1. Heine.
Niewysoki, przysadziasty, lekko łysiejocy. Bardzo energiczny i gadatliwy. Pracował całe życie jako fryzjer, a nawet teraz sobie czasami dorabia, jak znajomi, koledzy, czy synowie poproszą go o strzyżenie. Największą jego pasją jest składanie modeli lokomotyw i pociągów. W jednym z pomieszczeń w piwnicy stoi ogromna, przez niego wykonana makieta, na której wśród pól, lasów, miasteczek i dworców kolejowych jeżdżą minianturowe pociągi. Nie ma dnia, aby tam nie schodził, przesiaduje długie godziny i podziwia swoje dzieło. Gra także towarzysko w karty, no i muzykuje. Akordeon, pianino i organy nie mają przed nim tajemnic. Razem ze swoją żoną Hannelore zjeździli cały świat, gdy on grał w różnych kapelach i zespołach na statkach wycieczkowych, w dobrych restauracjach na uroczystych imprezach czy dansingach. Do tej pory gra na weselach i festynach, których tu w Niemczech niemało. Niestety, rzadko gra w domu, mimo tego, że w salonie stoją organy, a w piwnicy pianino. Szkoda, bo już myślałam, że będę miała takie fajne koncerty jak w Vechcie u Profesora. Daje się namówić jedynie wtedy na granie, gdy przychodzi terapeutka i ćwiczymy w rytm muzyki z jego żoną. Początkowo, nastawiona negatywnie przez Elke, podchodziłam do niego jak do jeża. Ale czas mijał i wszystko to, co nagadała Elka zupełnie nie zgadzało się z tym, co ja odbierałam. Miał być obleśny. Hm. Ja wiem, że stary facet, chodzący po domu rano w obwisłych gatkach i byle jakiej górze od piżamy, na Adonisa nie wygląda, ale w końcu jest u siebie w domu, nie musi się mnie krępować. Zresztą z tym skrępowaniem u Niemców to zupełnie inaczej jest, niż u nas. Nie jesteśmy tak swobodni, jak ludzie tutaj, niestety kołtun i świętoszkowatość jeszcze się w Polsce dobrze trzymają. Miał być nieprzyjemny , gburowaty i złośliwy. Nie jest. Wprost przeciwnie, odnosi się do mnie z szacunkiem, jest miły, zawsze uśmiechnięty i usłużny. Już trzeciego dnia przyniósł mi bombonierkę, ale ja jeszcze wtedy trochę w stresie byłam i odmówiłam jej wzięcia, tłumacząc się tym, że nie jem słodyczy. Bo przecież według Elki, On mógłby potem wydzwaniać po znajomych, że mu wyjadam jego. Dużo rozmawiamy, przy czym on widząc, że moja mowa niezbyt dobra jest, pomaga mi gestykulując czy też wręcz poprawia, czego absolutnie nie mam mu za złe. O co kolwiek poproszę, nie ma problemu, jest załatwione. Pierwszego dnia był mocno zadziwiony, że dostał zadanie przywiezienia mi ze sklepu wielu środków czystości. Ja wprawdzie pedantyczny czyścioszek jestem, rąk też nie lubię sobie pracą urywać, ale to co moja poprzedniczka zostawiła, nie zadziwiło mnie. Według Elki powinnam chodzić głodna, a Pan wszystko, co sobie kupi, wyjada po nocach i biada każdemu, jeśli mu się coś z lodówki w piwnicy podbierze. Owszem, na początku podchodził nieufnie do tego, co gotowałam. Ale już na trzeci dzień przyszedł do kuchni i poprosił o to samo, co myśmy jadły. I tak zostało. Kiedy siedział do południa w jakiś tam swoich kiełbasach, a teraz czeka na popołudnie, bo wie, że kiedy skończy się przerwa, będzie obiadek. Jabłka w cieście mogłabym mu robić co drugi dzień! Na dodatek sam proponuje, abym przeglądała lodówkę w piwnicy,jeśli mam na coś ochotę, śmiało korzystała. Robiąc mu listę zakupów żywnościowych mam trochę