Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
piątek, 30 stycznia 2015
Dla poprawy nastroju!

Zima jakoś nie może się zdecydować, to może my jej ułatwimy sprawę i wyruszymy w stronę słońca. 

Do Tajlandii na przykład!

Akurat w przerwie semestralnej, bawi tam na dwutygodniowych wakacjach mój Wnuk! Z grupą przyjaciół, dostał zaproszenie od jednej z koleżanek do hotelu na wyspie i mieście Pukhet. Właścicielami tego kompleksu są jej Rodzice!

Przepiękne, piaszczyste plaże w małych i dużych zatokach, małe wysepki,  tropikalna roślinność i krajobrazy należące do najpiękniejszych na południu Tajlandii. Do tego lazurowa, czysta woda i przepiękne rafy koralowe Morza Andamańskiego

Nic, tylko wyciągnąć się na leżaku, i oddać się słodkiemu lenistwu w blasku słońca,

a wieczorem, z zachwytem przyglądać się jego zachodowi! 

 

Widok z pokoju hotelowego. Ten basen nęci, oj nęci! :-)))

 

Ilość świątyń, wybudowanych w charakterystycznym stylu, a zwłaszcza ich bogaty wystrój, robią wrażenie!

Wszędzie posągi Buddy, a ten, jeden z największych, cały ze pozłacany. Jak wiadomo, chyba nie ma kraju azjatyckiego, który nie miałby największego Buddy, takiego naj, naj, naj - od wszystkich innych! :-))))

Oczywiście, nie może zabraknąć słoni na szczęście. Tak w architekturze, jak również zaprzężonych do pracy w kompleksach turystycznych i transporcie.

Nie samym jednak morzem, piaskiem i słońcem Wnuk żyje, ale tak jak większość jego paczki, stara się zobaczyć jak najwięcej, bo przecież druga taka okazja może sie nie zdarzyć!

Oto kilka zdjęć z jednej z licznych wycieczek. Biała Świątynia Wat Rong Khun, nieopodal miasta Chiang Rai! 

W przeciwieństwie do większości świątyń złotych, ta jest śnieżnobiała. I nie jest zabytkiem. Powstawać zaczęła stosunkowo niedawno, bo w 1997 r, i nadal jest rozbudowywana. W tej chwili na ukonczeniu jest druga świątynia, a docelowo ma być ich 9.

Chalerchaim Kositpipat, który jest jej wykonawcą, twierdzi, że złoto jest dla ludzi, którzy nie opierają się złym uczynkom. Stąd kolor biały tej świątyni. Biel budynków odzwierciedla czystość Buddy, natomiast miliony małych kawałków szkła i luster, które zdobią elewacje, błyszcząc niezwykle w słońcu, symbolizują mądrość Buddy, która rozświetla całą ziemię i wszechświat.

Wnętrza nie są ciekawe, za to wiele tam malowideł odnoszących się do współczesnego świata. 

Mam nadzieję, że nastrój juz lepszy! :-)))) Miłego weekendu dla Was


piątek, 23 stycznia 2015
Niby nic!

Zwariowana ta pogoda jakaś! Nijak nie można sobie czegokolwiek zaplanować, bo jak się chce na rower, to pada albo wieje tak, że dychać nie idzie; a jak zrobi się w miarę, w miarę, to powstaje konieczność jechania do miasta, i rozrywki sportowe idą w kąt! Udało się wprawdzie pojechać na rowerowe ścieżki, tyle tylko, że za pierwszym razem Ślubny marudził, iż mu w paluchy zimno, za drugim co rusz zsiadać trzeba było z siodełka, bo na naszej wsi z nienacka wielkie kopary zaczęły urzędować, a za trzecim, to taka ulewa była, że prawie po omacku, przemoknięci do suchej nitki, wracaliśmy w te pędy do domowej przystani. No, a te kopary, to dlatego, że okazało się, iż kanalizacja nie wytrzymuje napływu nie tylko turystów, ale i nowych mieszkańców, i jest konieczność wymiany rur na większe i postawienia nowych kolektorów. Pewnie to także nasz wina! :-))))

Zabawę zaliczyliśmy. Z naszego UTW, czyli Uniwersytetu senioralnego. O dziwo, nie było żadnego veto ze strony Ślubnego. Szaleliśmy we wtorek przez pięć godzin dokładnie, nie oszczędzając nóg w tańczeniu i głosów w dośpiewach. Powtórka z rozrywki dopiero za rok, będzie czas na pochodzenie za nową kiecką. Bo jak sobie popatrzyłam, jak fajnie niektóre starsze panie ubrane, to mi lekko mina zrzedła, że ja taka powtarzalska jestem, czyli tylko spodnie i żakiet, spodnie i żakiet, spodnie i żakiet, wprawdzie co rok inny, ale....no, czas na zmiany!

