Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
wtorek, 04 grudnia 2018
A, takie tam...

Minął listopad. Miesiąc, który najchętniej wymazałabym z kalendarza. Ale się nie da, niestety. Jak co roku, zaraz za nim grudzień wkroczył, i  trzeba się zmierzyć z  faktem, że będą Święta. I raczej już nie mogę przed nimi uciec nad morze, jak to zrobiłam w ubiegłym roku. Na całe szczęście, ścibolenie szydełkowe uspokaja myślenie, co oczywiście wykorzystuję skrzętnie, i już od października trwa produkcja.

Kartki świąteczne z zawieszkami w kształcie dzwonków powędrowały już w świat w ubiegłym tygodniu.  Udało mi się też zrobić niezłą niespodziankę Córce-Wiewiórce, która na ubiegłotygodniowe Urodziny dostała ode mnie Gwiazdora i komplet łapek kuchennych. To pierwsze , to miała być podkładka pod garnek lub półmiski, ale Dziecię orzekło, że szkoda, lepiej niech sobie dziadek na honorowym miejscu spocznie, czyli na stole! Nie dyskutuję, jej upominek, jej wola! :-))) Mnie w tej chwili zajmuje co innego, a mianowicie produkcja koszulek na bombki z przezroczystego plastiku, a w kolejce do wykonania czekają jeszcze dzwonki 3D, co je zamówiły moje Dziewczyny.

Święta zaś u Córki. Wspólne, dla trzech Rodzin, znaczy się jej Rodzina, jej Teściowie, Rodzina Synka-Muminka i ja. Odpada mi więc praktycznie wszystko, co z tym związane, bo mam jedynie przygotować kotleciki grzybowe. No i piernik ma być, staropolski of course. Zaraz po powrocie z sanatorium nastawiłam ciasto, niech dojrzewa w garnku glinianym, w zimnie lodówki. Pierwsze Święto też u Córki, Drugie jak zwykle – piżamowe.

No i fajnie, lajcik taki, którego Wam Wszystkim życzę!

czwartek, 08 listopada 2018
Wydreptane po lesie!

 

Dzisiejszy zbiór. Tak ogromnego prawdziwka jeszcze nigdy nie miałam. Trzon i kapelusz ( bez warstwy gąbczastej) zdrowy jak rydz!

Kilka gąsek czeka w zamrażarce na towarzystwo, a podgrzybki się suszą!

Ponownie zbliża się smutny dla mnie czas, więc tylko tyle dzisiaj!

Pozdrawiam!

 

niedziela, 28 października 2018
Hej, jam kuracjuszka...

... w stanie spoczynku, niestety!

Trzy tygodnie minęły, jak z bicza trzasnął. Jedyny mankament to taki, że tym razem trafiło na oporną materię w postaci mojej kończyny, która jak pojechała, tak wróciła w stanie permanentnego bólu. Nawet zdążyłam sie do tego już przyzwyczaić, i wprawdzie nie szalałam mocno turystycznie, ale coś niecoś zobaczyłam. Parę dni były ze mną Dzieci i woziły mnie to tu, to tam, oczywiście poza godzinami zabiegów. No i miałam niesamowitego farta, bo na deptaku kasztanowym spotkałam dawno niewidzianą koleżankę blogową, która z miejsca zaproponowała wspólne zwiedzanie okolic bliższych i dalszych. Trudno nie skorzystać, bo jakby nie było, autko, które dowiezie i odwiezie, to akurat dobry wynalazek dla takiej kuternogi, jak ja. 

Rynek w Dusznikach Zdroju 

 

      

                       Międzygórze - wodospad Wilczki                      Wieża zamku w Grodnie

 Podziemia muzeum Włodarz - kompleks Riese

Czechy - Zamek Hradek u Nehanic 

 Hradec Kralowe

 Pałac w Kamieńcu Ząbkowickim

     

                             Kopalnia Złoty Stok                      Czechy - skalne miasto Adrspach

 Austria - Opera w Wiedniu

 Niemcy -  Fragment Pałacu Zwinger w Dreźnie

 Polskie Hogwart, czyli Zamek w Mosznej

 

Na koniec, nie mogłam się powstrzymać, aby tego nie pokazać i zaręczam, że to tylko kropelka. 

