Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
środa, 27 stycznia 2010
Pamięć!

STANCJE - 5

Pisałam tutaj,że za pieniądze, które razem z moim przyszłym Ślubnym zarobiliśmy na hodowli jedwabników, planowaliśmy kupić meble. Dlatego konieczne było poszukanie już nie umeblowanej stancji, ale trzeba wynająć pusty pokój, jak się uda, to z kuchnią.

Tak, jak zwykle, do poszukiwać włączyliśmy bliższych i dalszych znajomych, i już po miesiącu znaleźliśmy.

To był dom typu bliźniak, w którym mieszkali dwaj bracia z rodzinami. Obaj byli wozakami.

I obaj nieźle pociągali, z tym, że młodszy brat mniej.  Ja miałam mieszkać u starszego. Różnice między braćmi było widać gołym okiem. Część młodszego brata była ogrodzona i zadbana, podwórko zawsze czyste, część gospodarcza spora, aby zmieściła się stajnia dla konia i kurnik. W domu schludnie, i co najważniejsze, była kanalizacja.  Od razu było widać, że młodsza pani M. potrafi jakoś dopilnować swego męża, aby nie chodził wiecznie „nabumbany”, tak, jak jego starszy brat. Młodszy woził węgiel, starszy w ogromnej „kaście” wodę na budowy. Gdy  za dużo wypił, koń bez kłopotu ciągnął wóz do domu. Jego żona była wiecznie zapracowana sprzątaniem i praniem po ludziach, nie bardzo jej się chciało utrzymywać porządek w domu. Dzieci chodziły brudne i zasmarkane, czasami z glutem do pasa biegały zimą do wychodka, i nigdy im nic nie było, żadnego kataru czy kaszlu.

Część starszego brata nie miała ogrodzenia, bieda rodziny wychodziła z każdego kąta, nie było kanalizacji, a za potrzebą trzeba było chodzić do „sławojki”.  Cała rodzina, czyli małżonkowie i trójka dzieci gnieździli się w jednym pokoju i kuchni, bo mały pokoik zajmował szwagier. Natomiast na piętrze był gotowy tylko jeden pokój, dość duży, miał około 39 m.kw. i był wynajmowany. Akurat poprzedni lokatorzy wyprowadzali się do bloku, i miałam szczęście, że nikt mnie nie ubiegł. Oczywiście zamieszkałam sama, bo wtedy o wspólnym mieszkaniu bez ślubu, można byłoby tylko pomarzyć.

Zaczęło się urządzanie naszego gniazdka.

Chłopak z kolegami pomalowali ściany, odnowili okna i drzwi. Potem zajęliśmy się poszukiwaniem mebli. Udało nam się kupić całkiem niezły komplet: wersalka, szafa trzydrzwiowa, pomocnik, stół, 6 krzeseł, rozciągana ława i dwa fotele. Dodatkowo dokupiłam dwa stoliki. Jeden służył za podstawę pod miednicę w części łaziennej,  a drugi stolik był blatem kuchennym, na którym stała dwupalnikowa maszynka. Stolik ten był u dołu osłonięty kotarką,  aby nie było widać garnków i naczyń tam położonych. Oba stoliki stały w wydzielonej części pokoju, osłoniętej płócienną kotarą, która rozciągnięta była na metalowym stelażu. Dywanu nie było, bo już zabrakło kasy, ale kupiłam dwa chodniczki, i jakoś to wszystko wyglądało. Oczywiście, sukcesywnie dokupywaliśmy różne rzeczy, aby to miejsce ocieplić. Wszystko wspólnie A to lustro, a to jakiś obrazek, pościel, ręcznik, serwetkę, obrus. Dosłownie dorabialiśmy się wszystkiego od przysłowiowej igły.

Największym problemem dla mnie na samym początku mieszkania w nowym miejscu, było rozpalanie w piecu kaflowym. Bosz, ile to trwało, zanim opanowałam tajniki szybkiego rozpalania. Oczywiście musiałam też pamiętać o kupieniu opału. Na całe szczęście, gospodarze odstąpili mi kawałek piwnicy, gdzie mogłam składować węgiel i drewno. Gdy po pierwszym sezonie zimowym okazało się, że jakoś dziwnie mi ubywa opału, w następnym roku zmajstrowaliśmy drewniane przepierzenie, które zamykałam na kłódkę.