kłopotu, bo on musi mieć wszystko określone dokładnie, nie tylko co to za towar, ale jaka gramatura, w jakim opakowaniu ( czy karton, czy szkło, czy puszka ), jakiego koloru opakowanie i obrazek na nim. Dał się jednak przekonać i już nie wyrzuca gazetek reklamowych, tylko mi przynosi, abym miała podpowiedzi. Owszem, proponował, abym to ja jeździła na zakupy. Ale on ma ogromna beemwicę, na dodatek automatic, a ja w życiu czymś takim nie jeździłam. Nie ma mowy! Zapomnę o nie myśleniu o lewej nodze i gdzieś huknę, a potem będę do końca życia spłacać! Nigdy! Jest jednak coś, co mnie wkurza. W końcu nie może być tak różowo, prawda? Otóż, Pan uwielbia czosnek i gryzie go całymi dniami. Jak w domu pachnie całym, nie musze chyba pisać. Do tego ma głupie przyzwyczajenie wrzucać do lodówki w kuchni najbardziej śmierdzący ser świata bez opakowania. Jak taka lodówka „waniajet”, też chyba nie musze pisać! No, i to jego protekcjonalne poklepywanie po moich plecach, gdy jest zadowolony z postępów ćwiczeń swojej żony! No, i żeby się częściej mył i ciuchy zmieniał, bo już się zastanawiam, czy samej te ciuchy mu nie podbierać rano i wrzucać do prania!!!! Wrrr!!! Ale i tak, dzień po dniu przekonywałam się, że opowieści Elki, jaki to on diabeł wycielony, nie mają żadnego pokrycia z rzeczywistości. Wobec wszystkich mnie chwali i nazywa pełrą. Co więcej, zrobił coś, czego się najmniej spodziewałam. W ubiegłym tygodniu dał premię, jak powiedział, za dobrą pracę z jego żoną! I nie jest ważne, czy dał dużo, czy mało, ale to, iż mnie docenił. Próbował mnie nawet przekonać, abym została 3 miesiące, ale tu niestety się uparłam, że nie, bo dla mnie to za długo. Zgodziłam się jedynie przedłużyć mój pobyt o 4 dni w stosunku do planowanego, bo akurat wypadło mu wesele na którym gra, a on wolałby mnie w tym czasie przy żonie, niż kogoś, co dopiero do nich przyjedzie mnie zmienić. Bo, że wrócę, to dla niego już teraz jest oczywiste! Dla Jutty też! Ona w ogóle zadowolona jest, że znalazł wreszcie się ktoś, kto podpasował Herr Heine. A dla mnie nie koniecznie jest to takie oczywiste, bo nauczona doświadczeniem wiem, że mogą być różne niespodzianki. Chciałabym zatrzymać tą robotę na dłużej, bo ciężko nie jest, płaca wyższa, jak do tej pory, a ślimaczący się net mi nie przeszkadza:). Jak i nie przeszkadza to, że nie ma tu żadnych rozrywek, typu sklepy, a pewnie już nie zdarzy się także taki lusksus, jak w Bonn, gdzie miałam jeden dzień w tygodniu wolni. W końcu nie można mieć zawsze wszystkiego. Jak to mówił jeden mój znajomy: "coś trzeba stracić, aby coś zyskać"! Jednak póki,co się nie nastawiam, aby nie zapeszyć.
Na drugi dzień po moim przyjeździe, Jutta zjawiła się całkiem rano, sprawdzić jak sobie radzę z wynajmowaniem Hanny z łóżka. Ale dla mnie akurat, to żaden problem. Gdy się wyciągało z łoża 130 kilogramowego von Herr, takie chucherko, jak nowa podopieczna, to bułka z masłem. Problem jedynie mogło byćto, że babcia mnie jeszcze nie zna i może mi nie ufać na tyle, aby jednocześnie pomóc mi w miarę swoich skromnych sił. Ale egzamin wypadł pomyślnie, więc już po godzinie, kiedy Hanne nakarmiłam, usiedliśmy przy stole wszyscy, na małą naradę aby poczynić niezbędne ustalenia dotyczące mojej pracy. Najważniejsze były dla mnie trzy sprawy:
