Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
czwartek, 31 stycznia 2008

Na słodkości zapraszam!

Akurat skończyłam piec pączki!

Są jeszcze ciepłe!

Zrobiłam sobie do tych pączków cappuccino, ale nie lubię pić kawki sama.

Zapraszam! Na kawę! Na herbatkę! Na pączusie!

I teraz do kompletu proponuję przepyszne faworki, produkcji mojej Córci!

Częstujcie się, proszę!

środa, 30 stycznia 2008

No!

W ramach walki z nerwem Ślubnego, już wczoraj zaszalałam. Jedzeniowo! A co? Zamówiłam sobie pizzę, frytki z sosem czosnkowym, a na dokładkę duży zestaw z baru sałatkowego. I wmłóciłam to wszystko raz-dwa. Oczywiście, że potem długo w noc zasnąć nie mogłam, ale co tam!

Przynajmniej dziś, skoro świt, wyparowałam w ekspresowym tempie z legowiska i zaczęłam swoje tany domowe.

Efektem tego sa umyte okna i mieszkanie wypucowane do imentu! I kto to powiedział, że najgorsza w stresie to praca? U mnie odwrotnie. A jeszcze motywacja dodatkowa, bo dzisiaj właśnie, za niedługo spodziewam się wizytacji na najwyższym szczeblu, czyli Kolęda u mnie dziś!

Bardzo jestem ciekawa, jaki ksiądz będzie. Bo jak młody, to super. Młodzi księża nie wyciągają od razu kartotek, nie przepytują na każdą możliwą okoliczność, i co najważniejsze, nie rozliczają z kartek.

Bo u nas, chyba w jedynej w kraju diecezji, jest przymus spowiadania się przed Wielkanocą na kartki. Potem na kolędzie, zwłaszcza księża starsi wiekiem rozliczaja delikwentów, czyli swoich parafian z nieoddanych kartek. A my ze Ślubnym jesteśmy oporni, bo nie pobieramy kartek z biura parafialnego. Uważamy bowiem, że reglamentacja już dawno się skończyła. I to sprawą naszego sumienia jest uczestnictwo w corocznej spowiedzi; do tego nam ta kartkowa biurokracja nie jest potrzebna. Tylko, że potem każda Kolęda to dla nas jakby loteria jest. Będzie się trzeba tłumaczyć, czy nie?

Ano zobaczymy!

I po!/godz.18/

Ksiądz młody!

Sympatycznie nam się gadało!

I tak ma być!

amen!

wtorek, 29 stycznia 2008

Telefon

Przyszedł dziś rachunek za grudzień.

Ślubny się wściekł.

No, i dobry nastrój ulotnił mi się jak bańka mydlana!

Niech to jaśnista z ogonkiem !!!!!!

poniedziałek, 28 stycznia 2008

Kop poczwórny!!!

"Morza szum, ptaków śpiew, dzika plaża posród drzew!

 Wszystko to w tamte dni przypomina Ciebie mi, przypomina Ciebie mi!"

Tak, dokładnie tak miałam ochotę zanucić, kiedy Piotrusiowa odebrała mnie z dworca gdańskiego, i jadąc w kierunku Gdyni, w pewnym momencie zrobiła lekki ruch kierownicą. Samochód skręcił w prawo i zaczął się toczyć w dół, by po chwili zatrzymać się tuż koło plaży, nad samym morzem w Orłowie.

Pogoda była w ubiegły piątek, jak na moje zamówienie. Lekko zachmurzone niebo, prześwitujące spoza chmurek słońce, nawet wiatru dużego nie było! Spacerowałam po piasku i kamieniach w strone klifu, wsłuchiwałam się w szum morza, podziwiałam srebrne refleksy słońca unoszące się na falach.

I właśnie, ten wspólny spacer z "pokrewną duszą", bez słów, tylko w towarzystwie szumu morza i głosów mew, był pierwszym, najważniejszym kopem energetycznym tej podróży!