W międzyczasie, gospodarze znaleźli młode małżeństwo, które z reszty piętra, na którym mieszkaliśmy zbudowali sobie pokoik z ciemną kuchenką. Miałam więc sąsiadów.

Po roku czasu mój Chłopak został Ślubnym i zaczęliśmy dosłownie wspólne życie, o czym cdn.

poniedziałek, 25 stycznia 2010
Tadam !!!!!

Każdy człowiek, raz na jakiś czas, lubi być doceniony. Ja też! I chociaż specjalnie nie przywiązuję wagi do statystyk, okazało się, że od ubiegłego roku (na 100 blogów znalazłam się na 63 miejscu w ilości komentarzy) poprawiło mi się w tym względzie o 20 miejsc.

To znaczy, że ta moja pisaninka, taka sobie, zupełnie zwyczajna, ma swoich czytelników. Nawet stałych!

I za to wszystkim chcę serdecznie podziękować!

Bo jest tyle blogów, prawie póltora miliona. Tyle ludzi tak pięknie pisze. Czasami, jak tak sobie chodze po blogowisku i czytam, to najnormalniej w świecie, zazdroszczę. Tej składni, stylistyki, pięknego języka, cudownych metafor, przemysleń.

Tym bardziej doceniam, co mam!

10.000 - sięcznym komentarzem powitała mnie wczoraj 54IRA!

Nowe 10.000. które mam nadzieję w przyszłości podliczyć, zaczęła AKSENI !

Dziękuję więc wszystkim!

Zawsze będziecie moimi przemiłymi gośćmi, niezależnie od tego, czy komentujecie, czy też macie ochotę tylko pomilczeć!

sobota, 23 stycznia 2010
Hu,hu,ha!!! Hu,hu,ha!!!! Nasza zima...

Zła?

Nie, nie, nie zła, tylko najbardziej normalna w naszej części Europy! Z dawnych lat dziecinnych pamiętam dokładnie takie same zimy, które nie od przypadku, ale co rok, nawiedzały naszą siermiężną wtedy rzeczywistość. Ile było frajdy na śniegu. Te sanny z "górki na pazurki"! Te boje na śnieżki z chłopakami! Przychodziło się do domu zupełnie mokrym, ale przeszczęśliwym i radosnym! Albo łyżwowanie. Kto teraz pamięta te łyżwy na "motylki", które trzeba było najpierw w obcas wcisnąć. A obcas miał taką specjalnie zrobioną dziurkę, do tego przymocowany przez szewca kawałek blachy z odpowiednim otworkiem, do którego dopiero trzeba było łyżwę wpasować. Na dodatek te łyżwy musiały być do butów przytroczone paskami lub rzemieniami, bo inaczej nie szło jeździć! Ech, łza się w oku kręci!

A teraz? Zima z mrozami, której dawno nie było, to kataklizm. Wychodzi człowiek sobie po zakupy, i kombinuje: dwa do tyłu, trzy do przodu, na tej śniegowej bryji, pod którą lodu cała masa. Samochodem na parkingu przyosiedlowym ciężko wjechać, bo całe zwały śniegu na poboczach, porozjeżdżane "muldy". Szok! Ale za to jak fajnie sobie iść na mały spacerek. Wróciłam akuratnie z takowego. Oczywiście, trochę to trwało, zanim się doń przygotowałam. Bo to i krem i podkład odpowiedni, ciepłe skarpety, sweterek dodatkowy, czapusia, szaliczek. I już nam zima nie jest zła. Poszczypie po policzkach, świeże, mroźne powietrze czuje się w płucach, słoneczko zimowe popieści!

Zakupy zrobione! Jeszcze 2 godziny i Wnuczęta przychodzą na imprezę. W końcu trzeba docenić ich trud w świętowanie Dnia Babci i Dziadka. Zaraz się biorę za zrobienie surówki z białej kapusty.Robię ją w pierwszej kolejności, bo wpierw poszatkowana kapustka musi byc dobrze ugnieciona z solą, aby nie była twarda, dopiero później dodaje się resztę ingrediencji. No, i kotlety plaskate trza uformować, a potem usmażyć. Sałatę umyć. Sos majonezowo-keczupowy zrobić. Bo buły juz czekają, takie specjalne, z sezamowym ziarnem po wierzchu.

To już wiadomo, co będzie! Hamburgery! I Mc Donald może się przy nich schować!

czwartek, 21 stycznia 2010
Świętowanie !

