Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
wtorek, 14 sierpnia 2018
Hardkorowy Sierpień!

 

Trafił mi się podwójny hardcor! Na SORze! W naszym miejskim szpitalu!

Ten pierwszy, w poprzedni poniedziałek, to jeszcze do wytrzymania, bo trwał tylko 4 godziny. Zaczął się tym, że wstałam rano z pościeli, a tu? ….. zonk! Noga prawa odmówiła współpracy, a każda próba zrobienia kroku kończyła się świdrującym bólem w okolicach czubka głowy. Nie było rady, trzeba było wezwać pogotowie. Dowieźli mnie tam, gdzie trzeba, lekarka przyjmująca tylko się zdziwiła, dlaczego nie poszłam do rodzinnego, a potem nawet jej brew nie drgnęła, gdy usłyszała, że mnie nie przyjęto, bo okres urlopowy, i moja rodzinna doktorka nie wyrabia się, zastępując dwójkę innych lekarzy!

No, a potem już z górki! Podłączyli gdzie trzeba, podali kroplówki różne, pobrali krew, a po niecałych trzech godzinach orzekli, że wszystko w porządku, wyniki dobre, sugerowali, że może to borelioza, i należy się zgłosić do reumatologa, no  i puścili do domu z zaleceniem brania paracetamolu. Sic!!!!!

Oczywiście noga dalej bolała, i w zasadzie żaden ze środków przeciwbólowych nie pomagał do końca. Szczęśliwie jednak tak się złożyło, że od trzech miesięcy, na środę, miałam zamówiona prywatną wizytę u chirurga naczyniowego ( tak, tak, prywatnie u nas też się człowiek naczeka, ale to chyba ogólnokrajowy standard ), bo uznałam, że czas najwyższy zabrać się za siebie, a na pierwszym planie były moje nóżęta, pełne pajączków, z  prześwitującymi tu i ówdzie żylakami. USG dopplerowskie nie wykazało zakrzepicy, natomiast ewentualną skleroterapię zrobi się w terminie późniejszym, jak będzie chłodniej. Pan Doktor orzekł także, że ta moja przypadłość to prawdopodobnie zbieg kilku czynników, o których tu jednak nie napiszę, bo ….  po co, i przepisał odpowiednie leki. Brałam je 4 dni, gdy przyszedł wczorajszy poniedziałek!

2.30 w nocy. Budzę się pełna niepokoju, czuję rozpieranie w dolnej części klatki piersiowej, które ustępuje po godzinie, ale pojawia się ponownie około godziny 6-tej, z dodatkowym drętwieniem rąk i skokami ciśnienia oraz tętna. To wiadomo, co było dalej. Pogotowie i …. SOR, na którym wylądowałam o godzinie 9-tej.

A SOR u nas nowiutki, nowiuteńki, po kapitalnym remoncie, no prawie tak, jak w tefałenowskim paradokumencie.

Położyli na łóżku, zasunęli zasłonki po bokach, wkłuli w obie ręce wenflony, zrobili EKG, podłączyli pod monitor mierzący ciśnienie i inne sercowe wskaźniki. Czekając na lekarza, który miotał się po sali przy innych pacjentach, popatrywałam tu i tam…

