Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
środa, 17 sierpnia 2016
Coś dla duszy!

 Kulturalny sierpień, jak zwykle otwiera Noc Poetów!

To nie tylko prezentacja twórczości laureatów Ogólnopolskiego Konkursu Jednego Wiersza, ale także występy znanych mniej lub bardziej zespołów muzycznych, które wolą poezję śpiewaną, niż muzykę popularną, łatwą , lekką i przyjemną!

Z bieszczadzkiej trasy przyjechał zespół Cisza Jak Ta, z przepięknymi balladami i własnymi opracowaniami muzycznymi wierszy Kofty, Osieckiej i Baczyńskiego

Subtelnymi aranżacjami wierszy Ziemianina oczarował zespół U Studni, którego trzon stanowiło kilku artystów Starego Dobrego Małżeństwa

Miłosne poezje Mickiewicza i Asnyka recytowała aktorka Ewa Serwa, przypominając dawno zapomniane słowa, poruszające serce i duszę!

 A Włodzimierz Matuszak i Paweł Królikowski umówili się krótko przed występem, że wystąpią w duecie, i zaczęli wymieniać się interpretacjami wierszy Leśmiana. To był prawdziwy majstersztyk i nie na darmo dostali owcje na stojąco! 

Kilka dni później, niespodzianka. W drodze na festwal gospel w Gniewie, godzinny koncert dała grupa Black International Gospel Singers z USA. Artyści śpiewają nie tylko klasyczne gospel, ale i soul, i jak to zwykle bywa, nie mieli trudności, aby porwać widownie do energetycznego śpiewu oraz tańca, chwalacego Imię Pana!

Creme de la creme ostatniego weekendu, to oczywiście kolejna już odsłona Nocy Operetkowych, z głównym udziałem orkiestry Johanna Straussa z Bydgoszczy.

W koncercie "La Luna Rosa", czterech znanych polskich tenorów, przy akompaniamencie chóru sopranistek zaprezentowało najwspanialsze pieśni włoskie, hiszpańskie, greckie, angielskie, rosyjskie i żydowskie.

Natomiast dnia następnego  przenieśliśmy się do Cafe Bodo przy ul. Foksal w Warszawie i lata 20-lecia miedzywojennego. Widowisko słowno-muzyczne, to swobodna interpretacja rozmów i wspomnień, być może prawdziwych, a może nie, między Hanką Ordonówną i Eugeniuszem Bodo, przeplatana największymi szlagierami tamtego okresu. 

W drodze powrotnej z wieczornych koncertów udało się nam jeszcze dotrzeć na szanty, które odbywały się nad naszym jeziorem.

Zespół żeglarsko-folkowy Za Horyzontem, prezentujący w lekko irlandzkich klimatach, świat morza widziany oczyma kobiet.  

Rewelacyjny zespół holenderski Harmony Glen, który porwał całą widownię do szalonej zabawy! 

Zdjęcia nr. 2,4,6,8,9 pochodzą z lokalnych portali internetowych

środa, 10 sierpnia 2016
Letnie atrakcje

Dla ciała

To była druga odsłona imprezy, która w ubiegłym roku uzyskała miano najlepszego debiutu sportowego! Triathlon! Udało nam się rzutem na taśmę ją zaliczyć, bo w ubiegłym roku w czasie jej trwania byliśmy w Hiszpanii, i gdyby nie zupełny przypadek, nawet nie wiedzilibyśmy, że coś takiego będzie w naszej wiosce. Dopingowaliśmy więc wytrwale zawodników, których było naprawdę mnóstwo - ok. 1500 osób. Słoneczna pogoda i dobrze przygotowane, ciekawe trasy, tłumnie kibicujaca publiczność spowodowała, że zawodnicy dumnie kończyli rywalizacje w strefie finiszera, mijając napis:"ukończyć, znaczy zwyciężyć"!

 Jak co roku, odbyła się kolejna edycja Eko-Jarmarku, na której także nie mogło nas nie być! Tym razem tematem głównym była ekologia, min. sposoby utylizacji i sortowania śmieci, a także popularyzacja tras leśnych i rowerowych ścieżek w Parku Narodowym Bory Tucholskie. Były różne atrakcje i warsztaty dla dzieci, oraz dla całych rodzin, było mnóstwo straganów i pyszne jedzonko oraz napitki. Nam najbardziej smakowały tradycyjnie kręcone lody, które były wyłącznie w smaku truskawki, wiśni, czekolady i wanilii, za to ich smak przywoływał słodkie wspomnienia dzieciństwa.