Już przed południem niespodziewajka! Przyszedł Wnuk. Znalazł czas przed pójściem do szkoły. Do życzeń dołączył dwa czekoladowe serca.

Poczęstowałam go herbatką z miodem i cytryną, pogadalismy troszeczkę o jego planach co do wyboru szkoły, aktualnych ocenach, jego fotoblogu. I zaprosiłam na sobotę, na wspólne świętowanie naszego Święta ze swoją siostrą i kuzynką.

W południe przyjechał Ślubny, zwolnił się z pracy, aby razem ze mną pójść do przedszkola najmłodszej Wnusi.

Tam czekała na Babcie i dziadków pięknie udekorowana sala.

Przy pięknie udekorowanych stołach jedliśmy ciasto, pilismy pyszną kawkę i oglądaliśmy występy Wnuków i Wnuczek. Było głośno i wesoło. Na koniec każdy z seniorów od swojej Wnusi lub Wnusia otrzymał piękną laurkę i papierową różę.

środa, 20 stycznia 2010
Zgryz !!!

Synek miał sprawę do załatwienia, Synowa w pracy, na dwie godziny najmłodsza Wnusia została przywieziona do nas.

Dość szybko znudziła się bajkami, potem kilka gier wykonała z serii "fryzjer", w końcu zapytała, czy może zobaczyć, co mam w szafie.

Zgodziłam się.

Mała odsunęła drzwi szafy. Patrzę! Zmarszczyła nosek, kręci głową, przesuwa wieszaki, mruczy coś pod nosem. W końcu, prawie z rozpaczą pyta:

- No, w co Ty się Babciu na jutro na imrezę do mnie ubierzesz?

Właśnie! W co?

Bo zapomniałam Wam powiedzieć, że już wczoraj Wnusia osobiście do nas zadzwoniła i zaprosiła na imprezę przedszkolną,  z okazji Dnia Babci i Dziadka.

wtorek, 19 stycznia 2010
Niebieskie migdały

Razem ze Ślubnym lubimy budyń. Gotuje go najczęściej wtedy, gdy na obiad jest sama zupa, wprawdzie zawiesista i pożywna, ale jakiś deser do tego byłby wskazany.

To ugotowałam. Czekoladowy.

Nie nadawał się do jedzenia!

Słony jak zaraza!

Fuj!

O czym ja myślałam?

niedziela, 17 stycznia 2010
Zimowe jezioro!

Dzisiaj strasznie wieje. Tumany białego pyłu unoszą się wysoko w górę. Ale wczoraj było pieknie. Wprawdzie mroźno, ale slonecznie. Ze Ślubnym wybraliśmy się na wycieczkę nad nasze jezioro.

Zimą jezioro jest zupełnie inne. Połyskująca, czysta woda jeziora zastyga w lodowym granicie, pokrytym warstwą cukrowego pyłu. Letni warkot silników na wodzie i odgłosy roześmianych kąpiących zastąpiła głęboka, stumiona śniegiem cisza, a idąca od głowy woń ciepłego wieczoru, zielonego lasu i dymiących grillów ustapiła miejsce żywicznym zapachom palonych w kominkach polan.

Ktoś już się przygotowuje do sezonu bojerowego.

A na naszej nadjeziornej działce wszystko otulone gruba pierzynką. Jedynie czasem przemkną koty,

lub na tarasie pobiegają ptaki.

piątek, 15 stycznia 2010
Znalezione!

Zawsze pod koniec roku przez kraj przetaczają się konkursy ortograficzne. Odbywają sie w szkołach, gminach, wyłania się powiatowego, lokalnego, małego i dużego mistrza, dyktanda ortograficzne piszą politycy i aktorzy.

A ja zapraszam do ponizszego tekstu, który znalazłam w pewnej gazecie, ukazującej się w Niemczech.

"OKRYDCIE - TKYLO MDĄRZY LDUDZIE MOGOĄ TO PRZCZYTEAĆ.

Nie moagłm ueiwrzyć, że waśłciiwe młgoam zozureimć co cztyam.

Fenoemen słiy lukidzego mógzu.

Weułdg odykcira na Uinerwtesycie Cmabrigde, nie wżane w jaiekj kleojonści ułżoone są lietry w wryazie. Najawżnjszeią rzczeą jset żbey peirtwsza i otsanita letria błya na waśłciywm meijcsu.

