdzieś na boki, ręce to już w ogóle nie wiadomo gdzie, i jeszcze dobrze, że głowisia trzyma pion. A potem pływam godzinę. Na koniec zziajana, zadyszana, pędzę tylko 3 minuty w domowe pielesze pod prysznic. Wtedy juz tylko polarowy szlafroczek, kubas herbaty i mozna pobuszowac po necie, bo akurat Ślubny na nocki chodzi, to nie ma mnie kto do łóżeczka wołać!

2. Zima nas dopieszcza po swojemu. Więc powtórka z rozrywki.

Pusta marina nad jeziorem!

Żaglówek ani na lekarstwo!

Mieliśmy parę spraw do załatwienia w mieście. Spacer, jak się patrzy, tylko gdy się szło pod wiatr, szczypawki mroźne cięły po policzkach, że hej!

W południe słońce świeci już bardzo mocno, chociaż mróz trzyma, aż skrzypi!

A późnym popołudniem zachód słońca już daje znać, że będzie kolejna zimna noc!

3. Parę dni będę miała dyżur przy Młodej, która zaziębiona okrutnie jest, głosik ma skrzeczący, jak żabka, i szkoda ją dawać do przedszkola, gdy co rusz jakieś infekcje podłapuje. Obmyślam zatem menu dla tej mojej Chudzinki. Może jakoweś ciasteczka będziemy piekły?

poniedziałek, 21 lutego 2011
Dalej porządkuję zdjęcia!

Natknęłam się na zdjęcia z naszej działki ogródkowej. Mój Ślubny kończy budowę altany. Przycina drzewa. Polegujemy na hamaku rozpiętym między wiśnią a winoroślami. Dzieci taplają się w baseniku między malinami i jeżynami. O rany! Jak to dawno było! Jacy bylismy wtedy szczęśliwi, że udało się nam kupić ten kawałek raju. Normalnie, Rockefelery jakieś!

Fakt, z początkiem lat 80-tych ubiegłego wieku, to złapaliśmy "Pana Boga za nogi". W sklepach "bele co", a my paniska. Świeże warzywa, owoców w bród. A jak Ślubny wybudował altanę, w której była również piwniczka, a póżniej zmajstrował kurnik i wybieg dla pierzastych, to już szczęście nasze było całkowite. Te kury, to nie dość, że jajka dawały, potem pozwoliły mi obskoczyć przyjęcia do I Komunii moich Dzieci, to jeszcze nauczyły wielce przydatnych umiejętności. Na przykład Ślubny nauczył się biegać z toporeczkiem, ja początkowo z obrzydzeniem, ale po kilku próbach już jak stara gospocha, parzyłam te pióra, skubałam te pypcie, nawet rozbebeszałam te brzuszki, aby na koniec upiec kurzęcinę, albo ugotować prawdziwy wiejski rosół. Jak sobie to dzisiaj wspomnę! Ech!

Ale to były czasy, gdzie w naszej piwnicy blokowej, po każdym sezonie do 400 weków przeróżnych mościło się na zimę. Kompoty, dżemy, konfitury, galaretki, soki, sałatki, solanki. Prócz tego jeszcze butelki z nalewkami. Gąsiory z winem. Ech! Ale też drzewa i krzewy mieliśmy przedniej jakości. Te jabłonie! Takich już dzisiaj nie ma. Teraz wszędzie, gdzie się pojedzie wszędzie tej samej jakości jabłka. A spróbujcie dostać kosztele albo złota renetę - marzenie ściętej głowy. Na jednej jabłonce jabłka dorodne, w fazie dojrzałości z jednej strony zółto-zielone, z drugiej rumiane, o smaku ananasowo-winnym, których chrupanie, to największa przyjemność pod słoncem. Druga jabłoń była bardzo chimerna, obsypana co roku kwieciem, tylko na jednej połowie rodziła jabłuszka niezbyt duże, kwaskowate, ale ile soku w nich było! Grusza z owocami niezbyt dużymi, ale smakiem i soczystością bardzo podobna do klapsy. Papierówki kwaskowate, nabierające z biegiem dni swoistej słodkości. Była też jedna czereśnia żółto-różowa, a także wiśnia starej daty, która póżniej zostałą zastąpiona drzewkiem niskopiennym, ale te owoce, to już nie było to. I renkloda ulena przesłodka, i węgierka stara, z której zrywało się śliwki pod koniec października, gdy już przy skórce była pomarszczona, ale miążcz nabierał barwy miodowej i już w ogóle nie trzeba było cukru, gdy się smażyło powidła. Porzeczki białe, czerwone i czarne, różnokolorowy agrest na wina, galaretki i dżemy. Winorośl przywieziona z Poznania, od Slubnego Chrzestnego, z gronami o dziwnym smaku, ale jako wino - małmazja. Całe poletko truskawek. Ziemniaki. Mały zagonek ziół przeróżnych. I to ja to wszystko obrządzałam, siejąc, przerywając, pieląc, a potem przerabiając w kuchni. Ślubny kopał, nawoził, przycinał, budował, kombinował z palikami, drutami. Dzieci nie garnęły się do żadnych zajęć, ba, nawet sam wyjazd na działkę był dla nich prawie dopustem bożym. O, pobawić się w piaskownicy, potaplać w baseniku, pobiegać po ścieżkach z psem, to tak. Na nic innego nie starczało ani chęci, ani cierpliwości.

