Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
niedziela, 31 stycznia 2016
Moja krew!

Dawno się nie chwaliłam! A to już trzeci rok mija, od kiedy mój Wnuk przebywa w Chinach. Po dwuletnim kursie języka chińskiego, rozpoczął normalne studia. 

Chyba mu nieźle idzie, skoro ma jeszcze czas na dorabianie do czesnego. W ciągu tygodnia, po 2-3 godziny uczy chińskie maluchy mówić po angielsku. Nie wiem, jak On to robi, ale "obskakuje" trzy przedszkola!

W roku ubiegłym, w czasie międzysemestralnej przerwy odwiedził Tajlandię, o czym zreszta pisałam, dlatego dzisiaj tylko jedno zdjęcie z ubiegłorocznych obchodów chińskiego Nowego Roku.

Niedawna przerwa miedzysemestralna, to okazja do nowej wycieczki, w Góry Gong Shan. Poniżej krótki opis jednego z polskich podróżników, Leszka Sawickiego, który znalazłam w sieci, a co skonfrontowałam później na WeChacie z Wnukiem.

"Góry Gonga Shan stanowią część systemu Gór Sino-Tybetańskich, które łukiem długości 750 kilometrów opasują od północy i wschodu Płaskowyż Tybetański. Najwyższy szczyt tych gór, Minya Gongka, ma wysokość 7556 m i jest najwyższym szczytem Chin poza systemem gór pamirsko-himalajskich. Gonga Shan, góry leżące na pograniczu Tybetu i Syczuanu, są polskim turystom mało znane. Do niedawna niedostępne, stały się ostatnio w Chinach popularne, dzięki stworzeniu w ich wschodniej części Parku Lodowcowego Hailuogou. "

Wioska, będąca jakby bazą wypadową nazywa się Moxixian. 

Różnica temperatur wody  termalnej i powietrza wynosiła 35 stopni.

I jeszcze kilka migawek z Tajlandii 

Patrząc na ostatnie zdjęcia, można oddać się marzeniom o słonecznym lecie, morzu i ciepłych plażach!

A tu niestety wiatr, z góry coś mokrego siąpi na przemian ze śniegiem, i jezioro zaczyna sie roztapiać!

czwartek, 28 stycznia 2016
Remanenty - cd.

BÓBRKA 

U podnóża Beskidu Niskiego, kilkanaście kilometrów od Krosna, w małej wiosce rozpoczęła się światowa kariera nafty. Tutaj powstała pierwsza kopalnia ropy naftowej w Polsce. To tam właśnie, skromny aptekarz Ignacy Łukasiewicz uzyskał czystą naftę, a założona przez niego w 1854r. kopalnia ropy naftowej w Bóbrce była pierwszym miejscem, gdzie zastosowano metodę wiercenia udarowego wolnospadowego. Był to jednoczesnie pierwszy szyb ropy naftowej na świecie.

W latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku załozono w Bóbrce pięknie wkomponowane w leśną scenerię Muzeum - Skansen Przemysłu Naftowego im. Ignacego Łukasiewicza. Jest to obiekt unikalny - drugie takie muzeum znajduje się w USA, w stanie Pensylwania,

 

Kopanka Janina, tak jak szyb Franek pracuje do tej pory.

Budynek Muzeum pamięta czasy załozycieli kopalni. Na potrzeby wystaw zaaranżowano w nim dwa pomieszczenia, aptekę z oryginalnymi meblami i sprzętem, oraz laboratorium, które zawsze dawniej przy niej się znajdowały. Aby uatrakcyjnić ekspozycję zastosowano nowoczesne technologie, stwarzając interaktywne wnętrza.

W aptece centralną postacią jest hologram pomocnika farmaceuty, a w laboratorium multimedialny manekin Ignacego Łukasiewicza. 

