Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
wtorek, 31 stycznia 2012
To trzeba mieć szczęście !!!
Przed pół godziną zabrano Hanne do szpitala. Aż do Hamburga, bo okoliczne szpitale są przepełnione. Teraz czekam, aż Heine wróci z grania, to pewnie tam pojedziemy!
Przeciwnicy, cd!
2. Hannelore. Moja podopieczna. Ze zdjęć, które były robione pół roku temu, na mnie spogląda miła, szczupła twarz o subtelnych rysach. Teraz jest po ciężkim udarze mózgu i kilku operacjach, w czasie których wstawiano jej w głowę stent, przechodzący do żyły głównej, a ponieważ ciągle był niedopasowany, powtarzano to kilkakrotnie. Po rehabilitacji szpitalnej, pozostał jej niedowład lewej części ciała. Nie chodzi, może siedzieć. Wszystkie czynności przy niej robi się na leżąco lub siedząco. Na całe szczęście, jest drobna i szczupła. Ma ciało młodej kobiety i piękne ręce. Prawie wcale nie mówi, a jak już, to półsłówkami, czasem pomaga sobie ruchami głowy, gdy chce wyrazić swoje niezadowolenie lub aprobatę. Elka nie twierdziła, że Hanne jest złośliwa, bo jeśli coś się zrobi przy niej tak, od razu nadaje mężowi. Nie wierzę w to, bo już pierwszego tygodnia, gdy do niej przyszli goście, zapomniałam bardzo ważnej sprawie. Mianowicie o założeniu katedy po godzinnej przerwie, kiedy to wężyk odchodzący z pęcherza był zaczopowany, aby przez to zmusić ten organ do samodzielnej pracy. Jak założyłam, Hanne była cała „usiusiana”. Gdyby cokolwiek powiedziała Heine, miałabym burę taką, że klękajcie narody!!! A nic nie się działo! Także według Elki Hannelore bardzo jest o Heine zazdrosna. Ja pewnie, na miejscu Hanne, byłabym też zazdrosna o męża, skoro sama nie mogę prawie nic, a przed oczyma cały czas kręci się młoda kobieta, wyzywająco ubrana i umalowana! W końcu Heine, to zdrowy mężczyzna i kto wie, jakie mu tam myśli biegały po głowie. Co z tego, że ma prawie 80 lat? Starsi panowie potrafią zadziwić! Sama kiedyś, przypadkiem byłam świadkiem, jak jeden z moich podopiecznych się masturbował, a sądząc po odgłosach, sprawiało mu to ogromną przyjemność. Wycofałam się wtedy dyskretnie, ale gdyby ktoś świętoszkowaty ( znam takie pańcie, co modlą się pod figurę mają diabła za skórą ) to wiedział, pewnie podniósłby larum, bo to sodoma i comora, a starzy ludzie do kościoła i modlić się, i spowiadać z myśli nieczystych! Mój dzień na początku zaczynałam przed siódmą, Elka twierdziła, że tej godziny Henio wymaga, aby być gotowym do pracy. Nic takiego jednak nie było, bo Hanne o tej prze jeszcze słodko śpi, więc co dzień trochę sobie ten czas przesuwałam, teraz zaś wyleguję się do ósmej, dopiero wtedy, po porannych ablucjach schodzę na dół, do kuchni. Nastawiam kwaiarkę, gotuję jajka, a potem niosę śniadanie na górkę, do babci, która jakby w pakiecie jest. W międzyczasie wstaje Heine jemy razem śniadanie, miło przy tym gawędząc. Wtedy dopiero zajmuje się Hanne. Wpierw odłączam na godzinę katedę, myję dolną część ciała, smaruję maśćami i kremami, ubieram spodnią bieliznę, spodnie i buty. Wtedy jest najważniejsze, czyli podnoszenie po siadu i przesienie na wózek. Kończę toaletę poranną myciem górnej części ciała, potem skremowanie, ubieranie i jedziemy do kuchni na śniadanie. Trwa ono prawie godzinę, bo prócz podania sporej ilości porannych leków, trzeba jej pomóc jedzeniu - przy podnoszeniu filiżanki z kawą, tosta czy posługiwaniu się sztućcami. Potem wizyta w łazience, mycie buzi i zębów, założenie katedy. Jedziemy do salonu, Hanne ogląda telewizję, w międzyczasie ja sprzątam i przygotowuję obiad, a także ćwiczę z Hanną na rowerku stacjonarnym, aby nabrała sił w nogach, bo być może będzie kiedyś chodzić. Heine w to mocno wierzy i tą wiarą bardzo stara się zarazić swoją żonę. Nie oponuję, bo w takich wypadkach tego nie powinno się robić, a właśnie Elka tą niepisaną zasadę złamała, o co właśnie między innymi miał pretensję Heino. Póki co, udaje się Hanne stawać, oczywiście przy mojej pomocy i terapeutki, która dwa razy w tygodniu przychodzi i z nią ćwiczy. Od pierwszej do trzeciej Hanne znowu jest w łóżku, a ja mam czas wolny. Po trzeciej pomagam Hanne wstać, dostaje lekarstwa i jemy obiad, a potem siedzimy w salonie, pijemy kawę, czasem jest jakieś ciasto, lody, niekiedy przychodzi nas ktoś odwiedzić. Siódma godzina, to czas na przygotowanie Hanne do spania, leki, wieczorna toaleta, założenie pampersa i dobranoc. I tak dzień, w dzień, tydzień za tygodzien. Niby tylko siedem godzin pracy! To przecież nie tak wiele! Ale ta monotonia! To jest ta największa trudność, której trzeba podołać.
wtorek, 17 stycznia 2012
Własnym oczom nie wierzę!