1. Czas wolny dla mnie.
Okazało się, że Pan nie widzi żadnych przeszkód, abym w czasie popołudniowej przerwy, gdy Hanne trzeba położyć do łóżka, taki czas dla siebie miała. Także wieczorem, gdy Hanne pójdzie spać, mam już wolne. Pan prosi jedynie o to, aby być wtedy przy żonie, gdy go nie ma. Czyli, gdy on jedzie na zakupy lub wieczorem wyjeżdża grać w karty lub na imprezy muzyczne. Będzie się czuł spokojniej, mając świadomość, że w każdej chwili będę mogła jej pomóc, w razie takiej potrzeby.W praktyce wygląda to tak, ze owszem przerwa jest, a ja siedzę w swoim pokoju. Całe szczęście, że mam i pokaźny zapas filmów, a i książki do czytania w laptopie jak znalazł! Pogoda taka od dwóch tygodni, że nawet wyjść się nie chce nigdzie. Jak nie huraganowe wichury, to deszcz, albo deszcz ze śniegiem. Zresztą, tu nie bardzo jest gdzie jiść, a chodzenie bez celu wąskimi uliczkami, bo chodników tu nie ma, średnio mnie pociąga.
2. Możliwość korzystania z opcji tanich telefonów na kraj.
Załatwienie tej sprawy Pan powierzył Jucie. Oczywiście, zobowiązała się do tego, że zamówi odpowiedni pakiet, abym w ciągu tygodnia mogła już bez przeszkód dzwonić do kraju. Póki co jednak, zaczął się trzeci tydzień mojego pobytu tutaj, a ja jak nie mam opcji flatrate, tak nie mam. Jutta zresztą też się już więcej nie pokazała, na telefony nie reaguje, a jak już, to albo jest chora, albo ma komputer zepsuty. Chyba będę musiała się uciec do jakiegoś szantażu, bo szlag mnie trafia. Dobrze, że Pioterowa poszukała mi tanie prefiksy, to chociaż dwa razy w tygodniu sobie trochę ze Ślubnym pogadam.
Co do telefonów w ogóle, czyli w przypadku, gdy ktoś do mnie dzwoni, to według Elki był to horror. Niby oboje państwo mieli się wyrazić, że nie cierpią naszej mowy! Byłoby to co najmniej dziwne, bo po co w takim razie im polskie opiekunki? Póki co, nie widzę
tego, by im moje „szeleszczenie „ było w smak. Nikt nie dał mi do zrozumienia, że nie ma z tym problem. Zresztą, nie dostaję telefonów co dzień. W końcu blagierki żyjące w Niemczech też pracują, i trudno wymagać, aby do mnie na okrągło wydzwaniały, bo ja tęsknię za naszą mową. Z kolei, ja nie telefonuję po Niemczech, bo nie chcę usłyszeć później zarzutów, że wydzwoniłam jakieś horrendalne sumy ( a to było też zarzucane Elce ).
Owszem, zdarzyło się, że Pan powiedział komuś, kto do mnie dzwonił, że mnie nie ma, ale to było na początku mojego pobytu tutaj, i raczej stawiam na nieporozumienie językowe, niż celowe lub złośliwe działanie.
3. Aprowizacja
Tu praktycznie nie było niespodzianek. Powiedziałam, że gotuję, i że nie tylko Hanne musi jeść, by nabrać sił, ale ja także, bo praca jest ciężka i już! Będę robiła listy zakupów i oczekuję ich realizacji, oczywiście po porozumieniu się z Panem co do jadłospisu na kilka dni w przód. O dziwo nie było sprzeciwów. Pan się zaoferował, tylko poprosił, abym wszystko mu zawsze dokładnie wypisywała, dla niego to nowość będzie to chodzenie po marketach. Oświadczył też, że on musi z nami nie będzie jadł, bo lubi zupełnie co innego niż żona, i sam sobie kupuje różne półprodukty lub dania gotowe. Poczekamy, zobaczymy, pomyślałam sobie, Jeszcze nikt się nie oparł kuchni polskiej! ))
Rodzinkę opisze następnym razem, a w ramach wiadomości stąd, to mogę tylko chodzić po bloxowych blogach, o ile nie mają zdjęć. Blogi z innych portali nie do przeskoczenia!