Mały wycinek wystawy porcelany w drezdeńskim Zwingerze - nieprawdopodobne cuda!!! 

 

 

wtorek, 02 października 2018
Coś innego

Nie widzę sensu ciągłego biedolenia nad własną, wiecznie obolałą od dwóch miesięcy kończyną dolną!

Zatem?

Wyjście jedno!

Skoro pojutrze, bladym świtem Dziatwa mnie zabiera do sanatorium, gdzie mnie zostawi, a sama będzie zwiedzanko uskuteczniać, to temat zastępczy być musi!

Jak zwykle, padło na Chiny! To proszę uprzejmie! Ciut reminiscencji z Wnukowego podróżowania po Azji i nie tylko!

1. Tajlandia - Bangkok

Świątynia Świtu - WAT arun 

 Świątynia Szmaragdowego Buddy - Wat Pra Kaew

Świątynia złotego Buddy - WAT traimit 

Kachanaburi - wodospady i jeziora

2. Prowincja Shaanxi

Terakotowa armia 

3. Kambodża 

Jedna z wież Angkor Wat

 4. Prowincja Junnan

 Wieże Buddy w mieście Dali

5. Chogqing

Uliczka parasolek

6. Chengdu 

 Zima w pobliskich górach

 

Panda

7. Nowa Zelandia

 

Hobbiton, czyli...... wizyta u Hobbitów!  

Biedny student zarabia na magisterkę! :-)))

To ja macham do wszystkich, którzy tu zaglądają! Nie wiem, czy w najbliższych trzech tygodniach uda mi się coś skrobnąć! Czytałam, że tam gdzie jadę, niekoniecznie jest zasięg, a  ewentualne wifi, uzależnione od miejsca, gdzie się śpi. Jak zwykle, w "praniu się okaże"!

Do miłego zatem! 

czwartek, 06 września 2018
Trzynastka!!!

Wieści z frontu chorobowego sa takie, że po pierwsze- nie mam boreliozy o czym świadczą wyniki na obecność odpowiednich przeciwciał; po drugie -  naczyniowiec orzekł, iż nie mam zakrzepicy, i to są dobre wiadomości; po trzecie - lekarka rodzinna wyśmiała mnie, że sie do neurologa zapisałam, pytając dlaczego nie do okulisty i laryngologa, po czym doradziła psychologa oraz ortopedę!

Dostać się normalnie do poradni ortopedycznej nie sposób, prędzej nogę bym straciła, zatem ....za pieniądze mam wszystko! Tylko dwa dni czekałam na wizytę w prywatnym gabinecie, po czym pan doktor rąbnął mi blokadę, zapisał na rehabilitację, skasował jak za zboże, i teraz również jak za zboże płacę za zabiegi mające spowodować, że noga, a tak po prawdzie kolano, zacznie mnie słuchać. Proszę się jednak nie martwić, że mogę popaść w finansową ruinę, bo okazało się, że na samym początku października wybywam do sanatorium w Dusznikach zdroju, gdzie oczywiście pojadę się rehabilitowac. Oby było śmieszniej, dodam także, że w grudniu będzie powtórka z rozrywki, gdyż ponieważ albowiem mam rehabilitację z kolejki nfz, w której to czekam od stycznia! Wiedziało kolanko, kiedy się zbuntować c`nie? :-))))

Przy okazji moi Drodzy! Dzisiaj zaczynam trzynasty rok blogowania! Wyobrażacie sobie? Mnie jest w to trochę trudno uwierzyć, ale kalendarze się nie mylą! 

Dziękuję, że jesteście!

 Że jeszcze macie do mnie cierpliwość! Wszak ostatnimi czasy trochę się lenię!

Bardzo, bardzo Was wszystkich cenię i lubię mieć świadomość, że gdzieś tam, w nieokreślonej bliższej lub dalszej przestrzeni może się do mnie uśmiechacie!