Cała obsada Sali, na której było 8 stanowisk , to dwóch pielęgniarzy. Jeden przede wszystkim od komputera, drugi od wszelkich możliwych zabiegów, wykonywanych na zlecenie lekarza, lub jego asystenta, którym jak się później okazało, był przesympatyczny Ukrainiec, będący na stażu. Obok mnie, po lewej stronie leżał facet w pasach, którego przywieziono w niedzielę, w stanie głębokiej delirki. Żadna placówka go nie chciała, i męczono się z nim już drugi dzień, pojąc jedynie kroplówkami. Po prawej leżał kolejny alkoholik, lekko już otrzeźwiały ( ponoć miał  9 promili we krwi ( !!!!!! ) jak go przywieźli. Nic nie jadł, tylko cały czas pił wodę, aby po chwili blokować jedyną toaletę w celach zwrócenia tego, co wypił, czyli wody, bo alkohol już płynął mu chyba tylko w żyłach! Naprzeciw leżała cichutka babinka, której nie było w ogóle słychać, bo w większości spała. Obok niej babinka po wylewie, z problemami jelitowymi, głośno skarżąca się na to, że nie może się załatwić, nie przyjmując do wiadomości faktu iż ma założonego pampersa i jest cewnikowana. Dalej młoda dziewczyna z bólami brzucha, cicha jakby jej nie było. Następne dwa stanowiska wolne, bez łóżek. Na koniec kobieta, około 50-letnia, z twarzą posiniaczoną i zakrzepłymi zdarciami naskórka, głośno chwaląca się swoją chorobą alkoholową, i swoją głupotą, że dała się pobić w trakcie jakiejś libacji. Ile było stanowisk na sąsiedniej Sali, nie wiem, bo nie było widać z mojej.

Przyszedł lekarz, zbadał mnie, czyli tu postukał, tam popukał, wysłuchał tego, co miałam do powiedzenia, zlecił pobranie krwi, i  tyle. W międzyczasie przywieziono dwie kobiety, jedna z bardzo wysokim ciśnieniem, druga z kolei z ciśnieniem skaczącym co chwilę.  Posadzili na fotelikach, kazali czekać. Dwaj pielęgniarze uwijali się, jak w ukropie, co rusz wzywani to tu , to tam, bo każdy coś chciał, a to wodę podać, a to „nerkę”, a to zmienić pampersa, a to lek, a to zmienić kroplówkę, a to pojechać na rentgena lub usg. Normalny kołowrotek, bo i tego trzeba uspokoić, innego opiertentegoten, bo nie słucha zaleceń. A tu napływają nowi pacjenci z karetek, przyjeżdżających z okolicznych mieścin i wiosek: jęczącą, otyłą, starszą kobietę z padaczką i wysoką temperaturą, okutaną tylko w prześcieradło; starszego mocno pana, nie rozumiejącego, gdzie się znalazł, innego ze złamanym biodrem, który jednak szybko został przekazany na chirurgię; panią z silnym krwotokiem z nosa; staruszka z problemami gastrycznymi. Pani z padaczką i pani z krwotokiem dostały lóżko, panowie foteliki. Zjawiła się też znana mi z widzenia, bardzo niesympatyczna lekarka z oddziału rehabilitacji, która skarżyła się na bóle brzucha i obraziła się śmiertelnie, że też musi siedzieć na foteliku, a gdy lekarz dyżurny stwierdził iż dla niego jest zwykłym pacjentem, który musi poczekać na swoją kolej, wyszła wściekła! No cóż - SOR nie z gumy i chyba wszyscy równi !

Po 15-tej lekarze się zmienili. Nowy zlecił mi usg i rtg. Pielęgniarze uwijali się nadal, niektórzy nieliczni pacjenci zostali przekazani na inne oddziały, ja czekałam na kogoś, kto będzie miał chwilę, aby pojechać ze mną na prześwietlenia. Po godzinie wpadła jakaś pielęgniarka i mnie zabrała. Ledwo wróciłam, znowu pobrali mi krew, bo poprzednie wyniki wyszły dobrze, a lekarz zdecydował, że jeszcze należy oznaczyć troponiny. Zapowiadały się kolejne godziny leżenia i czekania. Zrobił się wieczór, pielęgniarzy zmieniły pielęgniarki, i zrobiło się tak jakby spokojniej. Po chwili jednak alkoholik z prawej strony, wychodząc z toalety po kolejnym wymiotowaniu wody, dostał alkoholowej padaczki, padł na podłogę na nos, zalał się krwią.  Zaraz po tym przywieziono faceta, też pod wpływem, którego musiało przytrzymywać czterech ratowników, zanim udało się go poskromić, pętając pasami.  Dziadek alzheimerowy próbował uciec, babcia cicha pojechała na wewnętrzny, do deliryka z lewej przyjechała w odwiedziny córka ( prześliczna dziewczyna ), jedną z pań od nadciśnienia skierowano na kardiologię, drugą wypuszczono do domu. Ja czekałam, dostając już odcisków na krzyżu i tylnej niewymownej. Dobrze, że Synek po uzgodnieniu z lekarzem dostarczył mi wodę ( wiecie, że na SORze nie wolno pić? ) i kolację, bo odjechałabym z głodu i pragnienia ( podany obiad, prócz galaretki na deser był nie do jedzenia ). A potem babinka od jelit prawie przeniosła się na lepszy świat, zaczęło się jej ratowanie, kolejne godziny mijały, i dopiero około 21 dostałam wypis. Wyniki badań moczu i krwi w normie,  usg i rtg bez zarzutu, sytuacja nieswoista, nadaje się do …..nie wiadomo czego, bo lekarz był skłonny do stwierdzenia, że to co się ze mną dzieje, to najprawdopodobniej efekt opóźnionego stresu, i mam się przygotować na kolejne niespodzianki, a tak w ogóle, to chyba byłoby najlepiej rozpracować problem z psychologiem.