Ten tydzień dziwnie spokojny u nas. Najnajmłodsza wyjechała na kolonie, jej Rodzice bujają w okolicach Krakowa, Średnia Wnuczka przyjedzie do nas na pare dni jutro, Wnuk dzisiaj w nocy leci do Francji i później do Hiszpanii, a Córka wiewiórka pojechała do Brukseli odwiedzić Zięcia.

Cisza aż dzwoni! ;-)))))

czwartek, 04 sierpnia 2016
Letnia różnorodność

Wczoraj! Obudziłam się o trzeciej nad ranem. Bez żadnej wyraźnej przyczyny. Było jeszcze ciemno, chociaż  niebo powoli traciło swoją głęboko granatowo barwę. Jeszcze dwie godziny i  juz zacznie świtać. Zeszłam do kuchni, nastawiłam sobie kawę i doszłam do wniosku, że nie ma po co się kłaść, skoro i tak nie zasnę. Podreptałam z powrotem do sypialni, wyciągnęłam z szafy polarowy szlafroczek, do tego okulary, książka i.... maszyna do chleba. W koncu jakoś trzeba te godziny "odbębnić". Kawka pachniała, książka wciąga, na plecach ciepło, a w tle słychać kręcący się wirnik maszyny, zarabiającej chleb. W przerwie, jak już świtało, wyszłam na taras, spróbowałam pochodzić po rosie. Miłe uczucie, ale zimne! Zerwałam pomidory z krzaków, za bardzo pękają od codziennych deszczów. Pomyślałam sobie, że może jednak zdecydować się na parę grządek, chociażby do ziół. Musze to przemyśleć. Do następnego roku daleko, ale nie ukrywam, że te kilka pomidorowych krzewów bardzo mnie zmobilizowało!

Chleb się wypiekał w piekarniku, gdy nastawiałam następną partię. Do bagietek. Popołudniu mieliśmy jechać na córczyną działkę. Wnuk zapraszał na hotpota, czyli jedzonko po chińsku, serwowane z żeliwnego kociołka, perkocącego na ognisku.

Sama frajda, takie jedzenie. Zawsze jest przy tym wesoło, bo każdy chce z kociołka wyciągnąć najlepsze kąski. A trzeba przyznać, że z ulubionymi przyprawami wnukowymi, wszystko smakuje nie tylko inaczej, ale i ostrzej.  Szkoda tylko, że pogoda nam pokrzyżowała szyki, i rodzinna impreza skończyła się szybciej, niż planowaliśmy.

Na pożegnanie dostaliśmy furę papierówek. Ślubny uwielbia je chrupać, a ja już nastawiłam słój na ocet jabłkowy.

Dzisiaj byliśmy w lesie, bo ponoć tyyyyyle grzybów jest! No, są! Same papciaki napite wodą! Zebraliśmy parę brzozaczków młodych i kilkanaście kurek , podgrzybki były do wyrzucenia. Udało się jednak upichcić mocno grzybowy sos śmietanowy do makaronu. Obiad pychotka!

Za to inne ciekawostki rosną w lesie kolorowo bardzo! :-)

piątek, 29 lipca 2016
Wzmożenie letnie!

Ja nie wiem, czy wszystkim tak się zdaje, czy tylko mnie, że czas tak szybko leci, iż nie jest się w stanie dokładnie zastanowić nad upływającym latem! Bo to, że upływa w zastraszającym tempie, to chyba nie trzeba nikogo przekonywać! Jak zwykle, miało byc pięknie! I jest, tylko krótko! Miało być pogodnie! I jest, tylko dlaczego tyle tego deszczu! Miało być ciekawie! I jest, tylko jak uchwycić to wszystko, co oferują media, lokalsi, nie wspominając o rodzinnych więziach! Czy nie może to wszystko być rozłozone na większą ilość miesięcy? Nie tylko dwa! Nie da rady wszystkiego ogarnąc!