Zatem ja też przesyłam tony Uśmiechu i oczywiście nieodzowne Ciepłe z Puchatym!

wtorek, 14 sierpnia 2018
Hardkorowy Sierpień!

 

Trafił mi się podwójny hardcor! Na SORze! W naszym miejskim szpitalu!

Ten pierwszy, w poprzedni poniedziałek, to jeszcze do wytrzymania, bo trwał tylko 4 godziny. Zaczął się tym, że wstałam rano z pościeli, a tu? ….. zonk! Noga prawa odmówiła współpracy, a każda próba zrobienia kroku kończyła się świdrującym bólem w okolicach czubka głowy. Nie było rady, trzeba było wezwać pogotowie. Dowieźli mnie tam, gdzie trzeba, lekarka przyjmująca tylko się zdziwiła, dlaczego nie poszłam do rodzinnego, a potem nawet jej brew nie drgnęła, gdy usłyszała, że mnie nie przyjęto, bo okres urlopowy, i moja rodzinna doktorka nie wyrabia się, zastępując dwójkę innych lekarzy!

No, a potem już z górki! Podłączyli gdzie trzeba, podali kroplówki różne, pobrali krew, a po niecałych trzech godzinach orzekli, że wszystko w porządku, wyniki dobre, sugerowali, że może to borelioza, i należy się zgłosić do reumatologa, no  i puścili do domu z zaleceniem brania paracetamolu. Sic!!!!!

Oczywiście noga dalej bolała, i w zasadzie żaden ze środków przeciwbólowych nie pomagał do końca. Szczęśliwie jednak tak się złożyło, że od trzech miesięcy, na środę, miałam zamówiona prywatną wizytę u chirurga naczyniowego ( tak, tak, prywatnie u nas też się człowiek naczeka, ale to chyba ogólnokrajowy standard ), bo uznałam, że czas najwyższy zabrać się za siebie, a na pierwszym planie były moje nóżęta, pełne pajączków, z  prześwitującymi tu i ówdzie żylakami. USG dopplerowskie nie wykazało zakrzepicy, natomiast ewentualną skleroterapię zrobi się w terminie późniejszym, jak będzie chłodniej. Pan Doktor orzekł także, że ta moja przypadłość to prawdopodobnie zbieg kilku czynników, o których tu jednak nie napiszę, bo ….  po co, i przepisał odpowiednie leki. Brałam je 4 dni, gdy przyszedł wczorajszy poniedziałek!

2.30 w nocy. Budzę się pełna niepokoju, czuję rozpieranie w dolnej części klatki piersiowej, które ustępuje po godzinie, ale pojawia się ponownie około godziny 6-tej, z dodatkowym drętwieniem rąk i skokami ciśnienia oraz tętna. To wiadomo, co było dalej. Pogotowie i …. SOR, na którym wylądowałam o godzinie 9-tej.

A SOR u nas nowiutki, nowiuteńki, po kapitalnym remoncie, no prawie tak, jak w tefałenowskim paradokumencie.

Położyli na łóżku, zasunęli zasłonki po bokach, wkłuli w obie ręce wenflony, zrobili EKG, podłączyli pod monitor mierzący ciśnienie i inne sercowe wskaźniki. Czekając na lekarza, który miotał się po sali przy innych pacjentach, popatrywałam tu i tam…

