Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
piątek, 31 stycznia 2014
Mały przerywnik!

Pomyślałam, że zanim przejdę do mojego następnego miejsca, pokażę Wam coś, co przesłał mi Wnuk  z wycieczki, którą zrobił poza Chengdu, a mianowicie do niedalekiej ( bo co to w Chinach 120 km jest! ) Chińskiej Bazy Naukowo-Hodowlanej Pandy Wielkiej.

Zapraszam na krótką wycieczkę!

Ogromna panda juz nas wita!!! :-)))

 I voila!

Odpoczynek po zbyt dużej ilości zjedzonych bambusowych liści!

Maleństwa karmione są jeszcze z butelki. Słodkie, prawda?

W pierwszej chwili myślałam, że Wnuk mi szopa pokazuje, bo ogon prawie ten sam. Ale nie, to nie pomyłka! To Panda Czerwona!

Za jakis czas pokażę zdjęcia z muzeum Seczuan, bo musze je uporzadkować,  a bardzo rozleniwiłam się na nowym miejscu!

Do następnego wpisu!

Miłego weekendu dla Wszystkich!!!

wtorek, 28 stycznia 2014
Było,minęło - 10

Na ostatniej prostej ( 27.12.13 – 07.01.14 )

- Niby nic wielkiego nie robiłam, wszak robi to każda pani domu przwd świętami, ale ta cała krzątanina przedświąteczna w połączeniu z Bab dała mi do wiwatu. Całe szczęście, że słucham uważnie siebie, i jeśli mój organizm mówi, że o 20.30 mam spać, to się nie zastanawiam, tylko gaszę światło, i mnie nie ma! I drugie szczęście! Wszystko wróciło na swoje miejsce, dzień jak co dzień, te same czynności w te same godziny. Rutyna! Błogosławiona czasami!

To teraz biegusiem, kontemplując foty z Ulm, końcówka harówki!

- Zgadałyśmy się z Córką o nordic walking. Szkoda, że tak późno! Ale od wczoraj kijkuję! Znowu niespodzianki. Pierwszy dzień, nogi jakby same niosły. 4 km w 45 minut. Całkiem, całkiem, zważywszy na to, że prawie dwa miesiące płaszczyłam tylko tylną niewymowną. Następny? Masakra jakaś! Trasa tylko o pół km dłuższa, czas ciut krótszy, ale myślałam, że nie dojdę z powrotem. Nogi zastrajkowały. Gdy zległam po tym na wyrku, i po pół godzinie się podniosłam, to myślałam, że do toalety nie dojdę. Bolały uda, podudzia, pachwiny i biodra!!! Niedobrze! Przeszło po dwóch godzinach. Co będzie dalej? Nie wiem, ale nie odpuszczę, bo inaczej zastygnę, jak przysłowiowa Niobe!


- Zaczyna się głaskanie. Mojej osoby oczywiście! Bo nie przyjmują do wiadomości, że tu nie wrócę! Piękne opakowanie nadziewanych daktyli Córka mi przyniosła. Niby sama ma ich przesyt, bo dostaje je od swojej szwagierki z Dubaju. Ależ to była małmazja!!!! Opanowałam je w jedno popołudnie! Przecież nie będę się zastanawiać nad kaloriami, skoro z wnętrza każdego daktyla mrugały do mnie przeróżne orzeszki, ziarna i cykaty! I każde zachęca: zjedz mnie, zjedz mnie, zjedz koniecznie!


- Przespałam Sylwestra! Pierwszy raz w życiu! Ale ponoć zawsze kiedyś musi być po raz pierwszy. Kolacja normalnie, jajka faszerowane zrobiłam na życzenie Obojga Staruszków, do tego dojadaliśmy sałatkami, ja zwykłą wielowarzywną, naszą polską, Dziadki nieśmiertelna kartoffelnsalat. A potem otworzyłam malutką, bo 200 mililitrową buteleczkę sekta ( ichni napój gazowany typu szampan). Wypiliśmy ten szampitrowy kusztyczek, pożyczyliśmy sobie zdrowia i wszystkiego naj, naj… na Nowy rok. Bab kazała się zawieźć do betów krótko po dwudziestej. Dziad zażyczył sobie wina i  mojego towarzystwa. Wypiliśmy po dwa kieliszki i Dziad doprawiony piwem, którego do kolacji zawsze wypija butelkę, przed dwudziestą drugą też poszedł w bety, ja zeszłam do siebie, zdążyłam pogadać z Córką i Ślubnym, i…. odpłynęłam. Dosłownie. I luka mi się przy okazji zrobiła w głowie, nie mówiąc o kosmicznym katzenjamer na drugi dzień. Powtarzam: po dwóch kieliszkach wytrawnego, czerwonego wina!!!! I nawet nie wiem, czy fajerwerki były!!! :-(  Mam zatem temat do przemyśleń. Czy już ze mną zupełnie nie teges, bom swoje procenty już w życiu wypiła, czy to tylko oznaka przemęczenia całego organizmu, a może Dziad mi coś dosypał, względnie wypiłam o jeden za dużo! J))) A  tylko dwa były!


- Jakoś udało się dotrwać do Noworocznego Koncertu Filharmoników Wiedeńskich! W pozycji horyzontalnej, oczywiście, bom się bólami kręgosłupa Dziadkom wymówiła! Pomogło! Późnym popołudniem wpadła Córka z mężem. Otworzyli butelkę szampańskiego. Nie zaszkodziła mi, o dziwo! J

 To zdjęcie jest mi wyjątkowo bliskie. Taka sama baszta z bramą jest w moim mieście!

-Do wyjazdu zostało tylko pięć dni. Zrobiłam sobie rozpiskę wszystkich spraw, które muszę ogarnąć, aby zostawić wszystko w jak najlepszym porządku, gdy przyjedzie zmienniczka. Czuję, że już jestem na wirażu, bo zaczyna mnie Bab denerwować.  Nawet jej dzisiaj odpyskowałam, bo w końcu mam tylko jedna parę rąk,  niech ćwiczy się w cierpliwości, jak ja, bo nie będę jednej roboty rzucać, aby być na każde następne zawołanie! Wrrr! I zmęczenie totalne już czuję, a najbardziej ramiona, bo ich nadwyrężanie kilkukrotne, codzienne, przy podnoszeniu Bab powoduje, iż drętwieje mi prawa ręka tak, że czasami nie jestem w stanie utrzymać kubka z kawą lub długopisu. Okazało się więc, że natyrałam się przy Bab, a nie przy Dziadu, przy którym wszystkie czynności rano i wieczorem zajmują góra pół godziny dziennie!!!  Żeby było śmieszniej, to Dziadki dziś mieli gości. Dość młodych wiekowo. Przyszli z kastą piwa i „naprali” się dokumentnie. Za to ja musiałam Dziada przebierać od stóp do głów, a Bab leciała przez ręce! Jak ja jutro rano wstanę, nie wiem!