O następny kop zadbała moja niezrównana Koleżanka. Wyszła z założenia, że najlepiej stawia na nogi człowieka porządna praca. I zasugerowała delikatnie ( sic! ) lepienie pierogów. Przerobiłam prawie 3 kg mąki na te pierogi. Oczywiście, dużo czasu zabrało w tym przygotowanie różnorodnych farszy. Były więc pierogi ruskie, z twarogiem, z pieczarkami, z mięsem, z kapustą i grzybami. Nie żałuję jednak tego czasu! Podziwianie później wniebowziętych smakiem gąb Piotrusiowej i jej córki, było nie mniej energetyczne, jak moje zachwyty nad morzem.

Trzeci kop, to telefoniczne gadanie z naszą wspólną "brukselką" Gosią60, a czwarty to zupełnie normalne podłożenie się pod kolano Piotrusiowej z moją własną częścią tylną - niewymowną! Hi,hi,hi!

Nie przeszkodziła nam w tym wszystkim ani wichura, szalejąca nad Wybrzeżem, ani śnieg oraz deszcz!

Wróciłam do domu z akumulatorami naładowanymi na full!

piątek, 25 stycznia 2008

Jadę!!!

Za godzinę mam pociąg do Gdyni! Jadę!!! Liczę na taką jedną Wspaniałą "Wariatkę", i na jej kopa!

Wrócę w niedzielę!

Pa,pa,pa!

czwartek, 24 stycznia 2008

"Snuj"

Snuj to taki stwór, co się snuje. Na przykład tak, ja ja, po domu. I nic nie robi. Bo mu sie nie chce.

Nie, skrzydełka nie opadły. Chciałyby sobie pofruwać tu i tam. Ale ześlimaczały! Normalnie mam wrażenie, że się "pruję w szwach", że wszystko ciągnie się jak "flaki w oleju"!

Stan ten mnie trzyma od powrotu z Niemiec. Dodatkowo umocnił go mój Ślubny, który przez pierwszy tydzień to prawie pyłki mi spod nóg usuwał. A skakał nade mną, a pyszności do dziubka przynosił. A jaki milutki! Rozumiem, że się ucieszył, bo żona wróciła cała. Na dodatek do wspólnego kopczyka coś dowiozła. Ale przedobrzył. I wcale mu się nie dziwię, że trochę był podkurzony ostatnio. Bo ja sobie leniwie w klawiaturkę stukałam, a On stertę swoich koszul i spodni prasuje. Po obiedzie wszystko pomyje i poukłada, a ja myk na kanapę. Wieczorem ja sobie książkę czytam, a On sobie robi śniadanie do pracy. Wprawdzie mąż, w dodatku własny, to nie figurka z porcelany, ale....!

A może mi się priorytety małżeńskie pozmieniały?

Wiem jedno. Potrzebuje porządnego energetycznego kopa! I chyba wiem, co zrobię!

wtorek, 22 stycznia 2008

ZIMA???

Jak wstałam rano, i zobaczyłam za oknem śnieżny krajobraz, to aż poskoczyłam z radości do góry. Nareszcie śnieg! Zima! Ale fajnie.

Niestety, moja radość trwała krótko. Powoli wszystko się roztapia.

I przypomniały mi się moje zimy z dzieciństwa, pełne śniegu aż do wiosny. Kiedy każde jeziorko, czy większa sadzawka były przejeżdżone wszerz i wzdłuż na łyżwach, a wzniesienia polne i parkowe służyły do szusowania na nartach. Wspaniałe zabawy na śniegu w robienie "orła", lepienie bałwanów, bitwy na śniegowe kule! Te szaleństwa na sankach, te kuligi, z nieodłącznym ogniskiem i pieczeniem kiełbasek na koniec! A zima 100-lecia? To dopiero było! A koniec lat 70-tych, gdy najważniejszym komunikatem był ten o stopniach zasilania!

Moje Wnuki to niedługo łyżwy i sanki będą chyba oglądać w muzeum!

poniedziałek, 21 stycznia 2008

Podwójne świętowanie!

Ufff! Ciutek jestem zmęczona! Jak szybko idzie się odzwyczaić od organizowania imprez rodzinnych. Ale udało się wszystko.

