Oba Vony juz w objęciach Morfeusza są! I dobrze. To już "nadaję", co u mnie. Z Am der Scherf nadaję, jakby kto nie pamiętał!
Podróż spokojna była bardzo, mimo tego, że w moim mieście żegnała mnie straszna wichura, z nie mniej gwałtownym deszczem. Ale po minięciu granicy - spokój!
Odbierała mnie z dworca Kristine, bo akurat w dniu, w którym przyjeżdżałam, oba Vony, razem z moją Zmienniczką byli w Kolonii. Wizyty różniste mieli u specjalistów. Wrócili późno! Na przywitanie zostałam wycałowana w policzki ( przez Frau) i ręce ( przez Herr). No! I jeszcze podziękowanie dostałam, że odkurzyłam pokoje, i poszłam z psami na spacer, zamiast spać po całej nocnej podróży. Ale przecież widziałam, że Zmienniczka nic z tych rzeczy nie zrobi, skoro rankiem już jechali załatwiać swoje sprawy. Ja i tak nie spałabym, to przynajmniej miałam zajęcie jakoweś.
Wieczorem tylko miałam lekki "zgryz", bo Herr von, za nic na świecie nie chciał, abym go z łóżka na "rolsztul" przenosiła, co było dla mnie dziwne, bo akurat tą czynność miałam ubiegłym razem opanowaną do perfekcji. Ale za to pierwszy raz, udało mi się go samej z rzeczonego rolsztula przeprowadzić na łóżko!!! A dzisiaj dubelt, i chyba ważniejszy, bo nikt ( czyli Frau ) mnie nie asekurował! Udało sie śpiewająco! Dumna jestem z siebie, jak nie wiem co! Dlaczego o tym piszę? Bo jeśli Frau będzie wiedziała, że może mi swego męża zostawić, gdyż sobie ze wszystkim poradzę, to będzie mogła jechać spokojnie do Szwajcarii do córki. I wtedy pobyt tutaj, jak jej nie ma, to jakby urlop! No co? Prawdę mówię! Takie realia!
Internet niby jest, ale trzeba go szukać. Wczoraj się nie udało! Dzisiaj jest z przerwami. Dlatego nie obiecuję systematyczności w odwiedzaniu moich wszystkich ULUBIONYCH!
Od paru dni pucuję, sprzątam, wyrzucam to, co zbędne, gotuję, zamrażam itd, itp. Bo jutro do pracki - na miesiąc. Wrócę dzień przed Wigilią! No! To wiadomo, nie? Wszystkie gospodynie świata, zwłaszcza te nasze, krajowe, wiedzą o co chodzi. I nie ma to-tamto! Musi być! I będzie!
Pawlacze, to w ubiegłym tygodniu miały remanent. Potem przyszła kolej na piwnicę. Ło matko pojedyncza! Czego tam nie było! Ślubny parę kursów do śmietnika uskutecznił. A najśmieszniejsze było to, że parę godzin później, to co my wyrzuciliśmy, komuś innemu się przydało, bo między kolejnymi wizytami śmieciarzy, niczego już przy śmietniku nie było. Czyli? Przy okazji, dobry uczynek został popełniony! :-)))) Najważniejsze jednak, że nie dałam książek ruszyć. Jest ich cały regał: min. wszelkiej maści sagi indańskie, cała historia Tomka Wilmowskiego, większość dzieł Fiedlera. I nikt tego nie chce. A wywalać - żal! Tak jestem nauczona. Książek i chleba - nie wolno!
To dziwne, ale w nowych komodach też jakiś bałaganik się zagościł. A przecież nie dalej, jak rok temu wszystko było nowe, nowiuteńkie; stare papierzyska na przemiał poszły i na półkach oraz w szufladach przestrzennie się zrobiło! Tymczasem papiery znowu pączkują! Jakim cudem, pojęcia nie mam.
Wczoraj wszystkie okna pomyłam. Z każdej strony. No co? U mnie to takie oczywiste nie jest. Na parterze mieszkam i zdarza się, że często pucuję tylko jednostronnie - od nawietrznej! A nocą mnie chyba już tradycyjny reisefiber złapał. Na dodatek Ślubny chrapanko takie odstawił, że klękajcie narody! Więc markowałam sobie po pokojach.