Nocna podróż do Hamburga minęła szybciuteńko. Krótko po 5,30 ,zaraz po wyjściu z autobusu, puściłam sms do koordynatorki niemieckiej, że już jestem i na nią czekam. Znalazłam poczekalnię. Cieplutką. Usiadłam. Czekam. Nawet niedługo, bo już po pół godzinie telefon, że mam pomachać ręką. Pomachałam, a z drugiego końca sali już kroczy do mnie pańcia w średnim wieku i z daleka się śmieje. Tośmy się przywitały, po drodze Jutta zgarnęła jeszcze jedną Polkę-Ewę spod Barcina, i poszłyśmy na parking. Władowałyśmy bagaże do samochodu. Jedziemy. Po chwili Jutta zapala papierosa. No to ją poprosiłam, aby się wstrzymała z paleniem, bo mam astmę. A ta mi mówi, że mam sobie okno otworzyć! No! Otworzyłam, ale zaraz udałam taki napad kaszlu, że Niemka od razu kopciucha zgasiła! Za to słodkim głosem poinformowała mnie, że zupełnie zapomniała powiedzieć o pewnym szczególe, który mnie czeka na miejscu. Mianowicie, prócz pani do opieki, bardzo energicznego jej męża, jest jeszcze 100 letnia babcia z demencją. Ładny pakiet powitalny, pomyślałam sobie. Pewnie przyjdzie zwiewać!
Po 50 minutach dojechałyśmy na miejsce. A tam od razu, wychodzi z domu ruda, krótko obcięta, postawna kobitka, w kozakach muszkieterach, półprzezroczystych legginsach, spod których wystawały springi, skórzanej obcisłej bluzce z dekoltem, z którego wylewał się niezły biust, i wrzuciła do samochodu Jutty swoje bagaże. Jutta kazała jej Ewę ugościć, a mnie wprowadzić we wszystkie sprawy tyczące opieki. Sama pojechała gdzieś, niby sprawdzić, czy miejsce dla Ewy jest już gotowe. Ta, jakaś cała podminowana, na wstępie poinformowała, że trafić gorzej nie można. Bo dziad jest obleśny, wszystkiego zakazuje; on i jego żona nie cierpi Polaków, a na dźwięk polskiej mowy to ich skręca; niczego nie można gotować, a jak już, to tylko odgrzewa się jakieś gotowe produkty, które on przywozi; doprosić się o zakupy to można zapomnieć i ona często chodziła głodna, a pewne też, iż dziad chce swoją żonę i matkę zamorzyć głodem; za wszystkie rozmowy telefoniczne kasuje; niczego nie można ruszyć, bo dziad natychmiast się wydziera. A w ogóle, to „obrabia” wszystkie opiekunki i wystawia okropną opinię. Pierwszą oskarżył o kradzież biżuterii żony, ją o alkoholizm i wypicie 16 butelek wina, ciekawe, co w kolejności dla mnie wymyśli! Z minuty na minutę robiło się coraz bardziej niemiło. Nawet mi się spać nie chciało, a nawet jeść, tak miałam ściśnięty żołądek. A jak na koniec powiedziała, że będę miała wszystkie noce nieprzespana, bo babcia z „pakietu” rajzuje, to już miałam wszystkiego dość! Te kilka godzin z Elką, jej nieustannie straszenie mnie atmosferą tego domu i tym, jak okropni są tu ludzie wprowadziło mnie w taki stres, jak nigdy dotąd. Byłam gotowa natychmiast wracać do kraju! Tylko coś mi się nie zgadzało, że Jutta też do Elki była bardzo niemiła.
Przyjechała Jutta, zjawił się też Pan domu, skasował od Elki za wygadane przez nią telefony. Oczywiście, nie było między nimi żadnego pożegnania. Pan poprosił mnie do pokoju. Wypytał gdzie i jak długo pracowałam, co robiłam. Po chwili doszła Jutta, poprosiła dziada o forsę na zakupy, bo według Elki niczego w kuchni nie było. Mnie wypytała co ma kupić na pierwsze dni, zabrała Elkę, i pojechała. Siedziałyśmy z Ewką oniemiałe całą sytuacją. W końcu stwierdziłyśmy, że trzeba faktycznie zobaczyć, jak się sprawy mają, a dopiero w „razie draki” zwiewać!
Gdy Jutta po paru kolejnych godzinach zabrała Ewkę, … zostałam sama, ponoć w najgorszym miejscu na ziemi. No, to raz „kozie śmierć”! Ale co dalej, napisze w następnym poście.
Teraz jeszcze ogłoszenia, bo muszę coś wyjaśnić. Otóż, net z explorera tak się ślimaczy, że najstarszy żółw na świecie jest na pewno od niego szybszy. Wejście do mojego bloga i odwiedzenie trzech kolejnych z pozostawieniem komentarza zajmuje mi godzinę. Aby sprawdzić, czy komentarz jest dodany, się nie da. Na te u mnie, nawet nie odpowiadam, bo zajęłoby to wieki. Zatem: „wicie, rozumicie”, może mi się uda czasem kogoś nawiedzić, ale gwarancji żadnej nie ma. Nie mogę przecież poświęcać całych nocy na ślęczenie w necie.