Biuro skromnego aptekarza powyżej, a poniżej fragment największej w Polsce kolekcji lamp naftowych

 

DUKLA

Jesteśmy w miejscu powstania kultu świętego Jana z Dukli. W dwuwieżowej świątyni, zbudowanej w stylu późnego baroku mieści się sanktuarium i klasztor o.o. Bernardynów. Tutaj też znajdują się relikwie świętego, a jedną z atrakcji wewnątrz  jest cykl obrazów Tadeusza Popiela, przedstawiających historię życia i kultu Świętego.

 

Ciekawostką jest to, że chociaż Jan z Dukli został ogłoszony błogosławionym w siedemnastym wieku, dopiero w 1997 roku, Papież Jan Paweł II, podczas wizytu na Podhalu, ogłosił go Świętym. Na pamiątkę tego faktu, przed sanktuarium znajdują się obie figury Świętych Mężów, a także krzyż życia

Na Puszczy, leżącej w przyległych do Dukli lasach, w miejscu, w którym według tradycji Jan z Dukli miał prowadzić życie pustelnicze, powstała w 1769 r. kolejna świątynia poświęcona Błogosławionemu. W usytuowanej u podnóża świątyni grocie skalnej znajduje się źródło św. Jana. Woda z niego wypływająca, według relacji przybywających licznych pątników z Polski i zagranicy, przynosi ulgę w wielu dolegliwościach i chorobach. Ja chyba za mały zapas cudownej wody wzięłam ze soba, bo jakoś nic specjalnego nie odczułam!

Poddasze kościółka jest schronieniem kolonii dwóch zagrożonych w całej Europie gatunków nietoperzy - Podkowca małego i Nocka dużego.

Pod wieczór, wracając z Pustelni św. Jana, zaglądamy do niewielkiego kościółka. Ta prawdziwa perełka architektury rokokowej, powstała  w osiemnastym wieku na murach dawnego drewnianego kościoła im. Marii Magdaleny. Jego fundatorem była magnacka rodzina Mniszechów, która Duklę obrała za swoją siedzibę. 

Wnętrze, niedawno poddane całkowitej renowacji, budzi zachwyt. Całość bowiem jest w tonacji białej, bladego różu i złota. Znajduje się w nim, jeden z najpiękniejszych grobowców, z różowego marmuru. Leży w nim Maria Amalia Mniszech.

(zdjęcie z sieci - w czasie zwiedzania odbywała się msza wieczorna)

cdn.

niedziela, 24 stycznia 2016
Ale weekend!!!

Już dawno nie miałam tak intensywnego weekendu!

Wiedziałam już wcześniej, zanim pojechałam do Baśki, że będziemy w sobotę szły na manifestację KODu. Ale już w piątek koleżanka moja zarządziła naukę tekstu "Ody do radości", która miała być na niej odśpiewana. 

Nazajutrz, po obfitym śniadaniu, i ubraniu się na "cebulkę", pojechałyśmy kolejką do Gdańska. Po drodze dołączyło pół rodziny mojej koleżanki, i już razem meldowaliśmy się pod bramą Stoczni. Ależ było ludzi! Starych, młodych, w średnim wieku, młodzieży, dzieci. Masa flag, białoczerwonych i europejskich, hasła przeróżne, plakaty, poprzerabiane zdjęcia.  Zewsząd dochodziły okrzyki, ludzie się uśmiechali do siebie, żartowali, robili zdjęcia sobie i innym, machali do przechodniów, ściskali policjantów dziękując im za ochronę, rozdawano plakietki.

Pochód szedł i szedł. Byłyśmy mniej więcej w środku tego długiego "węża". Mroziński trochę dokuczał, ale rozgrzewały nas i emocje, że jesteśmy tam wszyscy,i wspólne skandowanie różnych okrzyków, z których najbardziej podobał mi się ten:"Gdańsk przeprasza za Kurskiego!".