Od piątej już firany zdejmowałam i nastawiłam do prania. Potem, to juz samo biegło: pędzić do markietu kupić wędzone, paczkowane próżniowo pstrągi. Były, ale ze zbyt bliską datą ważności. Nowa dostawa za godzinę. Powrót do domu, przy okazji powieszenie wypranych firan, aby ściekały. Znowy po ryby. Są! Zapakować, dorzucić suszonych grzybków, wysłać do Francji. Kupić koperty. Kartki świąteczne wypisać. Jakoś w tym roku ich mniej, tylko 19. Trudno, Ślubny wyśle w odpowiednim czasie te, które zostały z ubiegłego roku. Póki co, nowych jeszcze nie ma. Jak zdążę po powrocie, to będę maile wysyłać, chociaż to już nie to samo!
Oczywiście, skypowo trzeba poszaleć! No, papatrzcie państwo, a to już ta godzina! Szybko więc - obiad nastawić: klopsiki w białym sosie, surówka z pekinki, ziemniaczki. Nastawić fasolkę po bretońsku, bo sobie moje szczęście zażyczyło! A ta fasola się moczy, i moczy, a moczy! Może jutro uda się skończyć! Zatem! Kurcgalopem do Dzieci, pożegnać się. Takoż z Wnukami. Powoli wyjmować z szaf to, co powinnam zabrać. A zgryz przy tym, że ho,ho. Bo pogoda jakaś taka ,bardziej wiosenna. A jak złapie mnie tam sroga zima? No, i listę spraw do załatwienia przez Ślubnego sporządzić. Bo wiadomo, zgodnie z zasadą, chłop musi mieć zajęcie, aby głupich myśli nie dostawał.
Rzeczony chłop, czyli osobisty Ślubny pobiegł do sklepu, bo dostał ochoty na winko i porządne pożegnanie!
To chyba już znikam, co?
Odezwę się za parę dni, jak już na dobre się ukokoszę za Odra!
8-dniowa wycieczka, z czego 6 dni intensywnego zwiedzania. Cały czas na walizkach, bo tylko dwie ostatnie noce spaliśmy w tym samym hotelu. Wszędzie dojazd autobusem, zresztą bardzo wygodnym, klimatyzowanym, z przesympatyczną pilotką. Tylko 2 dni, to jazda ponad 6 godzin. Pozostałe 2-3 godz. jazdy - 2 godz. zwiedzania przed południem, a po południu to samo. W trakcie zwiedzania wszystko tłumaczyli i objaśniali nam przewodnicy Polacy, na stałe mieszkający w danym kraju.
Jedzenie środkowoeuropejskie. Żadnych luksusów, ale można było być sytym cały dzień. Poza tym, zawsze można było sobie coś dokupić, zwłaszcza wspaniałe, wygrzane słońcem owoce i warzywa ( pomidory - bajka! Tak smacznych nie jadłam dotychczas). Jakość hoteli różna, ale za niezbyt wygórowaną cenę chyba nie można spodziewać się hotelu z 5 gwiadkami. Jak wiadomo, Polacy to wieczni malkontenci i nie brakowało w naszej grupie osób , które notorycznie miały wszystko za złe.
Sposób zwiedzania świata obrany przeze mnie, nie każdemu musi odpowiadać. To podawanie nam wszystkiego w przysłowiowej pigułce. We wiecznym niedoczasie i pilnowaniu zegarka. Ale ja to lubię i wcale mi to nie przeszkadzało. Ot! Maksimum wrażeń w jak najkrótszm czasie. Ciekawostką było to, że w naszej grupie było bardzo dużo starszych małżeństw, które sobie doskonale radziły w tym podróżniczym pędzie. Co więcej, zawsze dobrze przygotowani, z dodatkowymi informatorami i mapami. Tylko pozazdrościć!
Dla mnie najważniejsze było to, że mogłam te wszystkie wspaniałe miejsca oglądać razem z Córką, i bardzo się ze sobą zbliżyłyśmy.
Już planujemy wspólną wycieczkę do Italii! Za dwa lata!
Czarnogóra była jedynym państwem, którego nie podbili Turcy. Może stało się tak dzięki twierdzom, wznoszonym z dużym trudem wielu strategicznych miejscach kraju? Osada jednej z takich twierdz czuwała nas spokojem mieszkańców Kotoru.