Już nawet nie wspominam, że rodzinnie to jeszcze jakoś tam, bo wiadomo: Zięciaszek na miesiąc z belgijskiej pracki jest. Wnuk najstarszy z Chin na wakacje przyjechał, i teraz kolęduje, a to do babci Irenki,  a to do nas, i mam nadzieję, że zadowolony i zaopiekowany po kokardę jest. Wnuczka średnia pracowita mróweczka, zarabia w sklepie dziecięcym przy stoisku słodkim, produkując gofry, naleśniki, szeiki i insze ustrojstwa, co to małolaty cenią, a ja na nazewnictwie się nie znam. Najnajmłodsza prócz wycierania podwórkowych włości na swym osiedlu, czasami do nas wpada, ale już rzadziej, bo w tym wieku Ona, co to "dziadostwo" najmniej potrzebne! :-)))) Ale trenuje i to nieźle, bośmy niedawno byli na ogólnopolskich zawodach małolatów średnich, na których startowała w sprintach: na 100 i 200 m; w tym pierwszym była jedna z lepszych! Aż serce rosło, i już z drugą babcią Renią, snułyśmy wizję wyjazdu na Olimpiadę w 2024r. Bo akuratnie rodzinnie sekundowałyśmy Młodej bardzo głośno!

I jakoś tak dziwnie się składa, że człowiek cholery dostaje, iż musi coś tam przygotować, coś zrobić, upiec, ugotowac, ale gdyby tego nie było, to co? Posiadywanie chyba tylko, i użalanie się nad własnym losem. Wprawdzie zawsze się mówi, że goście są wspaniali - na wjeździe, ale jeszcze bardziej wspaniali, gdy wyjeżdżają, jednak gdyby nie ONI, to smutne byłoby to lato, czyż nie? :-)))

A tak poza tym, to dzisiaj mieliśmy ostatnie zajęcia zumby. Następne dopiero we wrześniu! Ślubny targa własnoręcznie złowione ryby z jeziora, tyle tylko, że płocie i leszcze, których ja admiratorką nie jestem, ale niech tam- co sobie nasmaży i w ocet nakładzie, to jego. Ja zakończyłam już sezon jagodowy, aktualnie jestem na etapie róznych ciast czekoladowych, które Progenitura wręcz uwielbia. Zaliczyliśmy już parę gminnych imprez letnich, na podorędziu szykują się miejskie, i zupełnie  nie wiem, kiedy z tego wszystkiego zdam relacje, bo do komputera zasiąśc, to albo brak czasu, albo gruuuubo po czasie, jak na ten przykład wpis ze stolicy naszych południowych sąsiadów, u których byliśmy przy okazji bytności w Szklarskiej!

Żeby było ładnie, to jeszcze przeproszę za małą aktywność na blogach moich Ulubionych i Czytelników! Sie nie da póki co! Po prostu! Mam nadzieję, że od jesieni się poprawię! ;-))))

A na koniec parę fotek z ostatnich dni!

 Czekoladowe brownie, ubita śmietana, świeże owoce: czereśnie, jagody, porzeczki i maliny

Kostka czekoladowo-jogurtowa i mus malinowy z malinowoczekoladowymi wykończeniami

Zbierając jagody zdybałam jaszczurkę zwinkę - zdjęcie na spostrzegawczość, czyż nie :-)))) 

 Na naszej działce zaplątał się winniczek. Przenieśliśmy go z pustej doniczki na trawę, potem juz się sam przeźliznął! Na płot!

 Pamiętacie? To ta sama rodzinka łabędzia, o której pisałam parę miesięcy temu! Łabądki młode już całkiem, całkiem, nieprawdaż? :-))))

 Wczorajszy zbiór. Zoczyłam te okazy między pasem osiny a ścieżką rowerowąi, w wysokich trawach. Były widoczne tylko dwa okazy. Ślubny nie bał się pokrzyw, i zebrał całość! Nie musze chyba mówić, co było dziś na kolację? :-))))

Ta długonoga panienka, z nie mniej długim kitkiem, to nasza duma! Najnajmłodsza w trakcie rozgrzewki przed biegiem na setkę!!! :-))))

 Wspólny, dzisiejszy spacer ze Ślubnym! I ten widok! Rekompensuje wszystko? I dostarcza radości?

piątek, 22 lipca 2016
Znowu nogi - wespół zespół!

W czasie naszego wyjazdu do Szklarskiej, nie mogło oczywiście zabraknąć przynajmniej jednego  wypadu w góry. Oczywiście, padło na Szrenicę.

Ślubny nie zdawał sobie pewnie sprawy, co to jest chodzenie górskimi szlakami. Ja też raczej nizinna jestem, i mam za sobą jedynie dwie takie przygody: dawno temu w Tatrach i dziewięć lat temu z Pioterową, z którą na Szrenicę i owszem wjechałyśmy, ale potem wracałyśmy pieszo.