Po niecałej godzinie doszliśmy do celu, czyli do Zielonej Bramy na Długim Targu. Pikietę zaczęliśmy odśpiewaniem hymnu polskiego. W całości, co było niezwykle emocjonalne, bo rzadko sie tak właśnie słyszy, i to z tysięcy gardeł! Przemawiał między innymi Aleksander Hall, a na koniec z humorystycznym zacięciem, panygiryk na pewnego pana, chowającego się za plecami innych, wyrecytował Krzysztof Skiba.

Ale to jeszcze nie był koniec. Ledwo wróciłyśmy do domu, trzeba było się szykować na następną atrakcję. Tym razem było to przestawienie w Filharmonii Kaszubskiej. "Świętoszek" Moliera w wykonaniu aktorów teatru im. Stefana Jaracza w Łodzi. Zaskoczenie było pełne, bo sztuka napisana 350 lat temu, przeniesiona w czasy współczesne, zaskakuje i prowokuje do myślenia. Bo okazuje się, że i dawniej, i teraz, każdą podłość można usprawiedliwić "konszachtami" z Panem Bogiem! A już samo zakończenie to był majstersztyk, gdy Świętoszek zamienia się w "ojca dyrektora", a oficer księcia w "pad", na którego , po zwycięskiej przemowie spada deszcz confetti i baloniki: białe, czerwone i niebieskie!!!! Nie na darmo zatem oklaskom nie było końca, a artyści wychodzili do ukłonów trzy razy!

Dzisiaj za to przepędziła mnie Baśka z kijkami po zaśnieżonych lasach darżlubskich. Dwie i pół godziny marszu po śniegu dały mi porządnie w kość. Na osłodę za to był wspaniały bałwan i wesołe pohukiwania uczestników kuligu, który przemknął koło nas.

A teraz już idę w poziom, bom utrudzona wielce. Jak mówią bowiem mądrzy Indianie: gdyś człeku stary zmęczony, to poleguj! :-))))

czwartek, 21 stycznia 2016
Hu,ha! Zima!

Taką zimę to ja lubię. Od paru dni, każdego ranka pada śnieg, nie za wiele, ot tyle, aby Ślubny rozruszał swoje kości, machając odpowiednią łopatą. Wiaterek prawie żaden, słoneczko świeci, spacerowac można do woli, nie tylko po promenadzie. Niektórzy wypuszczają się na całe jezioro, aż po jego najdalszy kraniec. Oczywiście, szaleją quady, saneczkarze, łyżwiarze i wędkarze podlodowi.

  

Gorzej, gdy znienacka, z głuchym łoskotem lód pęknie akuratnie obok, to można dostać lekkiego zawału ze strachu, a przecież to naturalne na takiej rozległej lodowej powierzchni. Gdzieś te naprężenia muszą się rozładować!

Moja chusta leży nadal odłogiem. Dziecko starsze przyniosło wlóczkę i zażyczyło sobie sweter. A ja taka "rozwinięta" jestem i raglan robię, nie wiedząc, jaki bat na siebie sama kręcę. Nie dość, że robię oczka sposobem sprzed pół wieku, to umiejąc wszystko tylko "na oko", za nic w świecie nie mogłam początkowo sobie poradzić w momencie zaczynania podkroju pachy. Gdyby nie jak zwykle, niezawodny SPLOCIK ( u mnie w zakladkach Zarobiona ), prawdopodobnie zmieniłabym zdanie. A tak, dostałam pierwszorzędną instrukcję i macham drutami, aż furczy! :-)))

A wczoraj mieliśmy ciut wcześniej, niż wynika to z kalendarza, Dzień Babci i Dziadka.

Progeniturze inne daty nie pasowały. Były miłe pamiąteczki, wierszyki, kwiatki. Do kawki podałam tort bezowy z kremem śmietanowo-mascarponowym, udekorowanym malinami i polany sosem truskawkowym.