A potem przyszła pora załatwiania działki rekreacyjnej nad jeziorem, i sprzedaż tej działki ogródkowej pozwolila nam na częściowe sfinansowanie nowego zakupu.

niedziela, 20 lutego 2011
Zdążyliśmy przed śnieżycą!

Od rana świeciło słoneczko, mrozik umiarkowany, więc decyzja jednomyślna. Jedziemy nad jezioro. Jeszcze w tym sezonie tam nie byłam.

Zatem śniadanko. Z dawien dawna wiem, że przed wyjazdem w mroźną pogodę należy zjeść coś kalorycznego. A co może być najlepsze w takim przypadku? Oczywiście jajecznica na wędzonce, z dużą ilością cebuli, taką jaką pamiętam w wykonaniu mojego Taty. I do tego kubas kakao, prawdziwego oczywiście, a nie tego słodkiego proszku, co tylko kakao udaje.

Ciepłe sweterki, ciepłe kurteczki, czapy, szaliki, rękawice, i jedziemy. Trochę wiało na jeziorze, ale znaleźliśmy miejsce do ślizgania się, więc była niezła zabawa.

A na naszej działce, to tylko koty biegają!

Ledwo zdążyliśmy przed śnieżycą. Teraz popijamy gorącą herbatkę, a za oknem biało!

Miłej niedzieli!

 

sobota, 19 lutego 2011
Jagodowo

Poranek dziś bardzo szybko nas obudził. Nawet dobrze, bo mieliśmy dziś dyżur przy najmłodszej Wnusi. Zobaczyć rozradowany pycholek na wiadomość, że na obiad będą jej ulubione kluchy - bezcenne! Oczywiście chodzi o pierogi z jagodami, które były obiecane, jak i to, że mała będzie przy ich robieniu pomagać. Tak więc, w każdej godzinie, pomiędzy graniem na kompie, oglądaniem bajek w tv, wyklejankami piccasowskimi przy jednoczesnym dokładnym upaćkaniu klejem stołu, psoceniu się dziadkowi, jedzeniem słodkości specjalnie dla niej przygotowanych, a główną atrakcją czekającą ją na stole kuchennym, były pytania, "czy to już? czy już zaczniemy robić te pierogi? W międzyczasie ubawiła nas do łez! Akurat dowiedzieliśmy się od Małej, że piesek u jej drugich dziadków chyba nie za bardzo lubi dzieci, bo warczy.

- Babciu, a Sonia ( nasza psiczka, która od 6 lat już jest w psim niebie) też nie lubiła dzieci?

- Nie Kochanie, nie przeszkadzało jej, że ktoś ją bardziej niż normalnie pociąga z kudełki.

- A Starsza  ( nasza pierwsza wnuczka )ją znała?

- Oczywiście!

- Szkoda, że ja nie!

- Dlaczego? Przecież widziałaś ją na zdjęciach.

- No tak. Ale nie mogłam pogłaskać, bo mnie jeszcze w planach nie było! :-))))))))))

- W czym? - ledwie możemy się od śmiechu powstrzymać.

- No jak to nie rozumiesz babciu, w planach! Mama mi mówiła!

A potem, wiadomo. Małe łapki utytłane do łokci na biało. Sama robiła dołek w mące, do którego w wielkim skupieniu wrzucała ze skorupek żółtka, potem pomagała mięsić ciasto, na koniec własnoręcznie rozwałkowała 2 pierogi, nadziała jagódkami, skleiła paluszkami i końcówkami widelca. I tak się napracowała, że zjadła aż trzy. A starczyło jeszcze dla nas i dla Synowej, która jeszcze zabrała dla Syna dużą parującą michę najlepszych kluch na świecie!

Teraz z kanapy w salonie dochodzi pochrapywanie Ślubnego. Ja wyruszam w trasę do Blogoulubionych. A snieg prószy, prószy, prószy. Juz trzeci dzień u nas!

Miłego weekendowania!

 

 

 

 

 
1 , 2 , 3
Archiwum