Jak ja sama mogłam na to nie wpaść? Chyba tylko dlatego, że skleroza galopująca mnie bierze ( pewnie się już do moich podopiecznych upadabniam, hi,hi,hi ), a i blondynka przecież tesz jestem. Wprawdzie farbowana, ale.... pewnie takie też czasami nie myślą. Jak przyjechałam do Rosengarten, najpierw sprawdziłam możliwości zakupu doładowania netu. Były zerowe. Ale od czego jest nieoceniona Pioterowa? Już po dwóch dniach dostałam od niej potrzebne cyferki. Tylko, że ani firefox, ani chrome, nie chciały się zgłosić - nie dało się znaleźć serwerów. Dziwne tylko było to, że działał gg i w porywach skype , wprawdzie kabelków też oczywiście do niego nie miałam, ale pisany ślimakowato chodził. Pioterowej to nie dawało pewnie spokoju, bo wczoraj dostałam wiadomość, że jej Osobisty radzi spróbować explorera! To spróbowałam! I voila! Pioterowa! Osobistemu ogromny buziol sie należy!!! Chodzi bardzo wolno, i o tylko bardzo późnym wieczorem, co sprawdziłam dzisiaj podczas przerwy obiadowej, gdy też odzewu nie było. Jest też tylko w moim pokoiku na pięterku, na dole, u państwa nawet nie zamruga. Zatem to, że ja przez przypadek wlazłam w ustawienia sieciowe, nie było przyczyną. To otoczenie, w którym się znajduję. A jestem gdzieś około 40-50km od centrum Hamburga, w miejscu, gdzie sa tylko domki, ogródki, krótkie uliczki, i to wszystko otoczone lasem. Do tego dom jest w dołku, a wkoło inne większe domy. Do najbliższego sklepu jakieś 5-6 km, do restauracji wprawdzie tylko 3km, ale po co mi ona. Zatem, chyba będę pisać. Dało mi wprawdzie jakiś komunikat przed chwilą o jakimś nie chodzącym serwisie, oczywiście po angielku, ale mam nadziej, że ten wpis umieszczę. Staram się bardzo wolno pisać, bo juz drugi raz to robię. Poprzedni został zeżarty. Musze jeszcze sprawdzić, jak z odwiedzaniem Was! Może powolutku się uda! Póki co, dziękuję za wsparcie i gorąco wszystkich pozdrawiam! Jesuuu! Zaraz zaczne zaklinać, aby się udało opublikowanie! Pooooszło!

niedziela, 15 stycznia 2012
W imieniu Fusilli

Tak jak juz napisala w komentarzach Margo Fusilla pogzebala troche w swoim laptopie i nie moze wejsc do internetu. Przez kilka dni korzystala z gg i skypa ale ostatnio wyslala mi wiadomosc, ze i to jej nie dziala.