- Po wczorajszym dźwiganiu skrzynek z napojami, których teraz trzeba spod drzwi przenieść na piętro dwa razy więcej, jak wcześniej ( Dziad nie dość, że ma większy apetyt, to i pragnienie też mu nie maleje, zwłaszcza na piwo ), dzisiaj spokojny dzień. Od jutra fura prania, bo to potem wyprasować trzeba, i całe szczęście, że jest tu elektryczna maglownica. A prasuje się wszystko, ręczniki frote, ścierki, gatki, podkoszulki, myjki – makabra jakaś!!! Ale doszłam do takiej perfekcji w obsłudze tej maszyny, że nawet spodnie na kant na niej prasuję. Niestety, prasowanie koszul, przy użyciu żelazka z lat chyba sześćdziesiątych ubiegłego wieku, to dla mnie koszmar. Udało mi się Dziada przekonać do zmiany koszul co dwa dni, no i używać,  zwłaszcza przy obiedzie papierowego śliniaka. Tak więc, zamiast siedmiu, mam do prasowania tylko trzy, cztery koszule tygodniowo, z których połowa to z materiałów współczesnych typu: nie gniotsa-nie łamiotsa; zatem ogarniam tylko rękawy, przód, kołnierzyk, i starczy!!! Idzie wytrzymać!


- Nie ma to jak równowaga w przyrodzie! Wpierw się cieszyłam, że Dziadu tak smakował krupnik, którego zjadł dwa talerze, aby po chwili się zestresować, że… ło matko pojedyncza!!! Akurat przygotowywałam Bab do poobiedniej drzemki, po toalecie podciągając pampersa, i nie wiem jak, i kiedy, bo nie dostrzegłam pierwszych objawów drżączki, gdy noga Bab się omsknęła i wylądowała kobieta na glebie!!!! Całe szczęście, że dziś święto, to na podorędziu była Córka i jej Mąż, bo nie wiem, jak długo by Bab leżała na tej podłodze. Mąż słusznej postury miał jednak też kłopot, aby Bab do wózka podnieść. Dokończyłam toaletę już na łóżku, obracając Bab w tą i z powrotem, a potem dla ukojenia nerwów zadałam sobie taką przebieżkę z kijami, że hej! Prawie osiem kilometrów zrobiłam! Wieczorem, jak zwykle, seans filmowy z laptopa. W kolejce film „Chłopiec w pasiastej piżamie”! I… ? Cholera !!! Wprawdzie dzięki pracy w Niemczech już prawie mam zrealizowane moje marzenie, ale…pomimo wszystko czułam  się dziwnie, tak jak przeszło 6 lat temu, w pierwszej pracy w tym kraju, gdy na wejściu zobaczyłam obraz ślubny mojej podopiecznej w towarzystwie męża stojącego w mundurze Leutnanta Luftwaffe. Cholera jasna!!!


- Na pożegnanie Córka upiekła roladę biszkoptową, podaną ze śmietaną i mandarynkami. Pyszota!!! Do tego drobne suweniry i koperta z dodatkowym geltem za pracę przy Dziadku. Dokładnie tyle, jak się umawiałyśmy! Moja satysfakcja jest pełna! Udało się mi, jako pierwszej z kilku tu jeżdżących,  załatwić tą sprawę. A wieczorem przyjechała zmienniczka, która zrobiła mi nazajutrz rano wygawor, że z jej kubka, co sobie odłożyła, pił Dziadek! Słowo daję, nie mają ludzie większych zmartwień!

- Babka się popłakała. Wyściskała mnie mocno. Dziadek wycałował po rękach, też miał mokre oczy! Cóż, pożegnania czas!  Mąż Córki zawiózł do Ulm na dworzec. Wyjechałam, przez Stuttgart, z przesiadką w Hamburgu, do Buchholz. To nowe miejsce, a jednocześnie ostatnie miejsce mojej pracy tutaj. Zamykam zatem tym wpisem część wspomnieniową. To, co w Buchholz już będzie na bieżąco. Oczywiście z małym, trzytygodniowym, poślizgiem!

niedziela, 26 stycznia 2014
Było, minęło - 9

ŚWIĄTECZNIE   ( 21-26.12.13 )

 Sobota. 

Gwiazdory już u mnie były!!! Dwie paczki przyniosły. Od HELGI, której Mamą opiekowałam się w Moisburgu – pudełko blaszane, kolorowo świąteczne, pełne ciasteczek, własnoręcznie upieczonych przez Herbiego, do tego lampionik świąteczny, i oczywiście długi list opisujący to, jak całej Rodzinie minął rok. Od PIOTERKI - z książką na rajzę w nowe miejsce, z najkrótszymi na świecie życzeniami świątecznymi, ale za to jakże wymownymi, do których dołączone były dwie płyty z audiobookami,  i jakże by nie, niewielki słoiczek z jej sławną nalewką, tym razem wieloowocową. Tylko otworzyć się nie daje, buuu…. ;-0!!!  Od SAD przepiękny wiersz,  który wzruszył mnie bardzo! Dziękuję z całego serca moje Drogie!


Niedziela

Córka wpadła, dekorowałyśmy dom różnościami, które wyciągnęła ze strychu. Nastawiłam bigos. Pachnie po naszemu! Spociły mi się oczy oczywiście, gdy słuchałam „Ave Maria” w wykonaniu Heleny Fischer. A późnym wieczorem, z nudów klikałam po programach, i ku mojej radości, na trzeciej setce trafiłam kanał TVP Kultura i TVP Historia.


Poniedziałek

Nagotowałam rosołu, co zostało zamówione! Udał się nadzwyczajnie!  I sałatkę ryżowo-kurczakowo-ananasowo-rodzynkową zrobiłam. I upiekłam  murzynko-piernik Veanki, też udanie. I padnięta jestem, bo w międzyczasie Bab zdarzyła się w przerwie katastrofa, i niestety nie do końca zdążyłyśmy, więc utyrałam się podwójnie; a potem jeszcze za konfesjonał robiłam. Nie wiem dlaczego, ale Córka przyszła po raz pierwszy do mojego pokoju ( a mój pokój tutaj, to moja Ojczyzna i mój azyl ), tłumacząc się, dlaczego przez ostatnie dwa dni prawie nie bywała u staruszków. No cóż, są trzy siostry, każda pracuje, ale tylko ta najmłodsza chodzi przy Rodzicach, a kiedy Dziad był w szpitalu, tylko Ona trzy razy dziennie go odwiedzała. A starzy, jak starzy, o wszystko mają pretensje do niej. To wymiękła! Ale co ja jej miałam powiedzieć? Chyba tylko to, aby porozmawiała z siostrami.

Na koniec dnia przyszła ponownie. Stroiłyśmy dom, przede wszystkim w gwiazdy i światełka. Potem po kieliszeczku wiśniówki dostałyśmy, bo to tu taka tradycja domowa. A moje ręce i ramiona czuje i przy zasypianiu, i przy wstawaniu! Okazuje się, że to jest jedna z niewielu spraw, które zgadzają się opowieściami poprzedniczki.


WIGILIA!