Cała obsada Sali, na której było 8 stanowisk , to dwóch pielęgniarzy. Jeden przede wszystkim od komputera, drugi od wszelkich możliwych zabiegów, wykonywanych na zlecenie lekarza, lub jego asystenta, którym jak się później okazało, był przesympatyczny Ukrainiec, będący na stażu. Obok mnie, po lewej stronie leżał facet w pasach, którego przywieziono w niedzielę, w stanie głębokiej delirki. Żadna placówka go nie chciała, i męczono się z nim już drugi dzień, pojąc jedynie kroplówkami. Po prawej leżał kolejny alkoholik, lekko już otrzeźwiały ( ponoć miał  9 promili we krwi ( !!!!!! ) jak go przywieźli. Nic nie jadł, tylko cały czas pił wodę, aby po chwili blokować jedyną toaletę w celach zwrócenia tego, co wypił, czyli wody, bo alkohol już płynął mu chyba tylko w żyłach! Naprzeciw leżała cichutka babinka, której nie było w ogóle słychać, bo w większości spała. Obok niej babinka po wylewie, z problemami jelitowymi, głośno skarżąca się na to, że nie może się załatwić, nie przyjmując do wiadomości faktu iż ma założonego pampersa i jest cewnikowana. Dalej młoda dziewczyna z bólami brzucha, cicha jakby jej nie było. Następne dwa stanowiska wolne, bez łóżek. Na koniec kobieta, około 50-letnia, z twarzą posiniaczoną i zakrzepłymi zdarciami naskórka, głośno chwaląca się swoją chorobą alkoholową, i swoją głupotą, że dała się pobić w trakcie jakiejś libacji. Ile było stanowisk na sąsiedniej Sali, nie wiem, bo nie było widać z mojej.

Przyszedł lekarz, zbadał mnie, czyli tu postukał, tam popukał, wysłuchał tego, co miałam do powiedzenia, zlecił pobranie krwi, i  tyle. W międzyczasie przywieziono dwie kobiety, jedna z bardzo wysokim ciśnieniem, druga z kolei z ciśnieniem skaczącym co chwilę.  Posadzili na fotelikach, kazali czekać. Dwaj pielęgniarze uwijali się, jak w ukropie, co rusz wzywani to tu , to tam, bo każdy coś chciał, a to wodę podać, a to „nerkę”, a to zmienić pampersa, a to lek, a to zmienić kroplówkę, a to pojechać na rentgena lub usg. Normalny kołowrotek, bo i tego trzeba uspokoić, innego opiertentegoten, bo nie słucha zaleceń. A tu napływają nowi pacjenci z karetek, przyjeżdżających z okolicznych mieścin i wiosek: jęczącą, otyłą, starszą kobietę z padaczką i wysoką temperaturą, okutaną tylko w prześcieradło; starszego mocno pana, nie rozumiejącego, gdzie się znalazł, innego ze złamanym biodrem, który jednak szybko został przekazany na chirurgię; panią z silnym krwotokiem z nosa; staruszka z problemami gastrycznymi. Pani z padaczką i pani z krwotokiem dostały lóżko, panowie foteliki. Zjawiła się też znana mi z widzenia, bardzo niesympatyczna lekarka z oddziału rehabilitacji, która skarżyła się na bóle brzucha i obraziła się śmiertelnie, że też musi siedzieć na foteliku, a gdy lekarz dyżurny stwierdził iż dla niego jest zwykłym pacjentem, który musi poczekać na swoją kolej, wyszła wściekła! No cóż - SOR nie z gumy i chyba wszyscy równi !