 Jak dotad wszystko u niej w porzadku. Jest zaniepokojona brakiem przerw w pracy i minimalnym dostepie do telefonu. Ma wielka nadzieje, ze to sie w najblizszych dniach zmieni.

W pakecie do opieki oprocz pani, ktora jest osoba lezaca i sprawnego starszego pana dostala jeszcze ponad dziewiedziesiecioletnia staruszke, ktorej na cale szczescie podaje tylko sniadanie i o reszte sie nie martwi. O tej pani dowiedziala sie od koordynatorki w drodze z autobusu do domu starszych panstwa. Mieszka w jednej z dzielnic Hamburga, prawie na wsi. Wokol tylko lasy i pola.

Jej poprzedniczka nagadala jej strasznych rzeczy i po tygodniu Fusilla nadal nie wie co o tym wszystkim ma sadzic, bo starszy pan, o ktorym dowiedziala sie, ze jest okropny okazal sie jak narazie do rany przylorz i biedna zastanawia sie teraz czy to jej osoba uczynila cuda czy narazie ja sprawdzaja.

Przekazuje wszystkim serdeczne pozdrowienia od wlascicielki bloga i dziekuje za zainteresowanie co u niej sie dzieje. Osobiscie rowniez pozdrawiam Pioterowa

piątek, 06 stycznia 2012
Jak zwykle!

Od wczoraj działa reise fieber! Wieczorem, po raz kolejny obejrzałam film z Jackiem Nicholsonem i Helen Hunt " Lepiej być nie może"! Jak będzie okazja w przyszłości, znowu obejrzę, bo oglądać Jacka i Helen, to taka przyjemność, że orgazm na słodko wysiada. Spakowana już jestem też od wczoraj! Prawie na 100%. Jakieś resztki się pałętają po kątach, ale to pikuś! W końcu wyjeżam dziś późnym wieczorem.

Ach! I siem wkur......czyłam! Bo firma tym razem jakoś dziwnie zagrała. Przekazała, gdzie i do kogo jadę, dała namiary na niemiecką koordynatorkę, która mnie odbierze w Hamburgu, a o resztę mam się pewnie sama domyślać! Bo od dwóch dni dzwoniłam o szczegóły, i słyszałam tylko, że oddzwonią za moment. Te momenty trwają nadal, a ja dalej nic nie wiem do końca. Na ten przykład, czy będą tanie rozmowy na kraj, czy będzie net, a jak nie będzie, czy będzie gdzie dokupić doładowanie. W razie draki liczę na Pioterkę! PIOTERKA!!!!! Słyszysz?? Póki co, to tylko wiem, że to będzie małżeństwo. Ona leżąca, On typ macho, rozkazujący i żądający podporządkowania. Poprzedniczka wytrzymała 3 tygodnie. Podziękowano jej. Ile ja wytrzymam, nie wiem, bo mogę mieć problemy z podnoszeniem pacjentki. Chociaż, jak zdążyłam pogadać z niemiecką koordynatorką, pacjentka to chudzinka.  A jej mąż niby będzie mi pomagał. W "praniu się okaże", czy to prawda! Z drugiej strony, mam zamiar nie popełniać błędu poprzedniczki! Nie może być dwóch do rozkazywania! Ktoś jest do pracy, a ktoś udaje, że jest ważny. I tylko ode mnie będzie zależało, czy dam sobie wejść na głowę, czy szyją niemiecką pokręcę!

czwartek, 05 stycznia 2012
Zakręty czasu!