Poza tym, wyjeżdżam na Wybrzeże. Jak co roku, łyknąć jodu, ciut się ukulturnić, no i wykorzystać okazję do manifestowania.

Tak więc - do następnego tygodnia!

czwartek, 14 stycznia 2016
Jeden telefon

Za oknem zima. Śniegi, wiatr, trochę mrozu. W domku ciepełko. Tylko we mnie niepokój tkwi już od dziesięciu dni. Chcę zrozumieć coś, co trwało od dawna, i nie umiem sobie odpowiedzieć, czy to też moja wina, czy nie. Bo zakończenie będzie prawdopodobnie bardzo smutne.

Przyjaciółka. Jedyna. Kiedyś wspaniała dziewczyna, wesoła, kolorowa jak ptak. Ale w domu przemoc, od której ucieka i niestety wpada z deszczu pod przysłowiową rynnę. Na początku jeszcze tego nie było widać, ale potem,  z nowym partnerem coraz bardziej idzie "w cug". Nie przyznaje się nigdy, że ma problem. To trwa latami, w końcu on wylatuje z pracy, ją wyganiają na emeryturę. Zamieszkują w domu jego przybranych rodziców. On zaczyna chorować, ona opiekuje sie nim i jego rodzicami. Gdy Oni umierają, dom ten przeradza się prawie w melinę, zamieszkuje tam także dwóch meneli, którzy niby pomagają jej. Potem, w ubiegłym roku umiera on. Menele zostają. Dzień zaczyna się zawsze od piwa.

Ona znała moje stanowisko, nie podobało mi się to co robi ze swoim życiem. Nie chciała się leczyć. Spotykałyśmy sie coraz rzadziej. Potem ja zaczęłam jeździć do pracy za granicę, i te kontakty jeszcze bardziej sie rozluźniły. Ale co roku, na początku stycznia byłam u niej, bo to były Jej Urodziny. Po śmierci jej partnera nie narzucałam się, uznałam jej prawo do żałoby. Może nie powinnam, bo to co zobaczyłam kilkanaście dni temu przeraziło mnie.

Zobaczyłam strzęp człowieka, na dodatek bardzo chorego, który jednak udaje, że nic się nie dzieje, nie chce opieki, nie chce pomocy, kładzie wszystko na jedna kartę. Zadzwoniłam do jej Córki, potem rozmawiałam z Jej Siostrą. Obie mieszkają około 120 km od nas, ale na drugi dzień przyjechały. Przyjaciółka znalazła się w szpitalu na badaniach. Rokowania bardzo niepomyślne, wręcz dające Jej tylko kilka tygodni życia. Córka zabrała ją zaraz potem do szpitala w mieście, obok którego mieszka. Co dzień rozmawiamy. Obie się boimy, co dalej. Bo jeśli po wyjściu ze szpitala bedzie chciała wrócić na swoją melinę i nie skorzysta z pomocy najbliższej jej osoby, nie podejmie leczenia odwykowego, wróci po to tylko, aby umrzeć?

Biję się z myślami, wracam do przeszłości. Co mogłam zrobić wcześniej, a nie zrobiłam? Co można teraz? Nie wiem! I boję się!

niedziela, 10 stycznia 2016
Remanenty, cd.

Wpisów remanentowych trochę będzie, ale to są wpisy przede wszystkim ze spacerów. Nie zapominajmy, że byłam w tamtym czasie w sanatorium, i jedynie całe niedziele, połowę soboty, i parę godzin popołudniowych można było przeznaczyć na wycieczki. Zatem to, co widziałam, to są jedynie skrawki. Czy było warto tylko skrawki oglądać? Oczywiście! Przecież nie mam żadnej gwarancji, że kiedyś tam wrócę, a nawet gdyby, to nie mówione, że to co tam będzie, jest takie same! Czy warto Wam to pokazać? Myślę, że tak, bo może będą te skrawki zaczątkiem jakiejś wędrówki po naszym kraju!