Rszeta mżoe być uożołna gdizeklowiek a i tak wcąiż mżemoy to bez porbelmu perzytczać. Dzejie sie tak daltgeo bo ldzuki mzóg nie cztya kadeżj poejdnczyej ltiery, ale słwoa jkao cłaśoć. Nieiasmowtie? tak.... "

Jak zwasze mśylaałm, że otrogarfia jset wżana...!

:-))))))

 

środa, 13 stycznia 2010
Nasze "ZŁOTE DZIECI"

 

W dzisiejszej Polityce przeczytałam obszerny raport o pracy dzieci.

Dla większości nastolatków, nie tylko w przedziale wiekowym 11-14 lat, ale też  dla 15-18 latków, kieszonkowe, które dostają od Rodziców jest niewystarczające.  Jak sobie więc radzą, aby zasilić swój budżet? Róznie.

„Handlują w Internecie ciuchami, wypracowaniami i postaciami z gier komputerowych. Niektórzy dilują lub uprawiają prostytucję. Nastolatki chcą bowiem zarabiać  pieniądze. Jeśli nie mogą tego robić oficjalnie, coraz łatwiej znajdują nie całkiem legalne sposoby”. Dzieje się to prawdopodobnie dlatego, że u nas, w odróżnieniu od np. USA, gdzie już kilkulatki SA wdrażane do prostych prac ( sprzedaż własnoręcznie upieczonych ciasteczek, opieka jako babysitter ), nasze dzieci praktycznie nie mają wielkiego wyboru. Legalnie wolno pracować 16-latkom, młodszym pozostaje jedynie praca dla podmiotów prowadzących działalność kulturalną, artystyczną lub sportową. Jest to jednak margines, bo prawo jest tak skonstruowane, że od potencjalnego pracodawcy wymaga się całej fury formalności, z zezwoleniem PIP włącznie. Pozostaje drobna pomoc dobrosąsiedzka za niewielkie pieniądze ( wyprowadzanie psa ), roznoszenie ulotek, układanie towarów na półkach sklepowych, zbiory owoców i innych płodów rolnych, czy też korzystanie z ofert Internetu przy wysyłaniu e-maili lub klikając w reklamy. Jednak bardzo łatwo o pułapki nastawiane przez różnych naciągaczy, bo prace te odbywają się zwykle na czarno.

Coraz częściej nastolatki szukają alternatywnych sposobów zarabiania. Nastolatki powszechnie produkują i sprzedają pirackie programy i nagrania. Ogromne powodzenie ma handlowanie na aukcjach internetowych, gdzie wszelkiego typu obostrzenia wiekowe młodzież bardzo sprytnie obchodzi. Nie wspomnę już o prostytucji w galeriach handlowych, o czym mówił niedawno nakręcony film „Galerianki”. Być może jest to jakiś margines, tym niemniej pokazuje, jak silne jest zapotrzebowanie młodzieży na to, aby samemu zarabiać na swoje potrzeby, któremu nie są w stanie sprostać rodzice.

Sęk w tym, że zgodnie z badaniami CBOS, 90% rodziców jest przeciwna jakiejkolwiek pracy uczniów szkół podstawowych, 64% - gimnazjalistów, a 16% - uczniów szkół średnich.

I tu zupełnie nie rozumiem dlaczego. O pozytywnych aspektach pracy w systemie wychowawczym chyba nie trzeba nikogo przekonywać. Ja sama przez wszystkie wakacje szkoły średniej, zawsze jeden miesiąc pracowałam. Na swoje potrzeby, których nie mogli mi zapewnić rodzice. I chociaż to było parę dziesiątek lat temu, pamiętam pracę przy remanentach, jako pomoc kuchenna na koloniach, czy jako higienistka na obozie. Mogłam sobie za własne pieniądze kupić jakiś modny ciuszek, co zawsze napełniało mnie ogromna radością. Teraz obserwuję mojego Wnuka. Wyrósł już ze sprzedawania gazet, był na etapie zbierania truskawek, wiśni i jabłek. A teraz klops. Dopiero za rok będzie mógł znaleźć legalna pracę, aby samemu zarobić na swoje zachcianki. Ani ja, ani Córka, nie chciałybyśmy aby „gospodarcza” działalność Młodego odbywała się na granicy prawa. Niestety, tak jest i w przypadku aukcji na serwisach aukcyjnych, czy w przypadku handlowania wypracowaniami lub zadaniami matematycznymi. Wolałybyśmy, aby Młody nie uczył się, że aby zarobić, trzeba oszukiwać. Bo gdy młodzi ludzie nauczą się, że można działać na granicy prawa, kto przymusi ich do uczciwej pracy?

poniedziałek, 11 stycznia 2010
Nieznajomość realiów i apopleksja!