Cały worek serdeczności podsyłam Wszystkim Czytelnikom! ))
Jak ja sama mogłam na to nie wpaść? Chyba tylko dlatego, że skleroza galopująca mnie bierze ( pewnie się już do moich podopiecznych upadabniam, hi,hi,hi ), a i blondynka przecież tesz jestem. Wprawdzie farbowana, ale.... pewnie takie też czasami nie myślą. Jak przyjechałam do Rosengarten, najpierw sprawdziłam możliwości zakupu doładowania netu. Były zerowe. Ale od czego jest nieoceniona Pioterowa? Już po dwóch dniach dostałam od niej potrzebne cyferki. Tylko, że ani firefox, ani chrome, nie chciały się zgłosić - nie dało się znaleźć serwerów. Dziwne tylko było to, że działał gg i w porywach skype , wprawdzie kabelków też oczywiście do niego nie miałam, ale pisany ślimakowato chodził. Pioterowej to nie dawało pewnie spokoju, bo wczoraj dostałam wiadomość, że jej Osobisty radzi spróbować explorera! To spróbowałam! I voila! Pioterowa! Osobistemu ogromny buziol sie należy!!! Chodzi bardzo wolno, i o tylko bardzo późnym wieczorem, co sprawdziłam dzisiaj podczas przerwy obiadowej, gdy też odzewu nie było. Jest też tylko w moim pokoiku na pięterku, na dole, u państwa nawet nie zamruga. Zatem to, że ja przez przypadek wlazłam w ustawienia sieciowe, nie było przyczyną. To otoczenie, w którym się znajduję. A jestem gdzieś około 40-50km od centrum Hamburga, w miejscu, gdzie sa tylko domki, ogródki, krótkie uliczki, i to wszystko otoczone lasem. Do tego dom jest w dołku, a wkoło inne większe domy. Do najbliższego sklepu jakieś 5-6 km, do restauracji wprawdzie tylko 3km, ale po co mi ona.
Zatem, chyba będę pisać. Dało mi wprawdzie jakiś komunikat przed chwilą o jakimś nie chodzącym serwisie, oczywiście po angielku, ale mam nadziej, że ten wpis umieszczę. Staram się bardzo wolno pisać, bo juz drugi raz to robię. Poprzedni został zeżarty. Musze jeszcze sprawdzić, jak z odwiedzaniem Was! Może powolutku się uda!
Póki co, dziękuję za wsparcie i gorąco wszystkich pozdrawiam!
Jesuuu! Zaraz zaczne zaklinać, aby się udało opublikowanie!
Pooooszło!
Tak jak juz napisala w komentarzach Margo Fusilla pogzebala troche w swoim laptopie i nie moze wejsc do internetu. Przez kilka dni korzystala z gg i skypa ale ostatnio wyslala mi wiadomosc, ze i to jej nie dziala.
Jak dotad wszystko u niej w porzadku. Jest zaniepokojona brakiem przerw w pracy i minimalnym dostepie do telefonu. Ma wielka nadzieje, ze to sie w najblizszych dniach zmieni.
W pakecie do opieki oprocz pani, ktora jest osoba lezaca i sprawnego starszego pana dostala jeszcze ponad dziewiedziesiecioletnia staruszke, ktorej na cale szczescie podaje tylko sniadanie i o reszte sie nie martwi. O tej pani dowiedziala sie od koordynatorki w drodze z autobusu do domu starszych panstwa. Mieszka w jednej z dzielnic Hamburga, prawie na wsi. Wokol tylko lasy i pola.
Jej poprzedniczka nagadala jej strasznych rzeczy i po tygodniu Fusilla nadal nie wie co o tym wszystkim ma sadzic, bo starszy pan, o ktorym dowiedziala sie, ze jest okropny okazal sie jak narazie do rany przylorz i biedna zastanawia sie teraz czy to jej osoba uczynila cuda czy narazie ja sprawdzaja.