Nie wzięłam jednak pod uwagę tego, że moje nogi niestety, nie odmłodniały. Na dodatek, gdy Ślubny zobaczył po podjeździe wyciągiem, gdzie mamy dotrzeć, to zwątpił, i orzekł, że chyba mam coś nie teges z głową, jeśli sądzę, że On taki szmat drogi będzie się wlókł! Nie obyło się więc bez wygaworu, po czym dopiero pomogła moja uwaga, że cała grupa wiekowych, niemieckich staruszków dzielnie drepce, to On nie da rady? Nio! Jednak dobrze jest "wjechać" komuś na ambicję - poszedł! Jakoś w połowie drogi się rozchmurzył, i dotarliśmy pod Śnieżne Kotły. Problem niestety był ze mną, bo tak mnie nogi rozbolały, że ani mi w głowie było wracanie szlakiem, i powoli dodreptałam do wyciągu, aby z ogromną ulgą wysiąść na dole, i z lubością zalec w fotelu. Zmordowani bylismy okrutnie, i wychodzi na to, że jednak pisane nam niziny.

Starość nie radość, niestety! ;-))))

 

 Wjazd na górę, jak kiedyś, dostarcza niesamowite widoki.

Grupa skałek granitowych - Trzy świnki 

Śnieżne Kotły 

 Granitowe bloki gołoborza, porastają zielono-żółte porosty

A wśród traw - wełnianka 

poniedziałek, 18 lipca 2016
Siła złego na jednego!

A tak konkretnie to na mnie!

Wpis mi pomiedzy środą a czwartkiem "amba" zjadła, to już wiadomo. Na szczęście odzyskany jest, i dobrze, ale...poszkodowanam na nodze własnej, osobistej. Prawej, jakby kto pytał. 

Było tak! Zaganiana byłam, jak "ruski plecak", bo to goście, bo przyjęcie tarasowo-grillowe, a roboty huk, której nikt za mnie przecież nie zrobi, bo to i wędliny w szybkowarze dokończyć, i jakieś słodkości napiec, i kolację powitalną ogarnąć, słowem - bieganina! I w czasie tego biegania, jak sie nadziałam kolanem w róg ławy, to wszystkie gwiazdy na niebie i ziemi ujrzałam, słabość mnie ogarnęła i rumor się zrobił, bo nawet Ślubny z wyżków przybiegł sprawdzać, co się dzieje. Poczem wycofał się, jak normalny mężczyzna przecież, na z góry upatrzone pozycje, a ja się jakoś do kupy pozbierałam, ale w nodze mi coś chrupło, i siedziało........!!!!!!!! 

I już teraz wiem, że nie ma to tamto! Jak człek nie jest głupi, to ma siedzieć  i boleść eksponować po uważaniu! Wrzasku narobic, na pogotowia się wieźć, a nie udawac, że "damy radę" - tfu!!!! 

A ja przecież z tych, co to nie gniotsja-nie łamiotsja! Nie dość, że imprezy wszystkie obsłuzone zostały bez kelnerów, to wszystko wszamane do ostatniego okruszka, że nie nadązyłam do zmywarki statorów układać, to jeszcze się oblizali wszystkie, i fru.... pojechali zadowolnieni, bo mamusia jak zawsze egzamin z gościnności zdała! 

I tak dzisiaj sobie siedzę i myślę, co ja się tak spinam? Co chcę udowodnić. Byłby suchy chleb z omastą, imprezy by nie było? Czy warto robić za siłaczkę, skoro każdy uważa, że to normalka? Co w nas, kobietach takiego jest, że za wszelką cenę musimy udawadniać światu, jakie my cudy jesteśmy pod każdym wzgledem, a potem umartwiamy się, bo nikt za nas łezki nie upuścił?

Efekt taki, że jutro chyba pojadę na zumbę, i jak sobie poskikam, o ile dam radę, to mi moja cholera przejdzie. A jak jeszcze sobie wspomnę koncert Wodeckiego, na który pokusztykałam oczywiście w sobotni wieczór, to pewnie znowu zapomne, że puch marny ze mnie! ;-)))

To sobie jeszcze ładny obrazek naszego jeziora wstawie, com go komórką chwyciła idąc z koncerta i do miłego się z Wami! Lete w poziom, bo coś mnie w nożynie uwiera! ;-)))))

niedziela, 17 lipca 2016
Letni poranek

 

Już drugi tydzień mija, jak jagodobranie jest moją najlepszą rozrywką. Zwłaszcza, gdy jadę rano, raniutko, kiedy jeszcze większość wczasowiczów śpi. Wtedy jest tu najpiękniej.