Zanim sie wybraliśmy na tańce, mieliśmy akcję ratowniczą w naszym MBD. Dosłownie, na pół godziny przed tym, jak nas miał Synek zawieźć na pląsy, pół metra od drzwi tarasowych wylądował mały ptaszek. Wylądował, i siedzi! Patrzy! Pewnie coś mu jest? Ale co? Nie ma rady, otwieram okno, i o dziwo, ptaszek nie reaguje na to, że go biorę w dłonie. Jakby mało przytomny? Na wierzchu ręki też stoi, czasem machnie skrzydełkiem! Dziwne! Ale co robić? Uradziliśmy, że nie można go zostawiać na zewnątrz, bo przecież te koty sąsiadów pożarłyby go na poczekaniu. Ślubny poszukał pudełko, wymościł papierem toaletowym, w jednym rogu podsypał trochę ptasiej karmy, w drugim, na dekielku od słoika dał wodę, zanieśliśmy ptaszka do szopki. Wieczorem bardzo, bardzo późnym, jeszcze mailowałam do Ornitologicznego, co mam robić, gdyby coś było nie tak!

Rano, pierwsze co robiliśmy, to pędziliśmy do szopki, i niespodziewajka! Nie ma ptaka. Pewnie był tylko ogłuszony, a jak się przespał, wyfrunął z pudełka i wydostał się z szopki przez dość szeroką szparę w dole drzwi. Na wszelki wypadek mieliśmy jeszcze następne dni otwarte okno w szopce, ale i tak, żadnych śladów ptasich już nie było! 

Przedwczoraj do południa pieczenie ciastek. Dzieci z Wnukami się zapowiedziały. A mnie skleroza dopadła i pierwszą turę kruchych ciastek z wiśnią, upiekłam bez masła! No!!!!! I dziwowałam się, dlaczego takie twardziochy były! Trzeba było robic powtórkę, Ślubnego przepędzić do sklepu po potrzebne wiktuały, i dokładnie zrobić, jak należy! Gdy jeszcze dodam, że zapomniałam włożyć mieszadło do misy zarabiającej chleb na zamówienie Starszego Dziecka, i wszystko poszło do wiadra, to wiadomo, jaki stres miałam! Pewnie przyjdzie mi się zgodzić, że 21 stycznia powinien by dniem geriatrii!

A wczoraj? Znowu cały dzień w kuchni. W niedzielę Synowa kończy 40 lat, ale imprezę robi dzisiaj. Poprosiła o pomoc, to zrobiłam wedle zamówienia - szarlotkę z bezą, tort wiśnowy na bazie kremu ze śmietany oraz serka mascarpone, i rybę na słodko-kwaśno, bez której już od lat, żadna impreza moja i Dziecków, obyć się nie może!  Całe szczęście, wszystko udało się nad podziw, i mam nadzieję, że  Synowa będzie zadowolona. Bo teraz u nas nowa moda. Młodzi robią dwie imprezy, jedną dla swoich rówieśników, najpierw robiąc wyżerkę w domu, a potem idąc do klubu na tańce, za to druga, spokojniejsza impreza - dla Rodziny!  Mnie to w sumie "rybka", ale czy ja wiem, czy to takie super? W koncu dwa dni dom na głowie, nie mówiąc o ilości jadła i wszystkiego, ale.... nie moje małpiatki! Widać tak ma być, a ty kobieto się ciesz, że chociaż pomóc możesz! ;-))))

Tyle tylko, że te trzy sprawy zajęły mi cały dzień. I w nogach to czuję, jak nie wiem co! Najnormalniej w świecie, zmęczyłam się! Ech! Gdzie te czasy, gdy całą imprezę z obiadem, kawą i kolacja potrafiłam przygotować przez pół dnia, po pracy! Ani chybi, starzeję się na potęgę! ;-(

Nio, ale za dwie godzinki pojadę na moje tańce połamańce, potem tylko tygodniowe zakupy zrobić, i już można rozpocząć weekend! :-)))

To miłego tygodnia dla Wszystkich!

piątek, 16 stycznia 2015
Więzy nie zerwane!

Zapytano mnie kiedyś w komentarzach, czy nie tęsknię za wyjazdami do Niemiec, i czy mój blog jakoś sie zmieni, gdy już głównego tematu, obecnego w nim przez prawie siedem lat, nie będzie?

Czy tęsknie? Nie. Wspominam czasem, a to różnica.