Po 15-tej lekarze się zmienili. Nowy zlecił mi usg i rtg. Pielęgniarze uwijali się nadal, niektórzy nieliczni pacjenci zostali przekazani na inne oddziały, ja czekałam na kogoś, kto będzie miał chwilę, aby pojechać ze mną na prześwietlenia. Po godzinie wpadła jakaś pielęgniarka i mnie zabrała. Ledwo wróciłam, znowu pobrali mi krew, bo poprzednie wyniki wyszły dobrze, a lekarz zdecydował, że jeszcze należy oznaczyć troponiny. Zapowiadały się kolejne godziny leżenia i czekania. Zrobił się wieczór, pielęgniarzy zmieniły pielęgniarki, i zrobiło się tak jakby spokojniej. Po chwili jednak alkoholik z prawej strony, wychodząc z toalety po kolejnym wymiotowaniu wody, dostał alkoholowej padaczki, padł na podłogę na nos, zalał się krwią.  Zaraz po tym przywieziono faceta, też pod wpływem, którego musiało przytrzymywać czterech ratowników, zanim udało się go poskromić, pętając pasami.  Dziadek alzheimerowy próbował uciec, babcia cicha pojechała na wewnętrzny, do deliryka z lewej przyjechała w odwiedziny córka ( prześliczna dziewczyna ), jedną z pań od nadciśnienia skierowano na kardiologię, drugą wypuszczono do domu. Ja czekałam, dostając już odcisków na krzyżu i tylnej niewymownej. Dobrze, że Synek po uzgodnieniu z lekarzem dostarczył mi wodę ( wiecie, że na SORze nie wolno pić? ) i kolację, bo odjechałabym z głodu i pragnienia ( podany obiad, prócz galaretki na deser był nie do jedzenia ). A potem babinka od jelit prawie przeniosła się na lepszy świat, zaczęło się jej ratowanie, kolejne godziny mijały, i dopiero około 21 dostałam wypis. Wyniki badań moczu i krwi w normie,  usg i rtg bez zarzutu, sytuacja nieswoista, nadaje się do …..nie wiadomo czego, bo lekarz był skłonny do stwierdzenia, że to co się ze mną dzieje, to najprawdopodobniej efekt opóźnionego stresu, i mam się przygotować na kolejne niespodzianki, a tak w ogóle, to chyba byłoby najlepiej rozpracować problem z psychologiem.

Dziś, po prawie dobrze przespanej nocy, wszystko jak przedtem. Noga boli, lekarstwa mnie usypiają, odwołałam udział w wycieczce w Bieszczady, którą organizuje nasze towarzystwo zumbowe, i zastanawiam się gdzie by tu jeszcze uderzyć. Przychodzi mi ( prócz psychologa of course ) na myśl neurolog, ortopeda i prawdopodobnie jednak zrobić muszę test na boreliozę.

Ale od następnej wizyty na SOR – chroń  mnie Opatrzności Wyższa!

wtorek, 24 lipca 2018
Lenistwo lipcowe!

Nie nadaję się na upały! Jestem wtedy bardziej ślamazarna, jak mucha w smole! Dosłownie i nawet w przenośni!Dobrze, że to tylko końcówka taka, chociaż.....? Jak słyszę prognozy na sierpień, to strach się bać! Afryka dzika prawie się kroi!

Całe szczęście,że początek lipca był taki, jak pamiętam z dawien dawna, bo to i pokropiło u nas, i można było pojechać sobie do lasu na jagody, z czego skrzętnie korzystałam! Bo jakże byłoby nie skorzystać, skoro Wejherowianka wpadła i zaczęła mnie stawiać do pionu. W kwestii jagódek właśnie! To rowerkiem popylałyśmy na jagodowiska . Efekt był taki, że prawie przez tydzień jedzonko było pod znakiem jagód! No i słuszna ilość tych smacznych owoców leśnych została zamknięta w słoikach, a także zamrożona! Na zimę jak znalazł!

Ale czekała mnie rewizyta, którą już dłużej nie mogłam odwlekać. Tom wsiadła w opelka, i fru.... w obie strony zaliczyłam około 700 kaemów, a to też dlatego, że na wiosennym przeglądzie technicznym usłyszałam, iż samochód mój się marnuje!

Parę intensywnych dni spędziłam w miejscu, gdzie się Narew z Bugiem spotyka. Oczywiście, czas bardzo zapełniony nie tylko długimi rozmowami, ale też spacerami w krótkich przerwach między ulewami, które akuratnie przechodziły przez cały kraj!

 

Było też zwiedzanie miasteczka o najdłuższym rynku w Europie, i nawet udało się wdrapać bez zadyszki na trzydziestometrową wieżę,

  

aby później, prawie pod pałacem biskupim, przywitać się na ławeczce z Krzysztofem Klenczonem!

Obowiązkowo wręcz był jeden dzień w stolicy. Głównie muzeum Polin, z którego nie zamieszczam zdjęć, bo uważam, że każdy powinien odwiedzić to miejsce!

Udało się także późnym popołudniem przejść przez szafę w muzeum Domków dla lalek,

 

nawzruszać się do imentu na seansie w Multikinie - grano "Zimną wojnę", a także zadumać się w miejscu śmierci Szarego Człowieka!