Dziad zrobił mi już pobudkę około piątej! Wrrr! Córka nareszcie przyniosła mięsa. A mówiłam, że ma wszystko zamówić wcześniej. Na całe szczęście, zabrałam ze sobą woreczki do pieczenia w piekarniku, wiec rindersauerbraten, czyli pieczeń wołowa na kwaśno, którą przygotowałam według oryginalnej szwabskiej receptury udała się nad podziw, a o schabie ze śliwkami moczonymi uprzednio przez noc w czerwonym, wytrawnym winie, to wiadomo, że nie trzeba nic mówić, bo to jakość sama w sobie. Potem jeszcze wyciągnąć ten strasznie ciężki odkurzacz, i posprzątać to, co wczoraj wieczorem nabarłożył Mąż Córki, po montowaniu świeżej choinki słusznej wielkości. Potem doszła Córka i stroiła drzewko, po czym ja znowu z odkurzaczem, a ręce mi już strajk robiły, i nawet przerwa nic nie pomogła, bo czułam się, jak przeciągnięta przez magiel. Ledwie z Bab zrobiłam porządek po przerwie, Córka z Rodzinką już była ponownie. Zaczęła się część artystyczna, czyli zagranie przez najmłodszą Wnusię na flecie kolędy o dzwoneczkach, i rozdawano prezenty. Mnie też się dostało! Nie powiem, miłe to było, bo i bilet mi Dziadki fundnęli w I klasie Deutsche Bahn, z Ulm do Hamburga, skąd potem muszę dotrzeć na nowe miejsce w Buchholz, a od Córki dostałam opakowanie pralinek Lindta oraz zestaw kosmetyków do pielęgnacji ciała, łącznie z kosmetyczką. Potem kawa, piwo dla Córczynego chłopa, sznaps dla Dziadka, a dla nas, Kobiet, likiery. A czas ucieka, a ja jeszcze w polu z ciastem na pierogi, ale na całe szczęście onegdaj nagotowałam sobie porcję kwaszonej kapusty z pieczarkami i cebulką, więc potem z obłędem w oczach robiłam te pierogi, i zadzwoniłam do Syna, u którego odbywała się nasza rodzinna Wigilia. Akurat zakończyli sesję skypową z Chinami, więc dowiedziałam się, że siłę psychiczną  ma Wnuk po Babci, czyli po mnie. Siedzi przecież tak daleko, sam w obcym świecie! 


Kolacja dla mnie, to te pierogi w barszczyku instant, com go od PIOTERKI w paczce dostała, i sałatka ryżowa. A Dziadki zajadali się sałatką kartoflaną i białą, szwabską kiełbasą. Co kraj, to obyczaj! Wieczorem późnym, razem z Córką poszłyśmy po ciemku, wśród pól, wąską dróżką ,na mszę ewangeliczną w sąsiedniej wiosce. Surowy w ozdoby kościół, z drewnianym chórem, kasetonowym stropem, bogatą, barokowo złoconą kazalnicą. Dwie świece oświetlały główny ołtarz; ogromna, jasna, papierowa gwiazda wisiała na samym środku, po boku białe lampki świeciły się na  choince, ozdobionej gwiazdami z białego papieru i słomy, a każdy wchodzący doń, przy drzwiach wejściowych dostawał palącą się świeczkę. Surowe, skromne, ale jakże piękne to było. To było czuwanie przy skromniutkiej stajence, na cud Narodzin czekanie! Pastor śpiewał z wiernymi, w przerwach czytał Ewangelię, a na koniec uściskiem żegnał każdego wychodzącego po mszy, życząc Wesołych Świąt. Nie rozumiałam wszystkiego, ale Ojcze Nasz, Cicha Noc i Gloria in Excelsis  Deo znaczą wszędzie tak samo, niezależnie od języka, w którym się to mówi. Modlic się po swojemu też przecież można w obojętnie jakiej świątyni. Wszak Bóg jest jeden, tylko Imiona ma rózne. Wracałyśmy do naszej wioski w tempie o wiele wolniejszym, niż w odwrotną stronę, a nogi bolały mnie okrutnie, ale nie żałuję tych wzruszeń, chociaż tak daleko od Swoich byłam!


Środa!

Wyszły mi wszystkie siły i poleciały….hen! Powiedziałam Dziadkom, że źle się czuję i będę tylko na ważne zawołania reagować! I tak trzymałam, nie odbierając nawet telefonów, ani nie zaszczyciłam swoją obecnością popołudniowej wizyty średniej Córy z dwiema swoimi, bardzo głośnymi i rozbisurmanionymi córkami – kawę tylko zrobiłam, napoje i ciasta podałam, i starczy! Potrzebny mi chyba był taki niezbyt pracowity dzień, bo spałam potem prawie 10 godzin, co dla mnie mistrzostwem świata jest!


Czwartek!

Potrzebny był ten mały strajk. Nawet Dziad mnie zaskoczył, mitygując Bab, aby nie rozkazywała mi, tylko prosiła, gdy coś chce, wszak są Święta. Po południu wpadła Córka z mężem i córeczką ubraną w ludowe dirdl:  biało-fioletowo-zielone (śliczna!). Było prawdziwie świątecznie i rodzinnie! Serowy tort Córki, mój piernik, kawa, likiery, sznaps i piwo,  a Dziad śpiewał pięknym barytonem stare niemieckie pieśni. Na całe szczęście, te atrakcje szybko zmęczyły Dziadków i zaraz po kolacji poszli spać! 

Wreszcie święty spokój!!! Wszystko wróciło do swojej codziennej normy! Uf!



piątek, 24 stycznia 2014
Było, minęło - 8

Bywają takie dni! ( między wieczorem 19.12 a południem 20.12)

Czwartek- późny, nawet bardzo późny wieczór. Jestem w stroju nocnym, już w łóżku! Oglądam sobie „Stepy” z Agnieszką Grochowską w roli głównej, i w pewnym momencie mam wrażenie, że ktoś woła. Ale przekonana nie jestem, czy to nie przypadkiem jakieś omamy słuchowe. Na wszelki wypadek zwlekam się z wyrka, dreptam na bosaka po zimnych płytach dolnego holu, po omacku niemalże wdrapuję się na górę, i w międzyczasie rzeczywiście słyszę wołanie! To Dziad! Co się dzieje??? Nic szczególnego, prócz tego, że zebrało mu się na „grubszą robotę”, i woła, i woła, i woła, a ja co, nie słyszę, czy jak – trochę pretensji słyszę w jego głosie, ale w sumie skąd miałam wiedzieć, że mu się to przydarzy? Pomogłam usiąść na toaletowym stołku, wymieniłam pampersa, umyłam tylną niewymowną, wysprajowałam górny hol, łazienkę i sypialnię. Zeszłam do siebie, do końca obejrzałam film, i… „szpukowałam”, przewracając się na łóżku w te i z powrotem, a rano ledwo co usłyszałam budzenie z komórki.


Piątek, krótko po śniadaniu.  Bab, jak zwykle jeździ na stacjonarnym rowerku. W pewnym  momencie pyta, gdzie jej zegarek. Skąd mam wiedzieć? Nie pilnuję go przecież, czy jest na jej ręce, czy nie! Zaczynam poszukiwania. Przewróciłam do góry nogami łazienkę i sypialnię, nawet gmerałam w porannych śmieciach toaletowych , co je pielęgniarka w kosz wrzuciła. Nic!!! Nie ma!!! Nerw mam straszny, bo przecież wiadomo, że jak się nie znajdzie, to pierwszą podejrzaną będę ja! To szukam od początku, powoli, metodycznie, łącznie także z rzeczami do prania i babcinym łóżkiem. Nadal nic! Nie ma!!! Zupełnie już mi nie do śmiechu, i guzik mnie obchodzi pojękiwanie Bab, że już za długo pedałuje, ale w końcu lituję się nad nią, i po 45 minutach ( normalnie jest 30 min. ) wyczepiam z rowerka, jednocześnie wymieniam wózek na toaletowy. I w tym momencie babciny zegarek wypada spomiędzy siedzenia i poduszką na nim! Uf! Odetchnęłam z ulgą! Tylko Bab się dziwowała, czemu ja w stresie jestem.