Dziś, po prawie dobrze przespanej nocy, wszystko jak przedtem. Noga boli, lekarstwa mnie usypiają, odwołałam udział w wycieczce w Bieszczady, którą organizuje nasze towarzystwo zumbowe, i zastanawiam się gdzie by tu jeszcze uderzyć. Przychodzi mi ( prócz psychologa of course ) na myśl neurolog, ortopeda i prawdopodobnie jednak zrobić muszę test na boreliozę.

Ale od następnej wizyty na SOR – chroń  mnie Opatrzności Wyższa!

wtorek, 24 lipca 2018
Lenistwo lipcowe!

Nie nadaję się na upały! Jestem wtedy bardziej ślamazarna, jak mucha w smole! Dosłownie i nawet w przenośni!Dobrze, że to tylko końcówka taka, chociaż.....? Jak słyszę prognozy na sierpień, to strach się bać! Afryka dzika prawie się kroi!

Całe szczęście,że początek lipca był taki, jak pamiętam z dawien dawna, bo to i pokropiło u nas, i można było pojechać sobie do lasu na jagody, z czego skrzętnie korzystałam! Bo jakże byłoby nie skorzystać, skoro Wejherowianka wpadła i zaczęła mnie stawiać do pionu. W kwestii jagódek właśnie! To rowerkiem popylałyśmy na jagodowiska . Efekt był taki, że prawie przez tydzień jedzonko było pod znakiem jagód! No i słuszna ilość tych smacznych owoców leśnych została zamknięta w słoikach, a także zamrożona! Na zimę jak znalazł!

Ale czekała mnie rewizyta, którą już dłużej nie mogłam odwlekać. Tom wsiadła w opelka, i fru.... w obie strony zaliczyłam około 700 kaemów, a to też dlatego, że na wiosennym przeglądzie technicznym usłyszałam, iż samochód mój się marnuje!

Parę intensywnych dni spędziłam w miejscu, gdzie się Narew z Bugiem spotyka. Oczywiście, czas bardzo zapełniony nie tylko długimi rozmowami, ale też spacerami w krótkich przerwach między ulewami, które akuratnie przechodziły przez cały kraj!

 

Było też zwiedzanie miasteczka o najdłuższym rynku w Europie, i nawet udało się wdrapać bez zadyszki na trzydziestometrową wieżę,

  

aby później, prawie pod pałacem biskupim, przywitać się na ławeczce z Krzysztofem Klenczonem!

Obowiązkowo wręcz był jeden dzień w stolicy. Głównie muzeum Polin, z którego nie zamieszczam zdjęć, bo uważam, że każdy powinien odwiedzić to miejsce!

Udało się także późnym popołudniem przejść przez szafę w muzeum Domków dla lalek,

 

nawzruszać się do imentu na seansie w Multikinie - grano "Zimną wojnę", a także zadumać się w miejscu śmierci Szarego Człowieka!