Ktoś kiedyś napisał, że "człowiek, z którym spędziło się wiele długich lat, jest jak mapa samochodowa. Podarta na rogach, wytarta w zagięciach od ciągłego używania. Na tej mapie widnieje szlak tak dobrze znany, że można go łatwo wyrysować z pamięci. Dlatego, jak każdy dobry kierowca, trzymamy tą mapę w schowku i wozimy ze sobą w każdą podróż. A jednak, w najmniej oczekiwanym momencie, na tej dobrze znanej mapie, pojawia się na autostradzie życia niespodziewany zjazd, i widzimy czasem punkt widokowy, którego wcześniej tam nie było. I nigdy nie wiadomo, czy to nowy element krajobrazu, czy coś, na co wcześniej nie zwróciło się uwagi!" Przypomina mi się o tym, gdy obserwuję od dłuższego już czasu mojego Ślubnego, jak łatwo przychodzi mu praca z naszą pierwszoklasistką. Jak potrafi ją zmotywować, gdy słyszy: "oj dziadek, nie chce mi się! W domu zrobię! Teraz sobie pogram!" Spokojnie jej tłumaczy, że te zadania, które ma do wykonania są łatwe, i dla niej to przysłowiowa pestka. Mała nie bardzo lubi czytać, w sumie to nawet nie wiadomo dlaczego, bo czyta dobrze i jestem zawsze zadziwiona, jak dobrze sobie radzi z nowym tekstem, zaraz mi się przypominają czasy, gdy ślęczałam godzinami z Córką, która miała autentyczne kłopoty ze "ślabizowaniem". A Ślubny jakoś tak w zabawę wplata krótkie przerywniki na czytanie właśnie, już po dwóch, trzech takich krótkich przerwach czytanka jest opanowana, a na drugi dzień wspaniała nota w dzienniczku. Na początku nie było łatwo, nagłe przejście z okresu zabaw do obowiązków, i zaraz potem wyjazd na kontrakt Syna, było takim stresem dla Wnuczki, że trzeba było skorzystać z porad psychologa, aby zorientować się, z jakim problemem mamy do czynienia. Na całe szczęście, mądre rady, a także potem wspólny, wychowawczy front dały dobre efekty. I na pewno dobrym duchem właśnie był Ślubny. Jego spokój i opanowanie hamują popędliwy charakterek naszej Wnusi. I chociaż wiedziałam od dawna, że ma On te zalety, to dopiero teraz na własne oczy widzę, jak pracował kiedyś z naszymi dziećmi, gdy ja byłam zajęta studiowaniem, a potem pięciem się po małych szczebelkach kariery zawodowej. Wiadomo, wiedzieć, a zobaczyć, to ogromna różnica!

wtorek, 03 stycznia 2012
Cholera! Cholera! Cholera!

No! Tom sobie ulzyła!

Dziadek, do którego miałam jechać pojutrze - przeniósł się do wieczności!

poniedziałek, 02 stycznia 2012
Czernina, Batumi i lista przebojów!