Jezioro lśni jak lustro, w którym odbijają się wszystkie żaglówki na marinie.

Ryby sobie figlują, wesołe kółeczka mącąc na wodzie, przy brzegu rej wodzi rodzinka łabędzia, u której pisklaki jakieś takie duże są, niż z wczesniejszych spotkań, a kacze matki czuwają nad spokojem swoich kaczątek, lubiących dłuższe polegiwanie u brzegu!

Mam już prawie 10 litrów zamrożonych jagód, nie licząc tego co zjedzone na surowo, jako koktaile czy w ciastkach lub ciastach. W sumie nie dziw to, bo lipiec i ciepły, i przekropny, jagody latoś bardzo duże, to i zbieraczka migiem trwa. Przy okazji człek oddycha żywicznym powietrzem, nasłucha się ptasich treli, a na dodatek poćwiczy kolanka na rowerze!

Na bazarkach dobroci w bród, więc nie ograniczamy się ani w malinach, ani w czereśniach, bo już wiśnie się pokazały, coraz tańsze sa morele i brzoskwi. Powoli zapełnia się śpiżarnia. A za domkiem gospodarczym zaczynają czerwienić się nasze pomidory, których kilka krzaczków posadził Ślubny, i teraz je z lubością dopieszcza.

 

Najbliższy weekend zapowiada się bardzo rodzinnie, bo najmłodszy Brat z Żonką dzisiaj wieczorkiem już przyjedzie, no i akuratnie Zięciaszek ma urlop od belgijskiej pracy. Jakiś grill pewnie będzie i wesołość ogólna! "Chińczyk" za to podtapiać się będzie na Woodstocku. Mam nadzieję, że wziął był jakieś porządne pałatki! ;-))))

 

 EDIT!

Wszystkich, którzy pod tym wpisem zdążyli napisać komentarz informuję, że ten wpis, dzięki pomocy Agnieszki spod Szczytna, udało mi się dzisiaj odzyskać.

Wpis  został opublikowany w środę, znikł pomiędzy czwartkiem a piątkiem, a ja miałam gości, więc dopiero dzisiaj do niego wracam!

niedziela, 10 lipca 2016
Zamki i niespodzianki

Dwa weekendowe dni drugiej połowy czerwca przeznaczyliśmy na odwiedzenie tego, co zawsze chcielismy zobaczyć!

Na  początek długa jazda pod Wałbrzych i zamek Książ. Szkoda tylko, że pogoda nam nie dopisała. Było zimno, ponuro, mglisto i deszczowo. Rozpisywac się nie będę o tym miejscu, bo wiadomości o nim zna chyba każdy, i widac to było po tłumach różnojęzycznych, które tak jak my chciały zobaczyć to cudo.  

 Widok od strony dziedzińca głównego

Zwiedzaliśmy z przewodnikiem Trasę Maksymiliana i Trasę Śladami Tajemnic II Wojny św.

 Jedna z licznych komnat - tu sala balowa

 Spacer po przepięknych ogrodach niezbyt satysfakconujący z uwagi na deszcz,

 Za to w niedalekiej palmiarni bogata wystawa drzewek bonsai

Następny dzień przywitał nas umiarkowana pogodą, zatem udajemy się do zamku Czocha, którego fragmenty znamy z filmów "Gdzie jest generał", "Wiedźmin" i "Tajemnica twierdzy szyfrów".

Tym razem miałam szczęście, bo nie było problemów ze zwiedzaniem, tak jak dziewięć lat temu, gdy zawitałyśmy doń z Pioterową.

 Sala rycerska

 i widok z wieży zamkowej 

Niedaleko stamtąd było do Lubomierza. Prawie dekadę temu ten piękny gotycki kościół z XIVwieku,  p.w. WNMP i św. Maternusa był zamknięty na cztery spusty. Teraz była możliwość obejrzenia wnętrza przez kutą bramę, którą otwiera się dla indywidualnych turystów tylko w dni świąteczne.