Zatem dzisiaj KRASICZYN! Jeden z najpiękniejszych renesansowych zamków, pochodzący z XVI w.! ( poniższe zdjęcie pochodzi z internetu )

Zamek wybudowano na planie czworobku, na którego narożach stoją baszty: Boska, Papieska, Królewska i Szlachecka! Architektura i dekoracje zamkowe miały odzwierciedlać odwieczny porządek ówczesnego świata.

Pierwszymi właścicielami byli Krasiccy, a później Modrzewscy, Wojakowscy, Tarłowie, Potoccy i Pienińscy.

Ostatni właściciele zamku - Sapiehowie, przejęli zamek w 1834r. i zgromadzili w nim bogatą bibliotekę oraz wspaniałą kolekcję obrazów, a także założyli park z drzewami i krzewami egzotycznymi. Podobno doliczyć się w nim można 100 odmian drzew iglastych. Sapiehowie wprowadzili także zwyczaj sadzenia drzew w zamkowym parku z okazji narodzin dzieci. Kiedy rodził się chłopiec, przybywał dąb, gdy dziewczynka - lipa.

Sapiehowie byli w posiadaniu Krasiczyna do 1944 roku i przyczynili się znacznie do jego rozwoju. Przeprowadzili renowację Zamku, założyli tartak, browar i fabrykę maszyn rolniczych. Aktywnie działali na polu rozwoju życia gospodarczego i społecznego regionu. 

Dąb posadzony w 1857 r. upamietnia urodziny jednego z najwybitniejszych synów tej ziemii, późniejszego kardynała, księcia Adama Sapiehy.

Zamek bogato ozdobiono rzeźbami, płaskorzeźbami i malowidłami ściennymi wykonanymi techniką sgraffita, czyli zdrapywaniem warstw farby na podkładzie tynkowym. Początków stosowania takiej techniki zdobniczej należy szukać we Włoszech.

Poniżej dokładnie widać, jak to wyglada. Należy zaznaczyć, że znalezienie w obecnych czasach ludzi, którzy w naszym kraju znają tą technike, to poszukiwanie igły w stogu siana.

Zamek został doszczętnie złupiony w 1939r. przez wojska bolszewickie. Akurat mieliśmy szczęście, że oprowadzał nas po nielicznych, ocalałych komnatach przewodnik, którego babka była klucznicą ostatniej księżnej na zamku, i która opowiedziała mu, a On nam przekazał historię tej dewastacji. Przewodnik ten przez wiele dziesięcioleci nie mógł przekazywać tego, co wie, bo groziła mu za to śmierć! Mam to ( nie tylko ja ) nagrane, co się działo w zamku, i prosze mi wierzyć, że to jest coś tak nieprawdopodobnego, że aż wierzyć się nie chce, iż miało miejsce!

Poniżej krypta - grobowiec przodków Sapiehów. To, co widnieje na płytach nagrobnych, nie odzwierciedla stanu faktycznego grobu. W amoku wojennym, siepacze wyciągali trumny, mieszali zwłoki, a w trumnach robili sobie wanny!!!! Szukali złota i kosztowności! Meble i wystrój zostały spalone, zachowały się tylko nieliczne. I to przez przypadek, gdy udało się w nocy zabić na głucho jakieś miejsca.

Niżej, jedna z nielicznych kolekcji. To ornaty, które zostały wyhaftowane za czasów Ludwiki Potockiej.  Otworzyła ona pracownię hafciarską, a jej wyrobami obdarowywała kościoły, miedzy innymi we Wrocławiu, Lublinie i Przemyślu. Większość haftów jest wykonana ściegiem łańcuszkowym i "tureckim",  i zawiera sceny starotestamentowe, sceny ukrzyżowania, motywy maryjne i eschatologiczne.