Piątek. Obiad. Mamy jak zwykle rybę gotowaną w sosie ( te sosy, co tydzień inne ), do tego ziemniaki i surówka z marchwi. Bab tą surówkę uwielbia i zjada jej słuszną porcje. Założyłam więc, że Dziad też zje to, co nałożę. A tu niespodzianka. Wrzeszczy na mnie, że sobie nie życzy!!! Nie to nie, łaski bez, ale dlaczego wrzeszczy zamiast normalnie powiedzieć? Niech zgasi telewizor, to będę i jego i własne myśli słyszała! To mu powiedziałam, że nie życzę sobie wrzasków przy stole, nie jestem jego dzieckiem, tylko ciężko u niego pracuję, wobec czego oczekuję szacunku! Zaniemówił, ślepia wbił w swój widelec, i do końca obiadu siedział jak trusia. Na koniec, wygarnął z miski resztę tej marchewkowej surówki i wylizał prawie do czysta. I było się tak biesić??? A mina Bab na to wszystko – bezcenna! J 


W ogóle, to Dziad zajęty bardzo. Szykuje paczki dla Córek, Zięciów i Wnuków. Roboty sporo, bo to i życzenia wypisać, w koperty jakiś geld włożyć, dorzucić słodycze, owoce, lub winko . I najstarsza Córka była, jak zwykle, co dwa tygodnie robi Bab na bóstwo, znaczy się fryzurę. Ma gadane!!! Półtorej godziny gęba jej się nie zamyka, a głos taki bardziej męski ma. Dużą paczkę kawy od niej dostałam w ramach świątecznych prezentów! No, no, no! Zaczyna mi się tych prezentów górka robić! Jak ja to „ przetacham „przez pociągi do nowego miejsca, skoro w walizie już ścisk niemożliwy? 

środa, 22 stycznia 2014
Było,minęło - 7

Od początku ( 13 – 19.12.13 )

Pierwsze koty za płoty! Dziadek przylepny, na wejściu kazał sobie  per ty  mówić, i cały jest radośniutki, zgadzając się na wszystko, co powiem, nawet nie zaprotestował na widok pampersa, którego na noc prosiłam założyć. No, no, no! Pierwszy raz mi się zdarzyło, aby staruszek nie odebrał pampersa jako zamachu na swoją dawno przebrzmiałą męskość, a przecież dokładnie pamiętam boje z Profesorem w Vechcie, o Kurtim już nie wspomnę! Niestety, jeszcze też nie wiem, czy oni tutaj tacy się  „ujutni”  zrobili, bo już kolejnej opiekunki nie bardzo jest jak wykorzystywać w charakterze osiołka do ciągnięcia dwojga staruszków, miast jednego, czy po prostu uznali, że moja propozycja odnośnie wzajemnych zobowiązań, finansowych z ich strony, a pomocowych z mojej, trzyma się kupy, co zresztą zostało dobrze odebrane przez Córkę, z którą w drodze z Weihnachtmarktu w Ulm na ten temat dyskutowałyśmy.

Się zobaczy! Jedno jest pewne! Zaczynam jakby wszystko od początku, bo przecież trzeba zupełnie inaczej rozłożyć wszystkie czynności dnia, począwszy od rana, bo jest tylko jedna łazienka, jeden toaletenstuhl, i dwie osoby do obsługi, które powinny razem zasiąść do śniadania.

Pierwsze trzy dni pobytu Dziadka – przerąbane! Bo wiadomo, że jak mówią w szpitalu, iż go przywiozą po obiedzie, to tak jest, i nie dość, że Bab w tym czasie fiksacji z emocji dostawała na samą myśl, bo nareszcie, po miesiącu, małżonka zobaczy, to jeszcze przerwa  się mi skurczyła do pół godziny. A potem zwykły rozgardiasz, jak to bywa, gdy ktoś ze szpitala wraca, o ilości rzeczy do układania i prania nie wspomnę. Potem zaraz sobota była, i prócz pierwszych podchodów wspólnych tyczących porannej, całościowej toalety, doszła normalna, sobotnia sprzątanina, i oczywiście jeszcze jakieś zasłony do prania, bo sobie te przyjemności dozuję, i najgorsza rzecz, której nienawidzę serdecznie, czyli prasowanie tego wszystkiego, co onegdaj zostało wyprane. Niedziela natomiast, to odwiedziny Córki z całą Rodziną, na szczęście obiad prawdziwie szwabski został przez nią dostarczony, który smakował niebywale, a były tam prawdziwe austriackie knedle, do tego pieczeń wołowa w pikantnym sosie i zasmażana kwaśna kapusta z dużą ilością kminku. Na stole pojawiła się prawdziwa rosenthalowska, biała ze złotymi obwódkami porcelana obiadowa, oraz gerlachowskie platery, bo jakoś nie pasowała mi propozycja Córki, aby na obrusie wylądowały gary. Tym sposobem zapewniłam sobie godziwą rozrywkę, czyli mycie i wycieranie ręczne wszystkiego po obiedzie, a potem, zanim Bab zataszczyłam do łóżka i zwlokłam się do siebie, została tylko niecała godzina przerwy.

Chyba nagrodę dostałam. Za zamówione dwie duże puszki świątecznych ciasteczek, które chcę zabrać dla Ślubnego, nie kazano mi płacić! Wow!!!


Przed Świętami, na prawie każdym telewizyjnym programie tutaj jest mnóstwo adwentowych  i przedświątecznych programów, które osładzają mi wieczory. Zwłaszcza, kiedy już wpadam do swojej norki, a nogi bolą od dreptania kilometrów wszerz i wzdłuż, z góry na dół i odwrotnie, albo przedramiona omdlewają, bo akurat tego dnia Bab jakoś częściej potrzebowała zmiany wózka za potrzebą, więc sobie słucham i oglądam prawie bezmyślnie. Chociaż nie, nie bezmyślnie. Nieodmiennie mi się oczy pocą kiedy słyszę „Cichą Noc”! A dziś oglądałam międzynarodowy koncert orkiestr wojskowych  z Bazylei! Miodzio!

sobota, 18 stycznia 2014
Było, minęło - 5

Nie idzie dogodzić! ( 04-09.12.13 )

I weź tu człowieku coś rób, jak nie ma co! Żadnych atrakcji! Nikt nie szuka pieniędzy, sejfów do „rozkminiania” brakuje, po nocach cicho jak makiem zasiał, pampersy też nie „napupsane” co godzinę! Ech!!!Wręcz przeciwnie, Bab męczą uporczywe obstrukcje! Fajny temat, co? Ale jakże ważny, zwłaszcza dla starych ludzi, którzy bardzo często muszą się podbierać lekami, aby ulżyć jelitom!  Na całe szczęście udało się tą dolegliwość babczyną usunąć! Z uwagi na własne zdrowie, staram się prowadzić kuchnię prawie beztłuszczową, z dużą ilością warzyw i owoców, a poprzedniczka przeciwnie, gotowała przede wszystkim tłusto, i teraz Bab lekka co dwa dni jak skowronek, może i schudnie ociupinkę, bo przydałoby się dla jej brzuszyska! I moim rączkom także! A jej Córka, jaka z tego faktu zadowolona!