 Nas jednak interesował inny obiekt, którego także kiedyś nie było można zwiedzić. To oczywiście muzeum Pawlaka i Kargula. Na szczęście teraz, kiedy miasto zwane polskim Hollywood czesto jest filmowane, zatrudniono dwóch kustoszy, którzy  z wielką dumą wpuszczają chętnych do dwóch niewielkich salek, w których jest mnóstwo eksponatów pochodzących z filmów dobrze znanej nam Sagi.

 

Tuż obok znajduje się uliczka filmowa, poświęcona wszystkim aktorom, którzy kiedykolwiek pracowali w kręconych w Lubomierzu filmach. A było ich naprawdę wiele, wymieniając nie tylko znaną serię o Pawlakach i Kargulach, ale także "Zakład", "Kocham kino", "Daleko na Zachodzie", "Krzyż Walecznych", "Tajemnica twierdzy szyfrów", i wiele innych

 Wracając z Lubomierza rzuciła mi się w oczy tablica z nazwą Pilichowice. Pamiętam, jak próbowałyśmy tam dojechać z Pioterową, ale nie miałyśmy dżipiesa, pobłądziłyśmy nieźle, i w efekcie znalazłyśmy tylko tamę Wrzeszczyńską. 

Tym razem nie było problemów, i bez kłopotów znaleźliśmy sie przy zbiorniku Pilichowickim, oraz na największej w kraju ( wysokość 69m, szerokość korony 270m ) kamiennej, łukowej budowli hydrotechnicznej, która powstała na początku ubiegłego wieku, chroniąc mieszkańców doliny Bobru przed powodziami.

Często tak jest, że zupełnie bez wiedzy o cudach, można się na nie natknąć w najmniej spodziewanych miejscach. Wracając z tamy przez jakąś najzwyczajniejszą wioskę, zobaczyliśmy coś , co nas zafrapowało. Jasne zatem, że podjechaliśmy na rozległy dziedziniec, by zobaczyć i poznać "TO" .

 Siedlęcin i mieszkalna wieża z XIV wieku, pierwotna siedziba książąt śląskich. Zachowana w doskonałym stanie i na dodatek kryjąca wewnątrz prawdziwy skarb - unikat w skali światowej.

Wieża ma cztery kondygnacje, a na trzeciej, 33 m kw. ściany zajmują polichromie. Unikatowe! Wykonane w technice al secco na podbiale wapiennym. Walorem tych malowideł jest rzadki na owe czasy ich świecki charakter. Jest to opowieść rycersko-romansowa o najsłynniejszym z rycerzy Okrągłego Stołu, Sir Lancelocie z Jeziora.

 

 Dolny Śląsk stanowi prawdziwą kopalnie zabytków, to nie ulega wątpliwości. Zobaczyć wszystko w ciągu tygodnia pobytu, to rzecz niemożliwa. Myślę nawet, że i pół roku byłoby za mało!

poniedziałek, 04 lipca 2016
Smartfonowo

 

Pan od kompa zabrał dopiero dzisiaj  mojego laptopa, bo w sobotę była taka burza z piorunami, że parę drzew na drodze do naszej wsi skutecznie zablokowało przejazd. 

Nie ma więc żadnej pokusy!!! Ani internety, ani maile, ani wizyty na blogach, nic! Po prostu nic prócz podczytywania !

A ze smartfona okropicznie się pisze! Tylko dla porządku nadaję, że  wsiaklam w porzeczke czerwona i agrest. Ta pierwsza to tylko do mrozenia. Za to agrest zalewany trzykrotnie, przez trzy dni ,co 12 godzin syropem cukrowym w proporcji 1:1 robi się twardy jak rodzynka i w plackach jest debest! !!

Zamrażarka zapełnia się powoli. Maliny i jagody przede wszystkim. Takze bób. Szparagi  przelecialy jak byliśmy w Szklarskiej. Czekam na cenowy zjazd fasoli bo groszek juz blisko ! No i znajoma handlarka bazarkowa wie, że ma co piątek zostawiać ogórki. Na mało solne. 

 Jagody czekają do środy i czwartku, bo potem witamy po rocznej  nieobecności naszego Chińczyka i lada moment z babcią Irenka  będę szła w konkury na przygotowywanie smakowitosci dla spragnionego naszej kuchni młodzieńca.

Na komentarze zaległe odpowiem zatem za kilka dni bo smartfonowe pisanie to nie na moje nerwy!!! Zwłaszcza pamiętanie o sprawdzaniu każdego wyrazu! 