Wczoraj obiad dla całej rodzinki. W ten sposób chciałam jakby wynagrodzić wszystkim to, że nie było mnie w Święta. Zaczęłam od pizzy, ale mojego wykonania, czyli na grubym cieście, za czym wszyscy u mnie przepadają. Potem kurczak po duńsku a`la kaczka. Na koniec lody z gorącym sosem bananowym. Pychotka!

A dziś, kiedy przyszły Wnuki, zajadaliśmy sie bezami i kruchymi ciasteczkami ozdobionymi wiśniami z konfitury i suto polukrowanymi.

Dostaliśmy ze Ślubnym przepiękne laurki. Każda inna, i każda własnoręcznie wykonana przez nasze Wnuki. Najbardziej cieszy nas to, że do wcale pokaźnego stosiku różnych życzeń, które zbieram skrzętnie, dołączyła pierwsza praca mojej najmłodszej Wnusi.

Jeszcze trochę i trzeba będzie 3 segregatory założyć. Za kilkadziesiąt lat, dorosłe już Wnuki, napewno z rozrzewnieniem będą spoglądać na swoje dzieła!

niedziela, 20 stycznia 2008

Duże dzieci, czy cóś???

    Lekuchno zmęczona bojami w kuchni przed zbliżającym się Dniem Babci, a później Dniem Dziadka, zapadłam w fotelu prosząc Ślubnego o jakowyś rozweselający program w telewizorni. Bo to: i kości człeka bolą, i żołądek się buntuje, doprawiany co chwilę nowymi smacznościami, które musiałam smakować. W końcu przyjdą Dzieciska, a co najwżniejsze Wnuki! Nie ma prawa być żadnego blamażu!

I co moje Ślubne szczęście mi serwuje? Kto zgadnie?

Ni mniej, ni więcej, tylko Dobranockę!

Pomyślałam sobie: co jest? Chce mnie mój ululać, a sam iść wpieriod??? Ale zerkam na ekran telewizora, a tam....

Pluto - junior. Kreskówka w konwencji Disneya! Ludzie!!!!!!!!! Co za hicior!!!!

Już dawno tak się nie uśmiałam, dokumentnie byłam "podojona" ( to wyrażenie moich Dziecków z lat dawnych ). I nie tylko ja, mój Ślubny to płakał ze śmiechu! I wcale się mu nie dziwię!

I teraz nie wiem. Czy razem z moją lepszejszą połową jesteśmy już takimi staruszkami, że nas bawi to, co bawi nasze Wnuki, czyli zdziecinnieliśmy? Czy też powinniśmy się cieszyć, że ciągle w nas tkwi radość Dziecka? 

sobota, 19 stycznia 2008

RESUME!

Decyzja o wyjeździe do Niemiec, do opieki nad starszą osobą, dla mnie samej była niespodzianką. Bardzo długo opierałam się namowom mojej koleżanki. Ale jak to w życiu bywa, czasami do niektórych decyzji trzeba długo dojrzewać. I pewnie, gdyby nie niechęć mojego Ślubnego do kredytów, kto wie, co by było.Postanowiłam zatem spróbować. Nie powiem, że się nie bałam. Przede wszystkim nie znałam języka. W chwili wyjazdu byłam dopiero po 10 lekcjach kursu, zatem znajomość niemieckiego prawie żadna.

Wiadomo jednak nie od dziś, że jako "prawidłowa waryjatka", rzucę się w głęboką wodę. I albo wypłynę, albo się uda! Udało się! Prawie natychmiast zostałam zaakceptowana przez Babcię i jej Rodzinę. Okazało się też, że pielęgnacji prawie nie będzie, jedynie mam być osobą towarzyszącą, bo starsza pani jest wiekowa, ma lekki niedowład lewej ręki, no i kuleje ( pamiątka z czasów II w. św.), a poza tym boi się być sama w domu, zwłaszcza w nocy. Czyli miałam robić dokładnie to, co w domu.