Szkoda, że już wszystko mam przeczytane! I masę miesięczników zbieranych przez parę poprzedzających wyjazd tygodni, i książki: pożyczona od wejherowskiej koleżanki autobiografia Lisy Halabi „Królowa Noor” , Wojciecha Jagielskiego „Dobre miejsce do umierania”, a z osiedlowej biblioteki Deana Koontz`a „Złe miejsce” oraz Toma Clancy „Suma wszystkich strachów”. Porównanie osobistych wspomnień autorki pierwszej książki - dwudziestu pięciu lat życia z jordańskim królem Husajnem – z opisem w ostatniej książce prawdopodobnego konfliktu jądrowego między Ameryką i Rosją, wydawałoby się karkołomnym zadaniem. Ale chyba prawdopodobnie dlatego, że przeczytałam pierwszą pozycję, udało mi się wreszcie, po trzech nieudanych podejściach, doczytać do ostatniej, osiemsetnej strony, pozycje ostatnią. Co więcej, wciągnęła mnie ta historia nieprawdopodobnie, tym bardziej, że początkowy rys historyczny zgadzał się w wielu wątkach z tym, co wspominała Królowa Noor! No, ale teraz d… blada! Pozostały mi tylko e- oraz audiobooki, ale raczej nie wypada brać ze sobą na górkę laptopa. Po co frustrować  Bab, a może i czasami jej Córkę, która  wizyty kontrolne, z dotychczasowych trzech, zredukowała na jedną dziennie!

Nie, no! Jeszcze cztery zeszyty krzyżówek mam, to jakoś do Świąt czas opędzę, ale co potem? Zielonego pojęcia nie mam! Chyba że  …. przyjdzie czas, będzie rada! Może zrobię ponowne podejście do drutowania?  Wełnę i druty mam, tylko nie ma się jak do tego przymusić!

Dziadek nadal w szpitalu. Ponoć czeka go rehabilitacja, ale pewności nie mam, bo przecież tu „platą” gadają, więc zrozumieć tego szwargotania zupełnie nie można. Córka czasami przechodzi na hoch deutsch, ale to tylko wtedy, gdy uznaje, że ja mogę posłuchać, o co chodzi, gdy dyskutują z Bab. Ta ostatnia też tylko gwarą gada, a poza tym bardzo niewyraźnie, co jest efektem ubocznym przebytego udaru, nie dziw zatem, że czasami musi kilka razy powtarzać mi, o co chodzi, abym zrozumiała. Zdarza się jednak, że czasami kompletnie nie wiem, czego chce!  Na całe szczęście, zawsze z uśmiechem godzi się na moje niezrozumienie, i zaraz o nim zapomina. Jest tak niewiarygodnie spokojna, że zupełnie nie wiem, co mogłabym o niej pisać. Na przykład to, że w ramach ćwiczeń lewej dłoni, która ma wszystkie palce zaciśnięte w pięść, zwija raz w tygodniu koszyk skarpetek, dostarczonych przez Córkę po upraniu ich  mężowi, sobie i córeczce?  Może to, że bardzo często odwiedzają ją dwie Wnuczki, dwunasto-  szesnastoletnia, których Ona potem z uwagą wysłuchuje, gdy opowiadają o swoich dziewczyńskich sprawach? Albo to, że prócz trudności z chodzeniem, ma obie stopy szpotawe, i nosi takie bardzo dziwne obuwie ortopedyczne, z których jeden but jest niski, drugi obejmuje całą nieruchomą po wylewie łydkę, a oba są na bardzo grubej podeszwie i wiązane bardzo gęsto na zaczepy podobne do takich, jakie się spotyka w obuwiu do ludowych tańców?  Czy może to, jak kraśnieje na twarzy z zadowolenia, gdy co wieczór dzwoni do niej Dziadek, a Ona się tak cieszy, jakby wygrała milion w totka?

Bo tylko dwie nieszkodliwe fobie ma. Dwadzieścia razy w koło przed spaniem dopytuje się, czy wszystkie urządzenia elektryczne są wyłączone, i mimo moich zapewnień, że tak, sprawdza co chwilę ponownie. No, i punktualna ze wszystkim do bólu jest. Musi być co do minuty wszystko, i wystarczy , że się czasem zagapię, już woła.

czwartek, 16 stycznia 2014
Było, minęło - 4

Początek Adwentu ( 27.11 – 04.12.13 )

W przeddzień pierwszej adwentowej soboty postanowiłam się rozerwać. Akurat wieczorem, w pobliskiej restauracji, tuż przy browarze, odbywał się Bockbiertag, w programie którego przewidywano nie tylko picie warzonego nieopodal piwa, ale i menu z tradycyjnymi szwabskimi potrawami, między innymi kwaśne flaczki z pieczonymi talarkami ziemniaczanymi, a wszystko to przy akompaniamencie muzyki. Bab nie miała nic przeciwko, nawet wcześniej niż zwykle prosiła o położenie jej wieczorem do łóżka. To poszłam. Już za chwilę dobiegły mnie dźwięki muzyki i śpiew, a cała  sąsiednia uliczka zatarasowana była samochodami, zaparkowanymi po obu jej stronach. Kiedy weszłam do środka, dosłownie mnie zamurowało. Obie restauracyjne sale pękały w szwach, tyle siedziało tam ludzi! Stoły pełne kufli, gdzieniegdzie  parujące talerze, twarze ludzi czerwone z gorąca i pewnie z niezłej ilości wypitego już piwa. Między stołami uwijały się jak w ukropie kelnerki, donosząc jadło i naręcza pełnych kufli.  Gwar, krzyki i chóralne śpiewy przy akompaniamencie akordeonu, któremu towarzyszył perkusista z najdziwniejszą perkusją, jaką dotąd widziałam. To była najzwyklejsza tara, którą dawniej używano do prania w balii. Do niej dołączono zwinięty spiralnie drut, na który nawleczono masę piwnych kapsli, a także coś w rodzaju czyneli, które były zrobione z dwóch metalowych denek, stanowiących kiedyś ścianki piwnej beczułki. Obsługujący to perkusista, prawą ręką wygrywał rytmiczne ścieranki przy pomocy drewnianych  rączek od kopystki lub innego narzędzia kuchennego, a jego lewa ręka  rytmicznie pociągała za druciane pociągło, wprawiając w ruch czynele i kapsle. Do tego dołączył świstanie metalowym gwizdkiem.