Okazało się później, że ze stolicy prawie natychmiast powinnam znaleźć się w Grajdołku, by podnieść na duchu najmłodszego Braciszka, któremu akuratnie świat się zawalił na głowę, i tą głowę trzeba pomóc przestawić na lepsze tory! No i w ramach pogotowia emocjonalnego wpadliśmy do Golubia-Dobrzynia. 

Zaś powrót do własnej rzeczywistości, jak zwykle ostatnio u mnie, zielony! Bujam, wprawdzie krótko po krajowych opłotkach, podziwiając ich piękno, a na własne śmiecioszki brak czasu! Klon ozdobny należy przyciąć, bo niedługo to wielgachne drzewo będę miała, nie mówiąc o koszeniu trawy, i zastanowieniu się, co zrobić z donicami na tarasie. Bo w nich już teraz, po ogromnych ulewach, nędzne resztki pelargonii zostały, których chyba nie da rady uratować!

niedziela, 17 czerwca 2018
Dzień baaardzo Rodzinny!

Tydzień poprzedni zaczął się spokojnie, bo wcześniej tylko wstąpili do mnie Wielkopolanie, a potem dawno nie widziana Mazowszanka! A gdy już wizyty się odbyły, pojechałam sobie w tylko mi znajome miejsca, pełne zapachu poziomek! Nazbierałam 4 pojemniczki po mascarponowym serku! Parę dni spokojności po tym było.

Ale spokój nie na długo, bo skoro świt, pod koniec tygodnia- czyli mniej więcej około 11 - zjechali się młodsze dziecka na śniadanie, aby zaraz potem kibicować pływakom, co tłumnie przybyli nad nasze jezioro. Odbywał się bowiem czwarty triathlon Marbruku. Ludziów jak mrówków, gwar, skwar i jaśnista z ogonkiem, to mało powiedziane. My na całe szczęście, mamy chatkę pod koniec jeziora i możemy w każdej chwili skryć się na naszym spłachetku. Co oczywiście popełnialiśmy z ochotą wielką.

W międzyczaszasie okazało się , że Synek miał cel bardzo szczytny - nie tylko odwiedziny, gdyż umyślił tujowy żywopłot ogarnąć, by nie tylko leciał w oba boki, ale i wzdłuż, a także po kątach przeróżnych. Dziecię moje, które nigdy  w życiu tego nie robiło, porwało się jakby z motyką na słońce, ale ..... i Córcia ,która w międzyczasie do nas dobiła, i Synówka, tak chłopaka dopingowały, że obgolił był cały zielony płot, a potem, tośmy podziwiali tego efekt wszyscy cuzamen do kupy przy kolacji, która smakowała najbardziej pracusiowi.

 A potem były gadki-szmatki, przeróżne zajawki, wspominki, i cuda wianki na temat Ojca i Dziadka, i robiło się mgliście i szkliście, oczyska łzawiły, myśli biegały w poprzek i na wskoś nas, i na koniec Wnuczki nas doprowadziły do porządku, bo jak to tak, aby się mazali wszystkie, a tu trzeba nad jezioro biec, bo cuda wianki się dzieją! 

Tośmy uściskali się serdeczniście, i poleciało całe towarzystwo ku ludziom!

Zostałam sama. Dopiłam truskawkową margeritę i ....... tęskniąc, całym serduchem jestem za moimi Kochanymi! Bo jakby nie było, RODZINA zawsze górą!

sobota, 19 maja 2018
Dzień królewski

 

Jakoś tak kilka poprzednich dni dało mi w kość, i to zupełnie bez wyraźnej przyczyny!  Po prostu przejechał przeze mnie jakowyś buldożer, i tyle! Na bóle jednak najlepszy sen, zatem.........

Wstałam rano skoro świt, i fru.... na rower. Kwiaty królowej kwiatów zachęcają słodyczą i upojnym zapachem, pora na zbiory cudownych płatków!

Wróciłam po niecałych dwóch godzinach. Zabrałam się za czynności przeróżne, które miały mnie doprowadzić do uzyskania kilku niewielkich słoiczków konfitury różanej. No i śniadanie trzeba było zaliczyć. 