Kotor to miasto portowe, położone u stóp masywu Locern, które okalają potężne mury obronne. Pną się one także wysoko do góry, gdzie łączą się z twierdzą św. Jana na Samotnym Wzgórzu. W sumie mają 4,5 km długości, 20 m wysokość i 15 m szerokości. Jest to najlepiej zachowane średniowieczne miasto w Europie, którego historia sięga korzeniami IX wieku. Broniący się przed Turkami mieszkańcy nie mieli nic przeciwko kolonizacji przez bogatych Wenecjan. Do dziś ślady tej zależności widać o kotorskich domach, które w wielu miejscach zdobią lwy – symbol Wenecji. Także w architekturze pałaców łatwo doszukać się weneckiej mody. Naprzeciwko bramy wejściowej, stoi wieża zegarowa z 1602 r, a obok biegnie wąska uliczka (innych tu nie ma), która prowadzi do kościoła św. Mihovila gdzie mogliśmy obejrzeć malowidła ścienne z XIV wieku i lapidarium z kamiennymi pomnikami i resztkami budowli z IX i XI wieku. Romańską katedrę św. Tripuna, wybudowaną w 1166 r. na miejscu świątyni z IX wieku, zdobią freski z XIV wieku. Jest tam też skarbiec z wyrobami złotników weneckich. Nieco później, bo w XIV wieku, pojawiła się tu srebrna płaskorzeźba, przedstawiająca żywot św. Tripuna. Niemniej piekny jest romański kościół św. Anny powstały w końcu XII w. z freskami z XV wieku. Spacerując po Kotorzelepiej się nie spieszyć – by niechcący nie przegapić pałacu Prima z XVI w, ozdobionego wzdłuż całej budowli balkonem.
Z Kotoru jedziemy wzdłóż Boki Kotorskiej, wspinając się coraz wyżej słynnymi, stromymi serpentynami, z których rozciąga się wspaniały widok na granatowe morze, które, niczym fiord, wdziera się w głąb lądu. Brzegi zatoki wręcz toną w bujnej roślinność śródziemnomorska. Panujący tu klimat sprzyja drzewom cytrusowym, palmom, granatom i magnoliom.
Zatrzymujemy się w niewielkiej wiosce u podnóży masywu Lovcen. To Njegusza. Miejsce narodzin przedstawicieli dynastii Petrowiczów, obecnie słynie ono z produkcji sera i wędzonej szynki.
Następnie udajemy się do Cetinje, historycznej stolicy Czarnogóry i zwiedzamy stary monastyr. Skarbów, pełnych bizantyjskiego przepychu pilnuje tam jeden mnich, który w trakcie oprowadzania nas po muzealnych salach bacznie patrzył, czy mu nic nie zginie. Ponoć nie ma tam żadnej instalacji alarmowej.
Dzień kończymy w Budvie, najatrakcyjniejszym miejscu Czarnogóry. Spacerujemy po starym mieście, z murami obronnymi z XV wieku, tworzącymi system fortyfikacji z bramami i wieżami. Chodzimy po murach, podziwiając przepiękny widok starego miasta, z wąskimi uliczkami, placami i zabytkami.
Poszłam sobie rano do fryzjerki. Ot, włosy podciąć, bo już za długie.
I tak sobie gawędziłyśmy. Ona mnie pytała, jak tam w Niemczech było, ja opowiadałam. Jak to u fryzjera.
I przypomniały mi się na tym fryzjerskim fotelu dwie sprawy. Jedna, to to, że Frau von nie mogła zrozumieć, dlaczego ja nie golę mojego wąsika. A druga sprawa, to taka, że usłyszałam od dobrej znajomej słowa krytyki chyba. Chodziło mianowicie o to, że powinnam iść do kosmetyczki, aby ta dobrała do mojej twarzy sposób makijażu, bo obecny jest oględnie mówiąc pase (niebieskości i róże )!
Dla naszych Panów to my zawsze chętnie dbamy o urodę. Ale dla innych Kobiet. O! To już człeka boli, i czuje człek, że mu na ambicje się wjeżdza!
Akurat przy fryzjerce salon kosmetyczny się znajduje. To już można się domyślić co zrobiłam. Przeniosłam się tam na trochę. Efektem tego jest brak owłosienia górnej wargi oraz wyregulowane brwi. Oczy nabrały głębi, a w odcieniu starej zieleni, całkiem ciekawe są. Pomadka też inna.