Obydwa zdjęcia poniżej pokazują jedyne zachowane meble ze starej historii zamku. Dawnym sługom Sapiechów udało się zamurować wejście do dwóch sal, które teraz stanowią miejsce posadowienia kolekcji Związku Łowiectwa. To oryginalny kominek z epoki, 

i jedna z nielicznych szaf.

W Baszcie Boskiej znajduje się pieknie odrestaurowana kaplica, przyrównywana do tej, która mieści się na Zamku Wawelskim. 

Dwuskrzydłowe rzwi prowadzące do kaplicy, w każdej z czterech części znajduje się motyw orła i pelikana

Na kopułowym sklepieniu przestawiono sceny z życia Najświętrzej Marii Panny

Ściany wewnętrzne kaplicy podzielono na trzy pasy oddzielone gzymsami. Zdobią je m.in. stiukowe figury panien mądrych i głupich, malowidła świętych pomiędzy pilastrami oraz ozdobne główki aniołów. 

 

W części zamku funkcjonuje już hotel, i stąd, a także z wielu tematycznych imprez odbywających się o różnych porach roku, oraz z opłat za zwiedzanie, obecni właściciele tego miejsca  ( Agencja Rozwoju Przemysłu SA )powoli, acz konsekwentnie prowadzą restaurację tej architektonicznej perełki!

piątek, 08 stycznia 2016
Tylko tyle!

Nasze jezioro 4 dni temu 

Nasze jezioro dzisiaj, godzina 14.00

Rozebraną choinkę zastąpiło takie coś!

To wszystko tym razem! Dzieje się kilka spraw ciężkich, które mnie mocno "wzięły"! Po prostu. Wszak życie to suma momentów dobrych i momentów złych! Trzeba się z nimi zmierzyć!

To tyle!

wtorek, 05 stycznia 2016
Posanatoryjne remanenty!

Słowo się rzekło, wprawdzie w ubiegłym roku, ale powinno być "droższe pieniędzy", jak mówił Klasyk ( czyli Kargul ), zatem pierwsza z relacji powycieczkowych, które odbyłam w czasie sanatoryjnej kuracji.

W planie był Rezerwat Prządki, Żarnowiec i ruiny zamku odrzykońskiego. Pogoda oczywiście spłatała psikusa, padał śnieg, zrobiło się ślisko i trzeba było trochę zmodyfikować wycieczkę. Niestety, śnieżyca była taka, że nie udało się podejść pod słynne Prządki, czyli skały-ostańce, których rezerwat położony jest w gminie Korczyna. Oglądaliśmy te skały o dziwacznych kształtach jedynie z okien autobusu, i wysłuchaliśmy dwóch legend tyczących właśnie owych skał. Jedna wg Zofii Grochmal, druga wg Wojciecha Byczka. Obie dotyczą historii dziewcząt zamienionych w te skały, z tym, że jednych za karę nie uświęcenia dnia świętego, a drugich, aby nie wpadły w ręce okrutnych zbójników!

Minąwszy Korczyn-Odrzykoń, bardzo podobne skałki zobaczyliśmy u podnóża  ruin słynnego gotyckiego zamku kamienieckiego

Same ruiny, to pozostałość po warowni na dawnym szlaku handlowym polsko-węgierskim. Jedni z wielu właścicieli zamku, pochodzący z rodu Firlejów i Skotnickich, nie potrafili pogodzić się w sprawie muru granicznego, dzielącego zamek na dolny i górny, a także w sprawie studni, kaplicy i pól uprawnych. Wątki sasiedzkich swarów wykorzystał później nasz najznamienitszy komediopisarz - Aleksander Fredro - do napisania komedii "Zemsta"!

Jedziemy dalej. W gminie Jedlicze, we wsi Żarnowiec, znajduje się XVIII wieczny dworek, w którym, w latach 1903-1910 mieszkała Maria Konopnicka. Posiadłość została jej przekazana, jako dar narodu polskiego, w 25-lecie  pracy pisarskiej.