Te lata tam przepracowane, to także pewne więzi, które tam nawiązałam, i które nadal trwają. Może nie tak mocno, jak w czasie moich wyjazdów, gdy można było się spotykać tet a`tet, lub gadać godzinami przez telefon. Do tej pory jednak część moich byłych pracodawców ma ze mną kontakt. Wymieniamy sie listami, kartkami, mailami. Dostaję informacje, co kto robi, czy dawni moi podopieczni jeszcze żyją i w jakiej są kondycji, i kogo już, niestety, nie ma na tym świecie. W listach przychodzą podziękowania, fotografie wnucząt, drobne upominki. Dostaję je z Oldenburga, Vechty,Trier, Buchholz, Moisburga. Czasem sa to niespodziewane przesyłki, jak wtedy, gdy w czasie porządkowania domu po śmierci profesora znaleziono mój dowód osobisty i prawo jazdy, o których wiedziałam, że zgubiłam, ale nie wiedziałam gdzie. Chciało się Rodzinie poszukać mojego adresu i przesłać te dokumenty, chociaż mogli się domyślić, że mam już dawno nowe. 

To naturalne, że przechowuję te dowody sympatii, bo są dla mnie jak dyplomy uznania za moją pracę, w końcu nie tak łatwą przecież. 

 

Te trzy laleczki, które dostałam od Marlis, zrobiła kiedyś jej Mama- Anne Lise 

 

Fotografie swoich ulubieńców przy stole, czyli bassetki i pieciu jamników szorstkowłosych mam od Frau von. 

Kolorowe pudełka pełne bożonarodzeniowych ciasteczek, wypiekanych przez Herberta, dostaję co roku z Oldenburga, od Helgi. Śmieje się , że chyba zacznę je kolekcjonować. W każdym bądź razie, doskonale w nich przechowują się ciasteczka robione na bieżąco przeze mnie. 

Kalendarze na nocny stolik przysyła mi Silvia z Moisburga. Są przepieknie wydane, kolorowe i uczą pięknych słów.

Skoro jednak skończyłam z wyjazdami, siłą rzeczy czegoś będzie w blogu mniej.

Nie będzie może tak ciekawie! I pewnie częstotliwość wpisów będzie mniejsza, bo co tu pisać, skoro to zwyczajne życie emerytki, powtarzalne co dzień, co miesiąc, co rok.

Być może czasem jednak wrzucę jakieś niemieckie zdjęcia, których jest całkiem sporo, i które pogrupowałam sobie w tematyczne foldery. 

Miłego weekendu dla Was! :-)))

poniedziałek, 12 stycznia 2015
Pofikałam, pomachałam!

Uprzejmie proszę! Według życzenia, zdjęcie naszej grupy spod znaku zumba gold, na dwudziestym trzecim finale Orkiestry. W pierwszym rzędzie od prawej, w środku, to ja!

Szkoda tylko, że pogoda nie dopisała, więc widzów za dużo nie było!

Za to komentarze rodzinki po występie - bezcenne! :-)))

Miłej niedzieli dla Wszystkich!

A teraz idę w odwiedziny do Was, bo ostatnie dwa dni gościłam Podrzutka, więc nie było jak!

piątek, 09 stycznia 2015
Spokojność???

Niekoniecznie!

Bo niby nic się ciekawego nie dzieje, nawet specjalnie nie ma jak spacerować, skoro pogoda figle ciągle płata. Ale zauważyłam jedno. Kiedy mieszkaliśmy w mieście, jakoś mniej nas Dzieci odwiedzały. Zdarzały się tygodnie, gdy tylko od czasu do czasu jakiś telefon był, że żyją, że myślą o nas. A teraz? Syn praktycznie co drugi dzień wpada z Rodzinką, Córka, gdy tylko jej sklepowy grafik na to pozwala, przynajmniej raz w tygodniu. No, i przyzwyczaili się chyba do tego, że w ich matkę nowy duch gospodyni domowej wstapił, bo co rusz przywożą mąkę, aby im chleba upiec, albo Córka ostatnio prosi o wędlinę z szynkowara, dla Zięcia, który dietę trzymać musi; a o tym, że pudełka blaszane muszą być zapełnione cały czas ciasteczkami już nie wspominam, bo to sie rozumie samo przez się. Początkowo, to trochę się buntowałam, bo bardzo lubiłam ten spokój miejski, ale teraz coraz bardziej mi się to podoba, więc nie narzekam, tylko piekę, pichcę i przyrządzam z radością. W końcu dla kogo się starać, jak nie dla swoich Dzieci i Wnuków!

O sobie nie zapominam. Ten tydzień dość intensywny jest w ćwiczenia, bo dostaliśmy zaproszenie od organizatorów miejskiego finału WOŚP, aby wystapić na scenie z naszym programem zumby. W końcu Orkiestra gra nie tylko dla maluchów, ale i dla seniorów, więc jest okazja pokazać się z tej fajnej strony, czyli seniora aktywnego, dbającego o siebie i wesołego! Zatem w niedzielę wystepuję! Na ogromnej scenie! Na rynku! No! Będzie się działo!!!! 