Idąc za ciosem podreptałam do perfumerii, aby nabyć stosowne kosmetyki. Jestem uboższa o parę setek, ale warto było, bo Ślubny stwierdził, że dawno tak pięknie nie wyglądałam! Sic!
To teraz powinnam podziękować Frau von, co za niecały tydzień uczynię. No, i kumpeli! Kochana! Dziękuję!
Ale za to wpadło mi w oczy urzadzenie sprzed ćwierć wieku. Czajnik, rura grubsza, miedziana, czy też inszej preweniencji metalowej. Do tego spiralka z takiegoż materiału uskuteczniona. Oraz dwie rurki plastikowe, zbrojone drucikiem.
Po co mi takie badziewie pytam Ślubnego! - Wywalaj!
Ślubny wpadł w rozpacz!
No przestań! - mówi do mnie! - Czym się będę za kilkanaście lat wnukom chwalił? Noooo!!!!!
Ale wymyślił - pomyślałam sobie. Też jest się czym chwalić!!!
CzekaŁam dalej! Na wyjaśnienia, po co mu ona maszyneria.
Drzewiej, to ja rozumiem. Wódeczność i wina, to były artykuły na kartki. I w onych czasach, czyli między 70-siątym a 80-siątym rokiem ubiegłego wieku ( ale to się słyszy!!!! ), połowa kraju przynajmniej "pędziła"! Księżycówkę! Albo "1410" - czyli Bitwę pod Grunwaldem! Przepis na bitwę był prosty, jak postronek: 10 l wody, 4 kg cukru, 10 dkg drożdży!
U mnie się pędziło okazjonalnie. Jak owoce były! Na działce naszej ogródkowej. A nalewki na tej księżycówie, to była sama małmazja. Bośmy używali np. truskawki, wiśnie, maliny, śliwki, jeżyny. I z tych ostatnich owoców - to już było mistrzostwo świata!
A potem, działkę sprzedaliśmy, aby dołożyć do gruntów nowego siedliska, ale nad pobliskim jeziorem. Spirytus, wódkę i wino można było kupić normalnie, bez kartek.
Maszyna wylądowała w pawlaczu, do którego części nikt nie zaglądał. Aż do wczoraj! I w majestacie Święta Narodowego, do śmietnika, powędrował pewien, nasz prywatny śmieć historii!
I byłoby wszystko ok!
Ale wieczorem, gdy chciałam ułożyć naczynia z suszarki, i złapałam jeden z kilku kielichów ze szkła kryształowego, została mi w ręku tylko nóżka, a osobno puchar.
Nieraz Go widziałaś, patrzyłaś z nadzieją, że kiedyś będzie Twój.
I był. Przez chwilę, czasem.
Tak bardzo się starałaś. Pieczołowicie dbałaś.
Nie wiedzieć czemu, wystarczył moment, chwila nieuwagi, zapomnienia.
Rozbił się, na drobne kawałki rozbił.
Równie pieczołowicie zebrałaś wszystkie skorupki i z równą starannością poskładałaś w całość.
Ale to już nie była całość.
Lekko trąciłaś Go i wydał fałszywy dźwięk.
Taki już będzie zawsze.
Poturlały się łzy.
Noce stały się białe.
Serce pękło wraz z Nim.
Bez Niego świat jest inny.
Są jeszcze Dzbany, równie piękne, ale tamten był jedyny.
A życie toczy się dalej."
Toczy się, i toczy to życie, i nawet się nie spodziewa człowiek, z której strony sięgnie nas złe. Rozstałyśmy się dziś w gniewie. Ale ja już naprawdę nie wiem, co robić, i nie umiem już tłumaczyć , że tak nie można. Że powinna się leczyć, a najlepiej niech się wymiksuje z tego toksycznego związku. Ma swoje mieszkanie. Niech zostawi tego opoja, ten dom, który przekształcił się w melinę śmierdzącą piwskiem i wódą od progu. Powinna spojrzeć na siebie w lustro. Może, jak zobaczy swoją twarz zapadłą, szarą, z podkrążonymi oczyma, te siwe odrosty włosów, te trzęsące się dłonie - może nareszcie ochłonie!