Odpaliłam telewizję, a tam...... ślub angielskiego księcia z amerykanką! Tom wsiąkła! Bo nie wiem, czy wiadomo, że do wzruszeń to ja pierwsza, a ślub to do tego jak najbardziej nadaję się!

Wypłakałam stare oczyska do imentu, wzruszyłam się niepomiernie przy kazaniu pastora z Hameryki, który przecudnie opowiadał o miłości i o ogniu, a tak w zasadzie o połączeniu tych żywiołów. A na koniec stwierdziłam, że muszę sie odstresować, tom znowu siadła na rower! Pojechałam pare kilometrów w las, na następne poletko, i uzbierałam kolejną porcję płatków królewskiego kwiatu. Zalałam wódecznością, niech się maceruje! Pod koniec roku będzie nalewka!

W sumie to nawet człek się nie zastanowi, a tu kolejne ziółka pchają się do przerobienia! Mniszek już odszedł w siną dal, i dobrze, że w ostatnim momencie z rajzów wróciłam, bo nie byłoby w komórce 13 słoiczków miodku i ok. 2 l nalewki. Na dzisiaj, różany nabytek, to 3 słoiczki konfitury i macerat różany z popołudniowego zbioru, który na reszte czynności poczeka 3 miesiace. Oczywiście, powtórzę jeszcze przynajmniej dwa razy jazdę rowerkową na te słodkie zbiory. Lubię nie tylko mieć kilka słoiczków różanych pyszności dla siebie, ale także na zapas - dla obdarowania tych, którzy mnie odwiedzają! Taki odchył, no!

A tu już zaczynają dojrzewać czarne bzy, których białe kwiaty niczym nie ustępują dzikim różom! Robota czeka, oj czeka!

sobota, 12 maja 2018
Z niewielką pomocą przyjaciół...

... miałam cudowną majówkę!

Kto pamieta dziennikową Wariatkę? To ta najlepszejsza z Wariatek dziennikowych! Wzięła i mnie porwała. I nic jej nie obchodziły moje mikre plany. Wrzuciła do samojezda i.... fru! Do Germanii wywiozła! A tam!?! Cuda wianki codzienne, zwiedzania przeróżne, smaki smakowite, krajobrazy malowane zielenią i wszystkimi barwami teczy. I troska , czy aby mi dobrze, i wino, i gadania nocne, i spokój, i nicniegadanie, bo po co, skoro rozumiemy się bez słów! I.... ech! Cud, mniód, i orzeszki! Doznałam takich pieknych wzruszeń, ściśnień gardła z wrażenia, że nawet nie umiem ich nazwać! KOCHANA!!! Za te serdeczne moje ślozy - dziękuję! Dziękuję! Dziękuję!

Twierdza w Julich! Smaczku dodaje fakt, że niedaleko stąd, w Stetternich, pracowałam u Rodziców Helene - drugiej żony Syna mojej pierwszej podopiecznej - babci Berty, tej, która uwielbiała mocny rum! 

Fontanna przed ratuszem miejskim w Wuppertalu 

Niewiarygodna w swoim kształcie swiatynia Mariacka w Velbert-Neviges. Zbudowana cała z betonu, w kształcie odległego w perspektywie miasta. A w środku odwzorowująca rynek miejski, z brukiem, latarniami i emporami po bokach, jakby piętrami domów!  Wręcz niewiarygodna! Jakby ktoś był ciekawy, to polecam stronę: www.szneider.eu>bazylika-mariacka-neviges

Niespodziewajka największa! Wycieczka do Holandii! Wiadomo, że tam przez wieki, wydzierano morzu ziemię! Wiadomo, ze jest depresja. Ale zobaczyc to na własne oczy? Niezapomniane wrażenia! Tu akurat wszystko się zgadza, bo kanał jest niżej szosy! 