Uprasza się o trzymanie kciuków, coby mi się kroki nie pomyliły, a i koordynacja kończyn była, jak należy! :-))))

Zaczął się film "Złodziejka książek", który koniecznie musze zobaczyć! Odwiedzę Was jutro!

niedziela, 04 stycznia 2015
Trochę chińszczyzny!

Dawno się Wnukiem nie chwaliłam! Czas to nadrobić! Bo nie tylko dobrze się uczy; pierwszy rok studiów zakończył z nagrodą, a i teraz na kolejnym semestrze jest jednym z najlepiej piszących prace semestralne studentów na swoim roku. A poza tym dba o to, abym wiedziała gdzie się podziewa, co zwiedza, co je! 

Zdjęć mam całe mnóstwo, ale jak to ja. Zawsze brak czasu na ich uporządkowanie. Ale mam nadzieję poprawić się w tym względzie i będę co jakiś czas chwlić się Wnukiem do imentu!

Tym razem - najnowsze zdjęcia z wycieczki do miasta LeShan, którego najsłynniejszą atrakcją jest Wielki Budda, powstały w 713 r. i mierzący 71m wysokości.

Zdjęcia nie są najlepszej jakości, gdyż w rejonie tym, jak wszędzie wokoło Cheng Du, smog to coś, co prawie nigdy nie znika.

Widok z dołu

 

Widok z tarasu widokowego

Wejście do kaplicy

Połowa drogi do kaplicy

Kaplica Buddy

Sąsiedztwo Buddy

Posąg stoi na zboczu  jednej z czterech świętych gór chińskiego buddyzmu - Emei Shan, i jest zrócony w stronę rozlewiska dwóch rzek: Dade He i Ming Jang. Niestety, posągowi zagraża nie tylko przyroda ( porasta go coraz bardziej mech i porosty), ale także wielka erozja spowodowana kwaśnymi deszczami. Ma szczęście Wnuk, że mógł go oglądać!

czwartek, 01 stycznia 2015
Posylwestrowo!

Wygląda to jak zmierzch, prawda? A to godzina 11 w południe, wczoraj! Gdyby mi parę sprawunków nie brakowało, nawet nie miałabym pojęcia, że jezioro w  tak ponurym anturażu! Najważniejsze jednak, że spontanicznie umówiliśmy sie z Brackim, i potem też była pełna improwizacja. Co do jedzonka, czyli przekąsek i zakąsek,. Alkoholowo Panowie sie porozumieli. Bratowa robiła z kierowcę, więc cytryna była na podorędziu, a mnie sie przypomniał gin. A!a!a! Z piesem przyjechali. Zuzia, rasy owłosionej mocno, bo to sweter z Irlandii. No dobra, seter irlandzki! Słodziak na czterech łapach, który z punktu sobie mojego Ślubnego upodobał.I tak sobie w cichości ducha przemyśliwałam, aby go sobie na milion procent zjednała, to będzie mi w przyszłości łatwiej!

Ale samo Sylwestrowe u nas wydawało się nieme i ciche. Bo sobie wyszliśmy na spacer sprawdzający nowe miejsce . W talabce był szampiter i szklanki. Nad jeziorem tylko parę ludków trwało przy ognisku. Kiełbaski piekli. Piwo pili. Zapach szedł na promenade taki, że ...hej! Ale poza tym cicho, dziko i "do domu daleko"! ;-( 

Zatrzymaliśmy się na molo. A tu jak nie huknie!!!! Ledwo Brat zdążył z otwieraniem szampitra! Fajerwerkowo było dużo lepiej, jak to, co do tej pory widywaliśmy poprzednimi laty w mieście. I efekt dodatkowy, odbicie od wody! Nie do podrobienia! Do tego jeszcze pomruki zza lasu, oraz efekty świetlne w formie łuny! Było co oglądać!

Zuźkę musieliśmy jednak mocno trzymać, bo strasznie fiksowała! A my na powrocie witaliśmy sie ze spacerowiczami różnojęzycznymi, i były niespodziewajki językowe, bardzo przemiłe. Po południu przyjechała Córcia z Zięciaszkiem, którego w Sylwka karmiono budyniem z jagodami. I dalej weseliśmy się, aż wszyscy pojechali, a my możemy sobie teraz w spokojności siedzieć. Każde z nas na innym poziomie, i zajęte czym innym! I też jest pięknie!

Najważniejsze, że teraz już cichość będzie i normalne życie. Do następnego świętowania! ;-)))

Archiwum