Macham serdecznie! 

piątek, 01 lipca 2016
W poszukiwaniu Ducha Gór!

Sobota, jak wiadomo z poprzedniego wpisu była przeznaczona na Szklarską, zatem normalne było, że pojedziemy w niedzielne plenery. Trochę nam się zawirowanie zrobiło w Piechowicach, po którym wdrapywaliśmy się naszym autkiem serpentynami pod górkę, a potem takoż serpentynami w dół, by stwierdzić, że znajdujemy sie w punkcie wyjścia. Po czym słusznie zauważyłam, że skoro wszędzie pisze Kowary i Karpacz, to zawsze tak należy jechać, nawet wtedy, gdy tego drogowskaza nie ma, co zresztą nasza smartfonkowa mapa sugerowała. Cóż, trza była wziąć na klatę fakt, że samiśmy sobie winowaci! Ale udało się jednak do Kowar dotrzeć. A tam żadnych dywanów nie było, tylko przecudnej urody Park Miniatur najważniejszych zabytków Dolnego Śląska! Polecam, bo warto! Dla dzieciaczków, nieświadomych celu takiej podrózy, tuż obok znajduje się park rozrywki, więc wiecie, rozumiecie....! :-)))))

A poniżej, tylko kilka przykładów tego, co tam można oglądać z wielkim podziwem dla rekonstruktorów każdego obiektu!

Zamek Chojnik

Starówka Jenieniej Góry

Pałac króla pruskiego Wilhelma Fryderyka III

Zamek w Mosznej

 

Z Kowar pojechaliśmy do Podgórza.

"Kopalnia „Podgórze” w Kowarach to druga co do wielkości kopalnia uranu w Polsce. Usytuowana w niej trasa turystyczna przebiega przez sztolnię 19a. To jeden z najciekawszych i najładniejszych obiektów na terenie Kowar, powstał w latach 1949–1956 jako jedno z głównych wyrobisk kopalni „Podgórze”. Eksploatacja złóż trwała tu, aż do 1958 roku, natomiast w latach 1974-1989 mieściło się jedyne w Polsce i czwarte na świecie Inhalatorium Radonowe, w którym kuracjusze uzdrowiska w Cieplicach mogli korzystać z podziemnych kuracji gazem szlachetnym radonem. Trasa w niej usytuowana w pierwszym etapie uruchomienia liczy około 1600 metrów".

Właśnie taki odcinek dawnej kopalni odrestaurowała grupa prawdziwych entuzjastów, i można nie tylko przejść w prawie kompletnych ciemnościach chodnik sztolni nr 19, ale zobaczyć wiele różnych eksponatów z tamtych czasów, z pierwszej połowy ubiegłego wieku. Są tam i narzędzia różne, i wszystko to, w co powinien byc zaopatrzony górnik, są mierniki promieniowania, maski i urządzenia do wyodrębniania uranu z popłuczyn skalnych.

A to powyżej to szkło uranowe, unikat w skali światowej, tu pokazane w momencie luminescencji

Reaktor Leopard, w którym odzyskiwano resztki pouranowe

Wózki do transporu urobku rudy uranowej

Resztki jedynego w Europie inhalatorium radonowego

A na koniec model rosyjskiej bomby atomowej

Prawie dziesięć lat temu z Pioterową byłyśmy w Karpaczu. Także w świątyni Wang. Nie mogłam zatem nie pokazać tego cudu Ślubnemu! Różnica między latami dawnymi a tym tu  i teraz, to nie oprowadzanie przewodnika, tylko głos z taśmy. No i samo wzgórze bardzo się zmieniło. Pełno na nim parkingów i restauracyjek oraz różnych punktów gastronomicznych, niekoniecznie miłych dla powonienia!

Na całe szczęście, Śnieżka jak stała, tak stoi!

Co poza tym? Jagódek przybywa, bób po moknięciu sekundowym we wrzątku powędrował do zamrażalnika, ogorki na małosolne nastawione, czereśnie wydrylowane na jutrzejszy placek dla Synka-muminka, który pierwszy rok studiów zakonczył był z niezłym wynikiem, Ślubny na rybach szaleje.... dobrze jest! :-))) 

A ten wpis dlatego tak szybko, bo jutro mój lapek do dochtorów technicznych idzie celem odkurzenia i sprawienia, by lepiej się zachowywał względem mua! :-)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 107