Ale jechać poniżej poziomu wody i nie być zalanym? Cuda jakoweś, cy cóś? Ale to tam normalka. A już w ogóle płoty holenderskie, czyli działy wodne, to niespodziewajki przepiękne, i aż do zazdraszczania wielkiego. Bo każdy z domków okolony wodą, a z ulicy prowadzi do każdego domostwa mostek :-))))

A potem, to już małmazja dla oczu była! Pola tulipanowe! Tego się nie da opowiedzieć, to trzeba samemu zobaczyć!

Oczywiście, to tylko mały urywek tych cudowności tulipanowych! 

Na obiadek zajechaliśmy do Leide! Ilość rowerów powala! No i fakt, że rowerzyści mają pierwszeństwo przed wszelkimi pojazdami. Niewiarygodne!!! 

 A tak w ogóle, to Leide jest, jak mała Wenecja! Ilościa kanałów mogłaby jednak konkurować!

Zamek w Solingen

Najlepsze jest to, że zamek ten jest warowny, zatem wzniesiono go na wysokiej skale. Dostać się teraz tam można przede wszystkim kolejka gondolową, która pnie się po baaardzo stromym zboczu. Kto pamięta mój opis wjazdu na Szrenicę z Wariatką Najkochańszą, to wie, co było teraz też ! :-)))))) Na całe szczęście Wariatka Kochana poczuła głód i zasiadłyśmy w jednej z restauracyjek na ichnim, specjalnym sniadaniu! Poczwórny wafel z furą konfitury wisniowej, takąż furą gęstego ryżu na mleku, do tego precel, dwa suchary - z czekoladą i smietaną, do tego pucharek bitej śmietany z ptaszkiem jabłkowym, który słuzył do nabierania tejże śmietany; no i oczywista masełko oraz dwa rodzaje dżemów. O imbryku kawy i smietance doń już nie wspominam, bo to sie rozumie samo przed się! Nie muszę chyba dodawać, że nad tymi cymesami spędziłyśmy całą godzinę , mając przy tym cudne widoki z góry na caluteńką dolinę poniżej!

Na koniec jeszcze spacer pod najwyższym metalowym mostem w Niemczech - Mungstener Brucke.... i  juz w dniu nastepnym jechałam do Wejherowa! A tam dalszy ciąg przyjemności!

Dzień w Dworku w Bychowie, którym zarządza syn mojej Przyjaciółki, jeszcze ze studiów! 

 Długi spacer śladami wspólnymi ze Ślubnym:ścieżkami nad rzeczką, do krzyża nad nieznanym grobem; przechadzka w XVI wiecznej alei grabowej, potem niewielkie jeziorko, ślady nasze, nasze, nasze... i żal, że już ich nie będzie! Ale następnego dnia długa kijkowa wycieczka obrzeżami wejherowskiego parku, aż do Młynków. Potem polegiwanie na trawie i powrót zakończony przechadzką po mieście, które z roku na rok pięknieje!

I potem wspólny wyjazd do mnie. Basik z Maciejem zaliczyli po drodze, po raz pierwszy akwedukt w Fojutowie, a nastepnego dnia pojechaliśmy na rowerach do Dużych Sworów ( na fotce akurat są małe)

 

W międzyczasie było sielsko i muzycznie, bo Maciej nie rusza się bez gitary. No i uwielbia Puszkina, Wysockiego i Okudżawę! Nie dziw zatem, że duszoszczypatielnych pieśni było, ach było, i tylko żal, że wszystko trwało tak krótko! Zakonczyło się wspólnym zbieraniem mlecza o późnym poranku, z którego na dzień następny wyczarowany został miodek mniszkowy! 

Po wyjeździe wejherowskich Gości zaszalałam, i już jutro będę po raz trzeci nastawiać cudowną miksturę, podlaną słońcem !

Nie jestem jeszcze stuprocentowo pewna, ale wydaje mi się, że już niedługo, po niedzieli postaram się uaktywnić! Czego sobie życzę bardzo, a bardzo!

Dobranoc! 

 

 

 

niedziela, 22 kwietnia 2018
Żeby nie żyć samotnie!