Okazało się później, że ze stolicy prawie natychmiast powinnam znaleźć się w Grajdołku, by podnieść na duchu najmłodszego Braciszka, któremu akuratnie świat się zawalił na głowę, i tą głowę trzeba pomóc przestawić na lepsze tory! No i w ramach pogotowia emocjonalnego wpadliśmy do Golubia-Dobrzynia. 

Zaś powrót do własnej rzeczywistości, jak zwykle ostatnio u mnie, zielony! Bujam, wprawdzie krótko po krajowych opłotkach, podziwiając ich piękno, a na własne śmiecioszki brak czasu! Klon ozdobny należy przyciąć, bo niedługo to wielgachne drzewo będę miała, nie mówiąc o koszeniu trawy, i zastanowieniu się, co zrobić z donicami na tarasie. Bo w nich już teraz, po ogromnych ulewach, nędzne resztki pelargonii zostały, których chyba nie da rady uratować!

niedziela, 17 czerwca 2018
Dzień baaardzo Rodzinny!

Tydzień poprzedni zaczął się spokojnie, bo wcześniej tylko wstąpili do mnie Wielkopolanie, a potem dawno nie widziana Mazowszanka! A gdy już wizyty się odbyły, pojechałam sobie w tylko mi znajome miejsca, pełne zapachu poziomek! Nazbierałam 4 pojemniczki po mascarponowym serku! Parę dni spokojności po tym było.

Ale spokój nie na długo, bo skoro świt, pod koniec tygodnia- czyli mniej więcej około 11 - zjechali się młodsze dziecka na śniadanie, aby zaraz potem kibicować pływakom, co tłumnie przybyli nad nasze jezioro. Odbywał się bowiem czwarty triathlon Marbruku. Ludziów jak mrówków, gwar, skwar i jaśnista z ogonkiem, to mało powiedziane. My na całe szczęście, mamy chatkę pod koniec jeziora i możemy w każdej chwili skryć się na naszym spłachetku. Co oczywiście popełnialiśmy z ochotą wielką.

W międzyczaszasie okazało się , że Synek miał cel bardzo szczytny - nie tylko odwiedziny, gdyż umyślił tujowy żywopłot ogarnąć, by nie tylko leciał w oba boki, ale i wzdłuż, a także po kątach przeróżnych. Dziecię moje, które nigdy  w życiu tego nie robiło, porwało się jakby z motyką na słońce, ale ..... i Córcia ,która w międzyczasie do nas dobiła, i Synówka, tak chłopaka dopingowały, że obgolił był cały zielony płot, a potem, tośmy podziwiali tego efekt wszyscy cuzamen do kupy przy kolacji, która smakowała najbardziej pracusiowi.

 A potem były gadki-szmatki, przeróżne zajawki, wspominki, i cuda wianki na temat Ojca i Dziadka, i robiło się mgliście i szkliście, oczyska łzawiły, myśli biegały w poprzek i na wskoś nas, i na koniec Wnuczki nas doprowadziły do porządku, bo jak to tak, aby się mazali wszystkie, a tu trzeba nad jezioro biec, bo cuda wianki się dzieją! 

Tośmy uściskali się serdeczniście, i poleciało całe towarzystwo ku ludziom!

Zostałam sama. Dopiłam truskawkową margeritę i ....... tęskniąc, całym serduchem jestem za moimi Kochanymi! Bo jakby nie było, RODZINA zawsze górą!

sobota, 19 maja 2018
Dzień królewski

 

Jakoś tak kilka poprzednich dni dało mi w kość, i to zupełnie bez wyraźnej przyczyny!  Po prostu przejechał przeze mnie jakowyś buldożer, i tyle! Na bóle jednak najlepszy sen, zatem.........

Wstałam rano skoro świt, i fru.... na rower. Kwiaty królowej kwiatów zachęcają słodyczą i upojnym zapachem, pora na zbiory cudownych płatków!