Wstałam skoro świt. O 7-ej! Ślubny musiał razem ze mną, bo kto mnie zawiezie do szpitala, a konkretnie do poradni ortopedycznej, jak nie ON? Przecież każdy wie, że ON jest niereformowalny, a ja się czasami zaprę tak, iż " ani mucha nie po-...a"! Czyli, jeśli uważa, że można bez opon zimowych, to ja , prosze bardzo, ale za kierownicę nie siadam. Mogę ewentualnie taksówką, albo wtedy, gdy moje osobiste szczęście siędzie i pilnuje drogi!

Dopilnował i dowiózł. Umówilismy się, że dam znak, kiedy ma po mnie przyjechać

To, i poszłam! Na pieterko! Patrzę! Ludzisków całkiem sporo przed gabinetem, ale jak się później okazało, to co trzeci był ku pomocy. Najbliższemu! Zasiadłam na krzesełku, które mi jakiś młodzian użyczył. I jakoś mi się tak skuczno zrobiło. No, bo jak tak? Ja, baba w sile wieku, ino z niezbyt klekoczącym kolanem? Kaleka jaka, cy cóś? Trzeba miejsca ustępować? Ale młodzian zęby szczerzy, to ja nie będę oponować przeciez.

Wiec siedzę, jak ta mysza pod mietłą, i obserwuję. A było co, bo akurat i pan Doktor się zjawił, w gabinety prosi pierwszego pacjenta. Zza węgla wyłania się jakiś "ktoś" sugerując kolejce, że on to pierwszy jest. Kolejka pomruczała, ale pozwoliła "onemu" wejść do tej krynicy wiedzy medycznej. Ale następny raz już nikt nie dał się zwieść. Napatoczył się gość w sile wieku, i dawaj, chce drzwi forsować.

OOOOO! To już kolejka się nie dała! I dawaj, uskuteczniać gostkowi lekcje, jakie należy znać, gdy się do specjalisty w kolejce znajdziesz. Nie ważne jest to, na jaką godzinę jesteś zapisany - masz przyjść w ogonek i pilnować, aby nikt przed tobą sie nie dostał do doktora. Bo kolejka jest najważniejsza! W kolejce wszystko idzie sprawniej. A przecież można się różnych rzeczy spodziewać. Na ten przykład, może lekarz przyjść o godzinę lub dwie później. Albo jest kilkunastu pacjentów, prywatnych, od pana doktora z prywatnej przychodni ( tu zmniejszyłam sie do kwadratu ), i doktor ich przyjmuje, bo wcześniej zapłacili za przyjemność z nim obcowania. Z pogotowia pacjentów na wózkach przywiozą. Z oddziału też, ale na łóżkach. I co panie niedowiarku? Udawadniający nam, że jesteś lepszy, bo z pracy wziąłeś przepustkę? To nie ma znaczenia, że produkcja, lub biurko na ciebie czeka.  Musisz odstać swoje, nie ma "to tamto" ! Myślisz, że dla nas to przyjemność wysiadywać przed gabinetem lekarskim?

Tak tłumaczono niereformowalnemu panu, że swoją karteczkę z recepcji, z godziną wejścia, może sobie spokojnie zjeść na drugie śniadanie.

Ja czekałam tylko dwie godziny. Dostałam skierowanie na lasery i wirówki. Na zabiegach też kolejka, ale w miarę. Zaczynam z początkiem lutego. Do tej pory będę już po okładach z kapusty! Są rewelacyjne. Dopiero trzeci dzień stosuję, a już mnie kolanko nie boli!!!

Swoją drogą! Pomyślałam sobie, że narowisty gość z poradni był z czasów głębokiej komuny. Myślał, że skoro jest nowe, to również służby zdrowia dotyczy! I się przejechał! Kolejki i prawa nimi rządzące, w słuzbie zdrowia mają się nadal dobrze.

I nie dziwota, że gościa apopleksja prawie trafiła.

 

 

 
1 , 2
Archiwum