Ludzie! Ledwo żyję! Nigdy w życiu nie przypuszczałam, że sześcioletnia dziewczynka może mnie doprowadzić do bezdechu prawie, bo zatańczyłaby do imentu! I to nie moja Wnusia, tylko Koleżanki-Wdowy! W ramach rewizyty byłam u niech ze Ślubnym. Ślubny pałaszował placki ziemniaczane na twarogu, a ja czerniny się najadłam do wypęku. Prawdziwej, na gęsinie, nie za bardzo słodkiej, ale też niezbyt kwaśnej. Takiej w sam raz! Jak moja nieodżałowanej pamięci Ciocia Irena robiła! Do tego ziemniaczki drobno kosteczkowane były po ugotowaniu! Małmazja i orgazm żołądkowy razem wzięty, to mało, aby porównywać! Tyle, że bez tanecznych harcy. Bośmy się spotykały kiedyś raz w miesiącu. Cioteczka- moja chrzestna matka, jej psiapsiółka-singelka, 73letnia Marylcia, i ja-młódka pięćdziesięcioparoletnia! Były jedynie wspominki, potem picie kawy z fruktami po Wujciu Cukierniku przepisowo dołączonymi, a na koniec zakrapiana kolacja. Zawsze z nieodłączną Golden Wasser, którą to ja z Marylcią Cioteczce kupowałyśmy pospołu w podzięce za cudną wyżerkę! Dziś czernina tak samo- małmazja do kwadratu. A w pakiecie? Nie tylko czerwone winko-francuski słoneczny Merlot i południowoafrykańskie słońce, ale występy małej dziewczynki. Oj, dała nam popalić! Ale muzę, to jej babcia, a moja Koleżanka-Wdówka pięknie dobrała. Anna, Batumi, 20 lat, a może mniej, Dziwny jest ten świat, Augustowskie noce, Jutro będzie dobry dzień, Charleston, Twist again, Satysfaction, i wiele wiele innych, których melodie jeszcze mi pod sufitem gra, ale tytuły uleciały w przestworza! Do tego recytacje małej, pełne choinki rozświetlonej światełkami, rozśpiewanej kolędami, inscenizacja "dziewczynki z zapałkami" Andersena, słowem: cud, mniód, ultramaryna! Czego Wszystkim życzę!

niedziela, 01 stycznia 2012
Koniec laby!

Jeszcze parę godzin i skończy się nam błogie lenistwo, któremu oddawaliśmy się ze Ślubnym w ubiegłym tygodniu.

Sylwester spędzony wspólnie z naszą  Koleżanką-Wdówką. Alkoholu w miarę. Jedzonko dobre. O północy szampan i wspólne oglądanie fajerwerków. Potem odprowadzanie Koleżanki i długi, nocny spacer we Dwoje!

Najważniejsze punkty dnia dzisiaj: Koncert Filharmoników Wiedeńskich - to dla mnie, Turniej Czterech Skoczni i Tour de Ski - to dla Ślubnego. Ale tez prawie się pokłóciliśmy o to, że według mnie Ślubny za bardzo krytykował Justynkę! A teraz? Końcówka lenienia się. Dojadanie wczorajszych smakołyków. Przebieżka po programach tv. O! Kabarety dawne! Gajosa, a także Michnikowskiego z Dziewońskim, to ja mogę oglądać rano, wieczór, we dnie, w nocy. Młody Stuhr też niezłe ciacho! A czemu to pada? Na spacer chcieliśmy, a tu? Słotna jesień zamiast zimy! ;-(

Od jutra, do obowiązków marsz! Są one różne, jedne przypisane szczegółowo do mnie, inne do Ślubnego. Te z gatunku bardzo poważnych należą się Ślubnemu. Bo czyż nie jest poważnym obowiązkiem pilnowanie Wnuczki - Pierwszoklasistki? Jest! Od prawie trzech miesięcy jest. Jej Mama pracuje w handlu, Tata na kontakcie zagranicznym, wpadł tylko na Święta, trochę został do nowego roku i wraca do Helveti. A dziecię szkolne mus pilnować. Do szkoły prowadzić, odbierać po zajęciach, przypilnować z odrabianiem lekcji, poćwiczyć czytanie, ze słówek angielskich przepytać. Dla mnie, pozostała ta może nie tak ważna sprawa, ale nie mniej istotna. Mam całą aprowizację na głowie, bo Wnusia z tych, co nie wszystko jedzą z kuchni, jaką prowadzę, i muszę czasami nieźle pokombinować, aby znikało wszystko z talerza. O wspólnych zabawach nie wspomnę, bo to rozumie się samo przez się.

Na dodatek, przed moim wyjazdem, mam bardzo napięty grafik spotkań towarzyskich i już przemyśliwam, jak to wszystko ogarnąć w 5 dni. Wiadomo! Emeryci dużo czasu mają!!! :-))))

Archiwum