Dzisiaj świętowalibyśmy 45-tą rocznicę naszego Małżeństwa!

Ale Ciebie już nie ma, a ja zostałam sama!

Ale nie jestem samotna, bo przecież trochę prawdy jest w jednej z ostatnich piosenek Dalidy!

"Żeby nie żyć samotnie, żyjemy z psem, żyjemy z różami, albo z krzyżykiem.

Żeby nie żyć samotnie, chodzimy do kina, kochamy wspomnienia, kochamy cień, cokolwiek.

Żeby nie żyć samotnie, czekamy na wiosne, a kiedy ona odchodzi, czekamy na następną.

Żeby nie żyć samotnie, kocham Cię i czekam na Ciebie, aby mieć złudzenia, że nie jestem sama.

Żeby nie żyć samotnie, dziewczyny kochają dziewczyny i widuje się chłopców biorących ślub z innymi chłopcami.

Żeby nie żyć samotnie, niektórzy płodzą dzieci, które zawsze są samotne, tak jak wszystkie dzieci.

Żeby nie żyć samotnie, wznosimy katedry, w których wszyscy są samotni i czepiają się gwiazd.

Żeby nie żyć samotnie, kocham Cię i czekam na Ciebie, by mieć złudzenie, że nie jestem sama.

Żeby nie żyć samotnie, poznajemy nowych przyjaciół i zapraszamy wszystkich w nudne wieczory.

Żeby nie żyć samotnie, żyjemy dla pieniędzy, dla swoich marzeń i pałaców, ale nigdy nikt nie zrobił dwuosobowej trumny.

Żyję z Tobą, jestem samotna przy Tobie, a Ty samotny przy mnie.

Żeby nie żyć samotnie, żyjemy jak ci, co mają złudzenia, że nie żyją samotnie."

 

 

 

czwartek, 29 marca 2018
ŻYCZENIA ŚWIĄTECZNE!

 

Rzeżusze - watki

Owcom - baranków

Pietruszce - natki

Skowronkom - ranków

Pisankom - pasków

Pisklętom - pisków

Zajacom - lasków

Indeksom - zysków

Marzannom - zgonu

Jajkom - świeżości

Baziom - wazonu 

A nam - radości!!!

I niech ta radość zagości w każdym serce, nie tylko tych, którzy tu cierpliwie zaglądają!

A poza tym - moi Kochani - życzę wiosennego nastroju i Wesołego Alleluja!!!!

czwartek, 21 grudnia 2017
Świątecznie!

 

Bywalcom, Gościom i Przelotnym Ptakom !!! - dziękując za moc Dobra w Waszych słowach -Dobrych Świąt!!!

 

sobota, 18 listopada 2017
...

 

 

 

Gdy się miało szczęście, które się nie trafia:

czyjeś ciało i ziemię całą,

a zostanie tylko fotografia,

to - to jest bardzo mało...

 

***

Niestety, nie udało się!

???

 

Kiedyś  tu wrócę!

piątek, 03 listopada 2017
Dobrzy ludzie!!!

Wbrew wszystkiemu, co jątrzy i dzieli, co obrzuca kalmuniami i najgorszą nienawiścią zionie, udaje się znaleźć czasami oazy spokoju, skrawki codzienności życzliwej i ludzi, którzy spieszą z pomocą. 

Nie wierzycie? Ale to najprawdziwsza prawda! Sama takiej życzliwości nie raz doświadczyłam.