Repertuar śpiewany, oczywiście był typowo niemiecki, tudzież lokalny, ale nie zabrakło również światowych przebojów, typu: „Marina”, „Junge kommt bald wieder”,  „ Rosamunda”- czyli po naszemu „Wando-Bando”, „Serca dwa”,  i wiele innych, których już nie pamiętam, a skutecznie mi w tym pomógł kufel wypitego ciemnego Bockbier. Mocne! Prawie 8%! Od kilku setek lat tradycyjnie, właśnie na dzień poprzedzający Adwent warzy się to mocne piwo. Oczywiście w ściśle ograniczonych ilościach!

Znalazłam skrawek miejsca na ławie między dwoma stołami. Sąsiedzi po lewej – dwie pary – natychmiast się zaczęli ze mną witać, jakby znali mnie już wcześniej. Zawołali kelnerkę, abym mogła sobie zamówić piwo, a potem oczywiście stuknęli się ze mną, każde z osobna, życząc „zum wohl”, na co ja odpowiedziałam „na zdrowie”! Jak zwykle, miałam szczęście, bo okazało się, że jedno małżeństwo jest prawie polskie; Pan wyjechał do Niemiec mając 5 lat, mówi tylko po niemiecku,  chociaż dobrze rozumie po polsku. Z kolei jego Żona pochodzi z Gliwic, i pięknie, gwarowo ślązaczy!

Wracałam do Bab po dwóch godzinach, i po raz kolejny przekonałam się, że Niemcy potrafią wspólnie bawić się nie tylko wspaniale, ale są otwarci na innych ludzi, czego sama doświadczyłam. Poznano, że jestem obca, nie stamtąd, ale natychmiast zaczęto się do mnie uśmiechać, kiwać głowami z aprobatą, podnosić kufle do wspólnych toastów, i po paru minutach czułam się naprawdę swojsko!

Zapomniałabym dodać, że wprawdzie to niewielka społeczność wioskowa, ale jakże dobrze zorganizowana. Dumą wioski są nie tylko dokonania miejscowych bauerów, którymi chwalą się co roku na specjalnych festynach, będących odpowiednikami naszych dożynek, ale także istniejący od przeszło sto lat chór męski, w którym między innymi śpiewał Dziadek, a także orkiestra dęta!

W sobotni adwentowy poranek, po całej wsi było słychać terkotanie drewnianych wózków, pełnych pomarańczy. To dzieci, które w następnym roku będą miały konfirmacje, zbierały na ten cel pieniążki. Każda pomarańcza kosztowała 0,50 euro i podejrzewam, że nie było domu we wsi, z którego nie kupiono by jednej przynajmniej sztuki. My kupiłyśmy cztery. Odbywał się  także Weihnachtmark,  poprzedzony popołudniowym przemarszem najmłodszych dzieciaczków, z których każde dzierżyło w dłoniach pochodnię, na które oczywiście mieli baczenie rodzice maszerujących pociech. Poszłam oczywiście wieczorem, po położeniu Bab, na ten jarmark, ale cudów nie było. To mała miejscowość, nie dziw zatem, że były tylko trzy stoiska, bardzo skąpo zaopatrzone w bożonarodzeniowe ozdoby. Osobno prezentowały swoje wyroby tutejsze Landfrauen. Była nawet kataryniarka z całkiem pokaźną katarynką, ale niestety, tłum dzieci wokół niej, skutecznie ją zasłaniał, więc zdjęć nie będzie. Za to było całkiem sporo ludzi wokół stoisk z nieodłącznymi kiełbaskami, piwem i gluwainem, którego kubeczek także wypiłam, aby tradycji stało się zadość. Niestety, kubeczki – całkiem białe - były do zwrotu. Może uda mi się inny dostać, bo Córka Bab obiecała zabrać mnie do Ulm, gdzie pod największą katedrą w Europie, właśnie bożonarodzeniowy jarmark się odbywa.

W pierwszą niedzielę adwentu natomiast, całe przedpołudnie, w kolejnych ulicach, było słychać dętą kapelę, która także tradycyjnie urządza przemarsz przez wioskę, śpiewając dawne , adwentowe pieśni. Córka specjalnie przybiegła, aby Bab wystawić z wózkiem na balkon, niech sobie posłucha tych trąb, puzonów, fletów i całej masy innych instrumentów dętych!

Ostatni dzień listopada i drugi grudnia stały pod znakiem Córki i Syna, a konkretnie, nieustających myśli o moich latoroślach. Przypominałam sobie ich dni Urodzin, a potem zwykłe moje matkowanie, pewnie nie najlepsze czasami, ale chyba nie zupełnie najgorsze. A teraz? Teraz jestem z nich bardzo dumna, z tego jak sobie radzą, jakie mają rodziny, jakimi wspaniałymi Wnukami mnie obdarzyły! Niech im zawsze sprzyja Dobra Gwiazda!!!

wtorek, 14 stycznia 2014
Było, minęło - 3

 Dom, szafa, i … ręce bolą! ( 20-27.11.13 )

Dom, w którym teraz jestem, spory. Z ulicy prowadzą do niego trzy poziomowe schody. Wokół trawnik, pięknie utrzymane krzewy zimozielone, ogromny świerk syberyjski, a za domem miejsce zabaw dla wnuków z dwiema huśtawkami. 

Na górnym poziomie jest ogromny hol, a potem kolejno: mały pokoik, kiedyś dziecinny, co widać po zostawionym łóżeczku i zabawkach, a teraz służący jako podręczny składzik środków pielęgnacyjnych, typu podkłady, pampersy i pieluchy; poza tym toaleta, łazienka, sypialnia Dziadków i kuchnia, z której przechodzi się do jadalni połączonej z salonem.  Przy kuchni są jeszcze spiżarnia oraz pralnia, służąca także za skład worków z segregowanymi odpadkami.  Przez całą długość pierwszego piętra ciągnie się taras. Ja pomieszkuję sobie na parterze, ale prócz części mnie przynależnej jest tam także kilka innych pomieszczeń. Coś, co stanowi piwnicę, z wiecznie otwartym oknem, za to drzwi należy zamykać na klucz. Dalej kotłownia , prasowalnia, gdzie suszy się pranie, a także prasuje się i magluje; magazyn sprzętów i gratów przeróżnych, a na końcu pokój – dawna garderoba chyba, bo znajdują się w nim między innymi dwie starodawne szafy.

Zwłaszcza jedna z nich, bardzo ciekawa. Otóż na ¾ jej wysokości powbijane są haki, w dwóch rzędach, na których wiszą stare, szwabskie, ludowe suknie. Każda z nich ma suto umarszczoną spódnicę z grubego granatowego lub czarnego sukna, często w kratę, natomiast górę stanowi coś w rodzaju kamizelki, który z kolei jest z czarnego aksamitu w drobne, białe kropeczki, ewentualnie w drobne czerwono-zielono-białe różyczki. Do tej kamizelki przyczepia się białe, płócienne, bogato haftowane rękawy, ewentualnie ubiera się płócienną koszule, lub współcześnie, białe, batystowe bluzeczki, z długimi względnie krótkimi rękawkami. Prócz tego są same spódnice, ale górę stanowią czarne, haftowane na czarno bluzeczki. Na spódnice zakładało się białe, płócienne lub ciemne, satynowe fartuchy, obszyte koronkami . To zbiór dawnych ubiorów Bab. Poprosiłam, aby pokazała mi swojej zdjęcia w takim szwabskim stroju. I już wiem, że nazywa się bauer drach, a jego letnia wersja to dierndl.