Wróciłam po niecałych dwóch godzinach. Zabrałam się za czynności przeróżne, które miały mnie doprowadzić do uzyskania kilku niewielkich słoiczków konfitury różanej. No i śniadanie trzeba było zaliczyć. 

Odpaliłam telewizję, a tam...... ślub angielskiego księcia z amerykanką! Tom wsiąkła! Bo nie wiem, czy wiadomo, że do wzruszeń to ja pierwsza, a ślub to do tego jak najbardziej nadaję się!

Wypłakałam stare oczyska do imentu, wzruszyłam się niepomiernie przy kazaniu pastora z Hameryki, który przecudnie opowiadał o miłości i o ogniu, a tak w zasadzie o połączeniu tych żywiołów. A na koniec stwierdziłam, że muszę sie odstresować, tom znowu siadła na rower! Pojechałam pare kilometrów w las, na następne poletko, i uzbierałam kolejną porcję płatków królewskiego kwiatu. Zalałam wódecznością, niech się maceruje! Pod koniec roku będzie nalewka!

W sumie to nawet człek się nie zastanowi, a tu kolejne ziółka pchają się do przerobienia! Mniszek już odszedł w siną dal, i dobrze, że w ostatnim momencie z rajzów wróciłam, bo nie byłoby w komórce 13 słoiczków miodku i ok. 2 l nalewki. Na dzisiaj, różany nabytek, to 3 słoiczki konfitury i macerat różany z popołudniowego zbioru, który na reszte czynności poczeka 3 miesiace. Oczywiście, powtórzę jeszcze przynajmniej dwa razy jazdę rowerkową na te słodkie zbiory. Lubię nie tylko mieć kilka słoiczków różanych pyszności dla siebie, ale także na zapas - dla obdarowania tych, którzy mnie odwiedzają! Taki odchył, no!

A tu już zaczynają dojrzewać czarne bzy, których białe kwiaty niczym nie ustępują dzikim różom! Robota czeka, oj czeka!

sobota, 12 maja 2018
Z niewielką pomocą przyjaciół...

... miałam cudowną majówkę!

Kto pamieta dziennikową Wariatkę? To ta najlepszejsza z Wariatek dziennikowych! Wzięła i mnie porwała. I nic jej nie obchodziły moje mikre plany. Wrzuciła do samojezda i.... fru! Do Germanii wywiozła! A tam!?! Cuda wianki codzienne, zwiedzania przeróżne, smaki smakowite, krajobrazy malowane zielenią i wszystkimi barwami teczy. I troska , czy aby mi dobrze, i wino, i gadania nocne, i spokój, i nicniegadanie, bo po co, skoro rozumiemy się bez słów! I.... ech! Cud, mniód, i orzeszki! Doznałam takich pieknych wzruszeń, ściśnień gardła z wrażenia, że nawet nie umiem ich nazwać! KOCHANA!!! Za te serdeczne moje ślozy - dziękuję! Dziękuję! Dziękuję!

Twierdza w Julich! Smaczku dodaje fakt, że niedaleko stąd, w Stetternich, pracowałam u Rodziców Helene - drugiej żony Syna mojej pierwszej podopiecznej - babci Berty, tej, która uwielbiała mocny rum! 

Fontanna przed ratuszem miejskim w Wuppertalu 

Niewiarygodna w swoim kształcie swiatynia Mariacka w Velbert-Neviges. Zbudowana cała z betonu, w kształcie odległego w perspektywie miasta. A w środku odwzorowująca rynek miejski, z brukiem, latarniami i emporami po bokach, jakby piętrami domów!  Wręcz niewiarygodna! Jakby ktoś był ciekawy, to polecam stronę: www.szneider.eu>bazylika-mariacka-neviges

Niespodziewajka największa! Wycieczka do Holandii! Wiadomo, że tam przez wieki, wydzierano morzu ziemię! Wiadomo, ze jest depresja. Ale zobaczyc to na własne oczy? Niezapomniane wrażenia! Tu akurat wszystko się zgadza, bo kanał jest niżej szosy! 