Ot, na przykład wtedy, gdy mogłam po zakupy jechać tylko wcześnie rano, aby załatwić wszystko zanim Ślubny się obudzi i trzeba będzie doglądać go prawie bez przerwy. Sytuacja taka: zakupy w dużym markecie zrobione, dotaszczone do samochodu, wózek odstawiony. Jadę na pobliski ryneczek po świeże warzywa i owoce, a tu zonk! Gdzie torba z portfelem, w którym wszystkie dokumenty i karty bankomatowe? Zimny pot mnie oblewa, bo uświadamiam sobie, że pewnie ta torba, w trakcie odwożenia na swoje miejsce , została sobie wisząca zupełnie z przodu. A tam przecież hordy nie tylko cwaniaczków, co to za złocisza wózek dotargają! Co było robić. Z duszą na ramieniu wyrwałam opelkiem "z kopyta" pod market, a tam torby ani śladu, To ide do recepcji spytać się, czy kto jej nie zostawił. Prawie ryczę z bezsilności, ale tłumaczę panience, jak ta torba wygladała i co w niej jest. A Panienka wyjmuje torbę, moją jak najbardziej, potem sprawdza, czy wszystko w niej tak jak opisałam sie znajduje, i oczywicie, po sprawdzeniu danych z dowodu, oddaje mi ją z uśmiechem. Miałam ochotę ją uściskać, ale przecież to komu innemu powinnam dziękować. W tym momencie ktoś do mnie podchodzi. Odwracam się, a tam starsza pani dopytująca się, czy napewno nic z tej torby nie zginęło. Bo to Ona własnie ja odniosła do recepcji. Wyściskałam Kobiecinę serdecznie, pytając jednocześnie, jak mogę jej podziękować. A ona tylko poprosiła, by ją zawieźć na duży rynek. Ja bym ją i dalej zawiozła z tej radochy, że mi się wszystko znalazło, ale Pani była zdecydowana: rynek duży i ok! No, Anioł po prostu! :-))))

I znowu! Inny poranek, późnowrześniowy, gdy jadę na rzeczony powyżej duży rynek,po pomidory Lima. Akuratnie ma tam stoisko moja dawna znajoma, a te pomidory to najprawdziwsza małmazja, z których po ususzeniu, pyszności są w oliwie zaprawione. Pomodory sie ważą, trajkotamy o tym i owym, płacę, idę do samochodu, jadę do MBD. Dopiero w trakcie wypakowywania z bagażnika innych cudów-wianków, orientuje się, że czegoś brakuje. Jak myślicie, czego? Pomidorów. Pomyślałam sobie  jednak, że znajoma mi do następnego rynku te pompodory zostawi, a tu, po kilku godzinach dzwonek do drzwi i zjawia się Ona, taszcząc moją zapomnianą zgubę. Nie znała mojego nowego adresu, ale dopytała na starym miejscu, bo jej się chciało! Po prostu, Złoto w czystej postaci!

Niedawno natomiast, większość z Was, moich Blogoulubionych postanowiła mi pomóc, i zagłosowała nań w gminnym konkursie na najlepiej odtworzona etiudę teatralną! Chciało się Wam, moi Mili pamiętać, aby przez kilkanaście dni klikać właśnie na mnie. Co więcej, namawialiście do tego swoich bliskich, a może i kogo innego. I nie ważne jest w tym momencie, to, jakie miejsce osiągnę. Ważne, że mam w Was wspaniałych Przyjaciół. A że większości z Was nie znam? To drobiazg. I tak czuję przez skórę, że wszyscy jesteście tymi, którzy "znają Józefa", a  nawet gdyby nie, to i tak jesteście DE BEST.

Buziole dla Was wszystkich bez wyjątku, i jak zwykle duuużo Ciepłego i Puchatego!!!!

A rozstrzygnięcie konkursu będzie dopiero 24.11 na specjalnej gali gminnej!

Na koniec, dla równowagi, wieści niezbyt fajne, bo Ślubny tylko tydzień był w domu, gdy mu się kardiologiczne badania skończyły. Po sześciu dniach wyladował znowu w szpitalu, tym razem na wewnętrznym ( woda podchodziła od stóp do pasa  ), bo kardiologia zupełnie zajeta, łacznie z korytarzami. A po kolejnym tygodniu znowu mi go odesłali do domu. Od wczoraj samotrzeć walczymy znowu. Pociesza mnie tylko to, że bardzo dobrą fizjoterapeutkę załatwiłam, i jej uda się trochę mojego chłopa postawić na nogi. Bo jak nie, to ma On marne szanse na kardiowerter-defibrylator!!!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 114
Archiwum