Wersja bez fartuszka                                      Z fartuszkiem satynowym

Z płóciennymi rękawami i fartuchem                   Gorsetowa bluzka

 

Pierwszy raz tutaj, po prawie trzech tygodniach, bolą mnie ręce. W sumie, nie dziwota, bo wczoraj myłam okna, a wpierw zdejmowałam kilometry firan, które po upraniu trzeba było ponownie zawiesić. Pewnie to właśnie przez te firany, bo samo mycie okien w Niemczech, to mały pikuś. Tu nie pali się węglem, nie używa się śmieci do spalania. Jest przede wszystkim olej, rzadziej gaz. Nie ma więc w powietrzu fruwającej sadzy lub innego kopcia. Okna można myć raz, dwa razy do roku. I to nie tylko moje zdanie.

Prócz tego, rączki mnie bolą z powodu Bab. Nie wiadomo dlaczego, zdarzyła się jej w popołudniowej przerwie grubsza katastrofa. Nie mogłam użyć lifta, i intymną toaletę trzeba było wpierw wykonać na łóżku, obracając ją w różne strony, no a potem ściągnąć ją także starym sposobem. Całe szczęście, że zmysł spostrzegawczości jeszcze u mnie dobrze działa, bo mogłam zastosować pewien trik, który podpatrzyłam u porannej pielęgniarki. Gdy już Bab siedzi na łóżku, ma opuszczone nogi w kierunku podłogi, podkłada się pod nie zwykłe kółko gimnastyczne, służące do robienia skrętów tułowia.  Potem tylko wystarczy, że Bab wstanie, oczywiście przy mojej pomocy,  i bez kłopotu robi się obrót jej w kierunku odpowiedniego ustawionego wcześniej stuhla. Tyle tylko, że pierwsza część wymaga siły, czyli spowodowania, aby zamieniła pozycję leżącą na siad na brzegu łóżka. Nie dziw więc, że łapki bolą. Ale Bab jest jedyną osobą, która za taki ful program pomocowy wylewnie dziękuje! No!

 

niedziela, 12 stycznia 2014
Było, minęło - 2

Nudy i atrakcje ( 13-20.11.13)

Początek bardzo spokojny. Bab miła, nie kapryśna, co chwilę uśmiechająca się do mnie. Kilka dni trwało ogarnięcie wszystkiego, i chociaż nie chciałabym być złośliwa, ani kreować się na wielką porządnicką, to zadziwienie moje było wielkie z powodu ilości pajęczyn i kurzu, praktycznie wszędzie, o takich drobiazgach jak ramy, lampy czy bibeloty nie wspominając. To pobiegałam sobie z kurzawką i miotłą.  Oraz z druciakiem, bo tylko tym udało mi się doczyścić ozdobne dzbanki i butelki w kuchni, które z tego czegoś lepkiego, tłustego nie były chyba od lat myte.  A teraz? Każdy z kolejnych dni zlewa się w jeden, tak są do siebie podobne. Zaczynam dzień o 6.30, toaleta, budzenie babki. Przychodzi pielęgniarka, a ja przygotowuję śniadanie, po czym bardzo często rozciągam się na dodatkowe 20 minut na kanapie w salonie, czekając spokojnie, aż mi Bab przywiozą! Po śniadaniu mierzenie pulsu, rowerek i prasówka dla Bab, dla mnie książka. Na godzinę przed południem, przygotowuję obiad, po którym Bab i ja mamy dwu i półgodzinną przerwę. Bab w swoim łóżku, a ja w swoim pokoju, bo pogoda jakoś nie nastraja do spacerów, wiecznie mokro i mglisto. Te gęste, białe jak mleko mgły, toczą się w dół wioski już od rana, i mam czasami wrażenie, że prócz tego kawałka wsi, otoczonej mleczną zasłoną, nie ma niczego innego w całym kosmosie. Po przerwie kawa, oglądanie telewizji, rowerek, o 18 kolacja, a po następnej godzinie - spanie dla Bab, a  dla mnie baaardzo długi wieczór. Parę telefonów, parę rozdziałów książki lub jakiś film z bogatej pamięci zewnętrznej mojego laptopa, i tak dzień po dniu, dzień po dniu… Tylko raz byłam na spacerze. Wioska bardzo mała, wystarczyło pół godziny, aby ja obejść. Jej nazwa  jest dwuczłonowa, z czego pierwszy człon pochodzi od miasta Langenau , i jest jedną z kilku o tej samej początkowej nazwie, tylko drugi człon się zmienia. Prócz kościółka, niestety zamkniętego,

jest tu jeszcze sklepik, ale otwarty w takich godzinach, że zupełnie nie ma możliwości zobaczyć, jak jest zaopatrzony.

Jest także istniejący od 1681r. całkiem spory geszeft, w skład którego wchodzi browar, wytwórnia musu jabłkowego, takiegoż wina i sznapsa, oraz ogromna restauracja.

Zapomniałabym, znalazłam w bocznej uliczce muzeum, początkowo sądziłam, że  winiarstwa, sadząc po ilości i wielkości ogromnych beczek przed wejściem. Niestety, zamknięte na głucho i bez żadnej informacji o możliwościach zwiedzenia. Okazało się później, po zasięgnięciu „języka”, że to prywatne muzeum bednarzy i otwarte jest tylko dla zorganizowanych grup.


Poznałam Dziadka. Z uwagi na złe wyniki badań, operacja została przełożona i dostał  dzień przepustki. Bab od poprzedniego dnia przeżywała z radości.  Wzruszające bardzo było to, gdy oboje chcieli się pocałować na przywitanie. Tak gwałtowanie manewrowali wózkami, aż się koła posczepiały. Na pierwszy rzut oka Dziadek wygląda jak „stary plastuś”. Oszołomiony lekami przeciwbólowymi, praktycznie całe przedpołudnie przysypiał, co bardzo denerwowało Bab, która chyba liczyła na jakieś pogaduchy, a tu co chwilę słyszała pochrapywanie. Już zaczęłam się zastanawiać, czy moja poprzedniczka przypadkiem nie konfabulowała na temat złośliwego charakteru Dziadka, gdy wkrótce mogłam się przekonać, że „coś chyba jest na rzeczy”. Pomagając Bab po poobiedniej przerwie zauważyłam, że Dziadek ma problemy z ubieraniem, więc mu w kilku sytuacjach pomogłam, na co reakcją było wyniosłe pytanie, ile ma mi za to zapłacić. Trochę mi się ciśnienie podniosło, bo widzi mnie pierwszy raz, i od razu z takim tekstem wyjeżdża! W pierwszej chwili chciałam mu powiedzieć, że akurat dzisiaj trafił na mój dzień dobroci dla zwierząt ( czasem można odpuścić, zwłaszcza gdy się wie, że to incydentalne jest ), ale w porę ugryzłam się w język, bo może nie zrozumiałby podtekstu,  i bez namysłu wypaliłam, iż dzisiejsza pomoc, to moja dobra wola. Jego zdziwiona mina – bezcenna! W każdym bądź razie, po jego wizycie już mam świadomość, że pracy przy nim będzie wiele więcej niż przy Bab. Już samo to, że wystarczyła drzemka godzinna, aby całe jego ubranie od stóp do głów trzeba było prać, bo nie zdążył z  siuśkami do „kaczki”. A ponoć to mu się często zdarza. Nie mówiąc o tym, że wymaga pomocy przy ubieraniu, myciu, o toalecie intymnej nie wspominając.