Przekazuje wszystkim serdeczne pozdrowienia od wlascicielki bloga i dziekuje za zainteresowanie co u niej sie dzieje. Osobiscie rowniez pozdrawiam Pioterowa
Od wczoraj działa reise fieber! Wieczorem, po raz kolejny obejrzałam film z Jackiem Nicholsonem i Helen Hunt " Lepiej być nie może"! Jak będzie okazja w przyszłości, znowu obejrzę, bo oglądać Jacka i Helen, to taka przyjemność, że orgazm na słodko wysiada. Spakowana już jestem też od wczoraj! Prawie na 100%. Jakieś resztki się pałętają po kątach, ale to pikuś! W końcu wyjeżam dziś późnym wieczorem.
Ach! I siem wkur......czyłam! Bo firma tym razem jakoś dziwnie zagrała. Przekazała, gdzie i do kogo jadę, dała namiary na niemiecką koordynatorkę, która mnie odbierze w Hamburgu, a o resztę mam się pewnie sama domyślać! Bo od dwóch dni dzwoniłam o szczegóły, i słyszałam tylko, że oddzwonią za moment. Te momenty trwają nadal, a ja dalej nic nie wiem do końca. Na ten przykład, czy będą tanie rozmowy na kraj, czy będzie net, a jak nie będzie, czy będzie gdzie dokupić doładowanie. W razie draki liczę na Pioterkę! PIOTERKA!!!!! Słyszysz?? Póki co, to tylko wiem, że to będzie małżeństwo. Ona leżąca, On typ macho, rozkazujący i żądający podporządkowania. Poprzedniczka wytrzymała 3 tygodnie. Podziękowano jej. Ile ja wytrzymam, nie wiem, bo mogę mieć problemy z podnoszeniem pacjentki. Chociaż, jak zdążyłam pogadać z niemiecką koordynatorką, pacjentka to chudzinka. A jej mąż niby będzie mi pomagał. W "praniu się okaże", czy to prawda! Z drugiej strony, mam zamiar nie popełniać błędu poprzedniczki! Nie może być dwóch do rozkazywania! Ktoś jest do pracy, a ktoś udaje, że jest ważny. I tylko ode mnie będzie zależało, czy dam sobie wejść na głowę, czy szyją niemiecką pokręcę!
Ktoś kiedyś napisał, że "człowiek, z którym spędziło się wiele długich lat, jest jak mapa samochodowa. Podarta na rogach, wytarta w zagięciach od ciągłego używania. Na tej mapie widnieje szlak tak dobrze znany, że można go łatwo wyrysować z pamięci. Dlatego, jak każdy dobry kierowca, trzymamy tą mapę w schowku i wozimy ze sobą w każdą podróż. A jednak, w najmniej oczekiwanym momencie, na tej dobrze znanej mapie, pojawia się na autostradzie życia niespodziewany zjazd, i widzimy czasem punkt widokowy, którego wcześniej tam nie było. I nigdy nie wiadomo, czy to nowy element krajobrazu, czy coś, na co wcześniej nie zwróciło się uwagi!" Przypomina mi się o tym, gdy obserwuję od dłuższego już czasu mojego Ślubnego, jak łatwo przychodzi mu praca z naszą pierwszoklasistką. Jak potrafi ją zmotywować, gdy słyszy: "oj dziadek, nie chce mi się! W domu zrobię! Teraz sobie pogram!" Spokojnie jej tłumaczy, że te zadania, które ma do wykonania są łatwe, i dla niej to przysłowiowa pestka. Mała nie bardzo lubi czytać, w sumie to nawet nie wiadomo dlaczego, bo czyta dobrze i jestem zawsze zadziwiona, jak dobrze sobie radzi z nowym tekstem, zaraz mi się przypominają czasy, gdy ślęczałam godzinami z Córką, która miała autentyczne kłopoty ze "ślabizowaniem". A Ślubny jakoś tak w zabawę wplata krótkie przerywniki na czytanie właśnie, już po dwóch, trzech takich krótkich przerwach czytanka jest opanowana, a na drugi dzień wspaniała nota w dzienniczku. Na początku nie było łatwo, nagłe przejście z okresu zabaw do obowiązków, i zaraz potem wyjazd na kontrakt Syna, było takim stresem dla Wnuczki, że trzeba było skorzystać z porad psychologa, aby zorientować się, z jakim problemem mamy do czynienia. Na całe szczęście, mądre rady, a także potem wspólny, wychowawczy front dały dobre efekty. I na pewno dobrym duchem właśnie był Ślubny. Jego spokój i opanowanie hamują popędliwy charakterek naszej Wnusi. I chociaż wiedziałam od dawna, że ma On te zalety, to dopiero teraz na własne oczy widzę, jak pracował kiedyś z naszymi dziećmi, gdy ja byłam zajęta studiowaniem, a potem pięciem się po małych szczebelkach kariery zawodowej. Wiadomo, wiedzieć, a zobaczyć, to ogromna różnica!