Oto część ekspozycji pomieszczeń mieszkalnych z czasów pobytu Poetki.

Do najcenniejszych zbiorów tam zgromadzonych należą rękopisy utworów Konopnickiej, autografy i listy poetki oraz innych polskich pisarzy. Tutaj znajduje się jedno z nielicznych nagrań wszystkich zwrotek Roty ( wiecie, że są cztery?).

Obiekt może się też pochwalić największymi w kraju zbiorami obrazów Marii Dulębianki, malarki, która mieszkała z Konopnicką w Żarnowcu.  Poniżej autoportret malarki.

Kto nie pamięta przepięknych ilustracji Marcina Szancera do bajek Konopnickiej? Kto z łezką w oku nie wspomni  chociażby znanych z dzieciństwa  "Na jagody", " O krasnoludkach i sierotce Marysi", "Stefek Burczymucha", "Co słonko widziało", "O Janku Wędrowniczku", "Nasza szkapa", "Szkolne przygody Pimpusia Sadełko"?

Przebogaty jest też zbiór stylowych kałamarzów i przyborów na biurko, medali, płaskorzeźb , ilustracji do utworów autorki.

Obok Muzeum znajduje się spichlerz dworski z wieloma ekspozycjami, bogata w zbiory biblioteka oraz magazyny zbiorów, stale powiększane i odnawiane. Muzeum organizuje szereg warsztatów edukacyjnych, spacerów po zabytkowym parku dworskim i ścieżkach przyrodniczych, prowadzone są odczyty, konferencje, sympozja naukowe, plenerowe spektakle operowe, teatralne, koncerty, wieczory poetyckie, spotkania autorskie, promocje książek, plenery malarskie. Jest tu także ogromna ilość wydawnictw - współczesne edycje wznowień książkowych i reprinty utworów Marii Konopnickiej, opracowania jej twórczości, oraz publikacji informacyjnych i pamiątek.

To niewielkie Muzeum jest prawdziwym pomnikiem historii kultury i literatury ojczystej! Polecam, ale od wiosny! :-))))

sobota, 02 stycznia 2016
Poświątecznie i ponoworocznie

Wyjątkowo obficie obsypało mnie kartkami świątecznymi. Progenitura nadziwić się nie może, bo Oni ani jednej nie mają. Dopiero, jak im uświadomiłam, że starej daty jestem i kartki sama wysyłam, to im mina zrzedła. Myśleli pewnie, że jak się mailowo czy esemesowo określą, to samo spadnie z nieba! Oprócz kartek , trochę miłych prezencików też się znalazło w kopertkach z kraju i świata. Niezawodna jak zawsze jest "Zarobiona", od której przyszły zawieszki kuchenne, a i Niemiecka rodzina z Oldenburga, też jak zwykle: puszeczka ciasteczek, kalendarzyk na szafkę nocną i list z wieściami o tym, co się przez ostatni rok działo! Teraz tylko trzeba go będzie powoli rozszyfrować, bo niemieckiego już raczej nie używam co dzień, jedynie okazjonalnie. Wiadomo, zasada jest ponoć stosowana w biologii, że organ nieużywany uwstecznie się. To z językami podobnie pewnie jest! :-))))

Najnajmłodsza zgodnie z nami pomaszerowała przed północą w Sylwestra na plażę. Wypiliśmy ze Ślubnym pół butelki "szampana" , poogladaliśmy fajerwerki, i to było na tyle. Przyznać jednak trzeba, że w stosunku do poprzedniego Sylwestra, teraz było o wiele więcej chętnych do witania Nowego Roku na plaży! Żeby jeszcze tych petard było mniej, to byłoby już całkiem fajnie.

A od paru dni nieźle mrozi! Dzisiaj to nawet śnieg padał!!!! Może jakaś zima przyjdzie?

Poza tym spokojnie i cicho!

Archiwum