Ale jechać poniżej poziomu wody i nie być zalanym? Cuda jakoweś, cy cóś? Ale to tam normalka. A już w ogóle płoty holenderskie, czyli działy wodne, to niespodziewajki przepiękne, i aż do zazdraszczania wielkiego. Bo każdy z domków okolony wodą, a z ulicy prowadzi do każdego domostwa mostek :-))))

A potem, to już małmazja dla oczu była! Pola tulipanowe! Tego się nie da opowiedzieć, to trzeba samemu zobaczyć!

Oczywiście, to tylko mały urywek tych cudowności tulipanowych! 

Na obiadek zajechaliśmy do Leide! Ilość rowerów powala! No i fakt, że rowerzyści mają pierwszeństwo przed wszelkimi pojazdami. Niewiarygodne!!! 

 A tak w ogóle, to Leide jest, jak mała Wenecja! Ilościa kanałów mogłaby jednak konkurować!

Zamek w Solingen

Najlepsze jest to, że zamek ten jest warowny, zatem wzniesiono go na wysokiej skale. Dostać się teraz tam można przede wszystkim kolejka gondolową, która pnie się po baaardzo stromym zboczu. Kto pamięta mój opis wjazdu na Szrenicę z Wariatką Najkochańszą, to wie, co było teraz też ! :-)))))) Na całe szczęście Wariatka Kochana poczuła głód i zasiadłyśmy w jednej z restauracyjek na ichnim, specjalnym sniadaniu! Poczwórny wafel z furą konfitury wisniowej, takąż furą gęstego ryżu na mleku, do tego precel, dwa suchary - z czekoladą i smietaną, do tego pucharek bitej śmietany z ptaszkiem jabłkowym, który słuzył do nabierania tejże śmietany; no i oczywista masełko oraz dwa rodzaje dżemów. O imbryku kawy i smietance doń już nie wspominam, bo to sie rozumie samo przed się! Nie muszę chyba dodawać, że nad tymi cymesami spędziłyśmy całą godzinę , mając przy tym cudne widoki z góry na caluteńką dolinę poniżej!

Na koniec jeszcze spacer pod najwyższym metalowym mostem w Niemczech - Mungstener Brucke.... i  juz w dniu nastepnym jechałam do Wejherowa! A tam dalszy ciąg przyjemności!

Dzień w Dworku w Bychowie, którym zarządza syn mojej Przyjaciółki, jeszcze ze studiów! 

 Długi spacer śladami wspólnymi ze Ślubnym:ścieżkami nad rzeczką, do krzyża nad nieznanym grobem; przechadzka w XVI wiecznej alei grabowej, potem niewielkie jeziorko, ślady nasze, nasze, nasze... i żal, że już ich nie będzie! Ale następnego dnia długa kijkowa wycieczka obrzeżami wejherowskiego parku, aż do Młynków. Potem polegiwanie na trawie i powrót zakończony przechadzką po mieście, które z roku na rok pięknieje!

I potem wspólny wyjazd do mnie. Basik z Maciejem zaliczyli po drodze, po raz pierwszy akwedukt w Fojutowie, a nastepnego dnia pojechaliśmy na rowerach do Dużych Sworów ( na fotce akurat są małe)

 

W międzyczasie było sielsko i muzycznie, bo Maciej nie rusza się bez gitary. No i uwielbia Puszkina, Wysockiego i Okudżawę! Nie dziw zatem, że duszoszczypatielnych pieśni było, ach było, i tylko żal, że wszystko trwało tak krótko! Zakonczyło się wspólnym zbieraniem mlecza o późnym poranku, z którego na dzień następny wyczarowany został miodek mniszkowy! 

Po wyjeździe wejherowskich Gości zaszalałam, i już jutro będę po raz trzeci nastawiać cudowną miksturę, podlaną słońcem !

Nie jestem jeszcze stuprocentowo pewna, ale wydaje mi się, że już niedługo, po niedzieli postaram się uaktywnić! Czego sobie życzę bardzo, a bardzo!

Dobranoc! 

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 114
Archiwum