Czeka mnie bardzo poważna rozmowa, gdy wróci  z tego szpitala na dobre!

 

piątek, 10 stycznia 2014
Było, minęło! - 1

Na nowym ( 6-13.11.13) 

Długa, bardzo długa droga, piętnastogodzinna. Pierwszy odcinek, ode mnie do granicy, przejechany w iście kosmicznym tempie. Osobowa, najnowsza renówka rwała do przodu momentami 150km./godz, i droga normalnie 4-5 godzinna, została przejechana w niecałe 3. A potem, już  busem jechałam na dalekie południe Niemiec.  Początkowo sądziłam, iż to Bayery, ale okazało się, że Szwabia.  Nie mniej akcent i dialekt podobny do bawarskiego,  i jakbym już słyszałam niektóre wyrażenia. No tak, jak się pogrzebie w pamięci, to okazuje się, że podobnie mówili koło Eberbach, gdzie miałam pod opieką malutką dziewczynkę! To kwitowanie każdego zdania krótkim "kel"lub "odo", i abysel zamiast ein bisschen, mam w głowie do dziś!

Wąskie, asfaltowe drogi schodzą wśród bezkresu pól w dół, aby zatrzymać się w niewielkiej wioseczce, która położona jest w głębokiej niecce tak, że pewnie poza nią nie widać nawet wieży maleńkiego kościółka. Typowa wioskowa satelita Ulm, wyludniająca się w czasie dnia, a życie w niej trwa spokojne wieczorami, gdy wszyscy już z pracy wrócą.


Zaczyna się więc moje nowe wyzwanie, bo po czarnowidztwach kobitki, którą zmieniam, mam mieszane uczucia, a z tyłu głowy, że nie będzie łatwo!

Późna noc, do świtu tylko 3 godziny, a ta nadaje, nadaje, nadaje. Takiego słowotoku to ja nie pamiętam! Pojechała po śniadaniu, a ja zostałam. Koniec języka za przewodnika, i Bab tłumaczy, co i jak. Potem przychodzi jej Córka, z , uśmiechem przylepionym do twarzy, cała zadowolona, bo pewnie będzie próbowała mnie ?przekręcić?, i sprawdzi się proroctwo mojej poprzedniczki, że mnie też będą chcieli mieć za bezcen. Wszak w umowie jedna osoba do opieki, a tu się okazuje, że jeszcze jest Dziadek, któremu co jakiś czas coraz wyżej amputują nogę! Aktualnie przebywa w szpitalu, i nie wiadomo póki co, kiedy wróci!  Znowu mu podcięto kikut, a że wdała się martwica, leczą toto madami ( jakby kto nie wiedział, to są takie fajne, tłuste, białe robaczki, które aż machają ogonkami z radości, gdy im się da do jedzenia martwą lub zaropiałą tkankę, zwłaszcza ludzką)!!!  Słowo daję, nie myślałam, że w dwudziestym pierwszym wieku usłyszę o tak starej metodzie pochodzącej z medycyny ludowej!!! No, i przeszczep skóry Dziadka czeka! Będę zołza, i wprawdzie nie życzę mu źle, ale nie mam nic przeciwko, aby został w szpitalu jak najdłużej!

Dom, w którym jestem - na skarpie. Niższy poziom mój, używany chyba będzie przede wszystkim rano, a potem wieczorami. Do dyspozycji mam ogromny pokój z małżeńskim łożem, własną toaletę i łazienkę, z której skorzystałam dopiero po dwóch dniach, póki jej nie doprowadziłam do lśniącej czystości, dziwiąc się po drodze, że poprzedniczce taki "syf" nie przeszkadzał.  Poziom wyższy - życie Dziadków i moja obsługa , od wczesnego rana, do wieczora.


Bab jest po wylewie, ma niedowład lewej strony, a co się z tym wiąże - przykurcz lewej ręki. Na szczęście może stać, co ułatwia sprawę przy toaletowej obsłudze, bo oczywiście porusza się tylko na wózku. Niestety, sporo waży ! Ale to też nie problem, bo do taszczenia jej z wózka na łóżko, lub odwrotnie, służy odpowiedni podnośnik.. Córka zamówiła w pierwszym dniu pielęgniarkę, by mnie podszkoliła, ale patrzeć, a potem samemu robić, to dwie bardzo różne historie. Na szczęście jednak, Bab daje się nabrać na moje śmichy, hi, hi, bo pierwszy raz, a potem ćwiczenia czynią mistrza, a jutro już będzie lepiej, a za tydzień, to mistrzostwo świata! No!  Najważniejsze  jednak to, że rano jest pielęgniarka, która Bab z łóżka podnosi, potem myje, ubiera i prawie na dosłownej tacy przywozi do jadalni, gdzie już czeka przygotowane przeze mnie śniadanie. A potem to już rutyna, czyli gotowanie, sprzątanie, pranie, prasowanie.

Pakiecik powitalny to także wieczna kontrola, gdyż dokładnie naprzeciw mieszka jedna z trzech córek starszych państwa, wpadająca kilkakrotnie w ciągu dnia bez zapowiedzi. Jak wicher przebiegnie dom, posprawdza kąty, i nawet nie wydziwia nad listą zakupów, bo jak na razie wszystko, co zamówię, jest dostarczone ( miało nie być według zmienniczki )! Zatem rozrywka, czyli zakupy, poszła się "je,je,je"!

O takich luksusach jak rower, mogę zapomnieć, a w marzeniach sennych jedynie myśleć o samochodzie. 

Najważniejsze, że mogę dzwonić do kraju skolko ugodno, tyle tylko, że aparat stareńki, i szybko się rozładowuje. Tak więc, jedna rozmowa dziennie, nie licząc tej ze Ślubnym, musi wystarczyć! Ale! Jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma! Przy okazji tematu "Ślubny"! Tak się zaaferowałam przyszłymi bojami z Dziadkiem leżącym w szpitalu, że zupełnie zapomniałam, iż w drugim dniu pobytu minęła nam (znaczy się Ślubnemu i mnie) 44 rocznica poznania, którą zawsze, ale to zawsze świętujemy. I ja po prostu dałam "ciała", co Ślubny oczywiście wykorzystał, przysyłając ślicznego sms-a z buziolami. Tylko dlaczego napisał "7 list" zamiast siódmego listopada? Oczywiście udało mu  się mnie zaskoczyć, bo bardzo długo musiałam się zastanawiać, o co mu chodzi z tymi życzeniami.

Podejrzewam także, że moja mina, gdy się zorientowałam, była tak bezcenna, jak nigdy dotąd w czasie trwania ?NAS?! Dobrze, że On tego nie widział!

 

Niestety, smutna wiadomość od Kariny do mnie dotarła! Kurti zmarł rano, ósmego listopada! ***

 
1 , 2
Archiwum