Babcia nie chciała się przekonać do kuchni polskiej. Ma swoje przyzwyczajenia ( np. godzinami moczyła wszystkie warzywa - bo chemia ), dziwne dla mnie czasami, ale cóż. W jej wieku nie wiadomo, jak mi odbije. Cierpliwie więc dostosowywałam się do różnych "inności". Nie powiem, że mnie czasami szlag nie trafiał, ale starałam się trzymać nerwy na wodzy. Babka jednak mnie rozszyfrowała i stwierdziła, że mam wybuchowy charakter, co poniekąd zgadza się z prawdą. Ale powolutku, metodą małych kroczków udawało mi się przemycać do jadłospisu nasze jedzonko.

Sprzątałam 2 razy w tygodniu, prałam raz. Prasować nie musiałam ( jedynie pościel ), bo z suszarki wystarczyło tylko wszystko poskładać i ułożyć do szafy.

Jedyną rozrywką były dla mnie wypady na cotygodniowe zakupy. I, jeśli pogoda dopisywała, samotne spacery po rozległej wiosce. Przeważnie to siedziałam z Babką w salonie, ona oglądała na okragło mecze, ja studiowałam słownik. I tak mijały godziny. Od 20-tej miałam czas tylko dla siebie, ale co tam miałam robić? Nudziłam się więc przeokrutnie. Wiem już, że następnym razem muszę wziąźć sobie jakąś robótkę.

Z każdym tygodniem rozumiałam coraz więcej język, niestety z mówieniem, to porażka. Praktycznie tylko Heidi dbała o konwersacje ze mną. Mówiła głośno, wyraźnie, powoli. Słowa trudne zastępowała prostszymi. I tylko jej zawdzięczam jakiś postęp w mojej nauce. Na Babkę liczyc nie mogłam, bo Ona gada gwarą. Liczę jednak, że z czasem będzie coraz lepiej. W końcu, najlepiej poznawać język u źródła.

Co mi się podobało? Na przykład to, że na ulicy wszyscy się pozdrawiają, nawet, kiedy nie znają osoby. Bardzo często zagadywano mnie przyjaźnie i nieźle musiałam się wtedy językowo gimnastykować.Lubiłam ogladać wystroje okien - pod tym względem niemieckie panie domu są niezrównane.W ogrodach podobało mi się, zwłaszcza w odniesieniu do iglaków, zastąpienie zwykle używanej przez nas kory, białymi kamieniami różnej wielkości. Efekt dekoracyjny wspaniały i pewnie zastosuję ten pomysł u siebie na działce nadjeziornej.

Natomiast dla mnie, Polki, zupełnie niezrozumiałe jest traktowanie przez dzieci starych rodziców. Dla nas zupełnie niemożliwym byłoby pozostawienie starego Ojca czy Matki, na Święta samemu, albo oddania go do domu starców na ten czas. A taką sytuację miałaby moja Babcia.,gdybym nie zgodziła się pozostać dłużej, niż to zaplanowałam. Gdy poinformowałam babkę o moim pozostaniu, rozpłakała się z radości i serdecznie mnie wyściskała. Słowo daję, że też się wzruszyłam, ale zrobiło mi się starowinki naprawdę żal.

Z moją zmienniczką ustaliłyśmy, że będziemy wymieniać się przy Babci co 6 tygodni. To jednak optymalny okres, bo dłuższy pobyt jest już okupiony większym stresem. Oczywiste jest bowiem, że bedę jeździła do Niemiec dalej, i to właśnie tam, gdzie byłam ostatnio. Pewnie w innym miejscu może zarobiłabym więcej. Ale ja wyznaję zasadę, że lepiej jeść spokojnie małą łyżeczką, niż zakrztusić się przy dużej. Dla mnie bardzo ważne w Kreuzau było to, że nie miałam tam językowego stresu. Nie jestem młódką i szybka nauka języka nie wchodzi w grę. Nie mam też ciężkiej pracy, a nie wiadomo, czy gdzie indziej nie byłoby ciężej i znacznie gorzej. Nasłuchałam się opowieści mrożących krew w żyłach od dziewczyn, w czasie jazdy tam i z powrotem. Zdaję sobie z tego sprawę, że naprawdę trafiłam dobrze. Po raz kolejny mam - było, nie było - szczęście.

 
1 , 2 , 3
Archiwum