Ludzie! Ledwo żyję! Nigdy w życiu nie przypuszczałam, że sześcioletnia dziewczynka może mnie doprowadzić do bezdechu prawie, bo zatańczyłaby do imentu! I to nie moja Wnusia, tylko Koleżanki-Wdowy! W ramach rewizyty byłam u niech ze Ślubnym. Ślubny pałaszował placki ziemniaczane na twarogu, a ja czerniny się najadłam do wypęku. Prawdziwej, na gęsinie, nie za bardzo słodkiej, ale też niezbyt kwaśnej. Takiej w sam raz! Jak moja nieodżałowanej pamięci Ciocia Irena robiła! Do tego ziemniaczki drobno kosteczkowane były po ugotowaniu! Małmazja i orgazm żołądkowy razem wzięty, to mało, aby porównywać! Tyle, że bez tanecznych harcy. Bośmy się spotykały kiedyś raz w miesiącu. Cioteczka- moja chrzestna matka, jej psiapsiółka-singelka, 73letnia Marylcia, i ja-młódka pięćdziesięcioparoletnia! Były jedynie wspominki, potem picie kawy z fruktami po Wujciu Cukierniku przepisowo dołączonymi, a na koniec zakrapiana kolacja. Zawsze z nieodłączną Golden Wasser, którą to ja z Marylcią Cioteczce kupowałyśmy pospołu w podzięce za cudną wyżerkę! Dziś czernina tak samo- małmazja do kwadratu. A w pakiecie? Nie tylko czerwone winko-francuski słoneczny Merlot i południowoafrykańskie słońce, ale występy małej dziewczynki. Oj, dała nam popalić! Ale muzę, to jej babcia, a moja Koleżanka-Wdówka pięknie dobrała. Anna, Batumi, 20 lat, a może mniej, Dziwny jest ten świat, Augustowskie noce, Jutro będzie dobry dzień, Charleston, Twist again, Satysfaction, i wiele wiele innych, których melodie jeszcze mi pod sufitem gra, ale tytuły uleciały w przestworza! Do tego recytacje małej, pełne choinki rozświetlonej światełkami, rozśpiewanej kolędami, inscenizacja "dziewczynki z zapałkami" Andersena, słowem: cud, mniód, ultramaryna! Czego Wszystkim życzę!
Jeszcze parę godzin i skończy się nam błogie lenistwo, któremu oddawaliśmy się ze Ślubnym w ubiegłym tygodniu.
Sylwester spędzony wspólnie z naszą Koleżanką-Wdówką. Alkoholu w miarę. Jedzonko dobre. O północy szampan i wspólne oglądanie fajerwerków. Potem odprowadzanie Koleżanki i długi, nocny spacer we Dwoje!
Najważniejsze punkty dnia dzisiaj: Koncert Filharmoników Wiedeńskich - to dla mnie, Turniej Czterech Skoczni i Tour de Ski - to dla Ślubnego. Ale tez prawie się pokłóciliśmy o to, że według mnie Ślubny za bardzo krytykował Justynkę! A teraz? Końcówka lenienia się. Dojadanie wczorajszych smakołyków. Przebieżka po programach tv. O! Kabarety dawne! Gajosa, a także Michnikowskiego z Dziewońskim, to ja mogę oglądać rano, wieczór, we dnie, w nocy. Młody Stuhr też niezłe ciacho! A czemu to pada? Na spacer chcieliśmy, a tu? Słotna jesień zamiast zimy! ;-(
Od jutra, do obowiązków marsz! Są one różne, jedne przypisane szczegółowo do mnie, inne do Ślubnego. Te z gatunku bardzo poważnych należą się Ślubnemu. Bo czyż nie jest poważnym obowiązkiem pilnowanie Wnuczki - Pierwszoklasistki? Jest! Od prawie trzech miesięcy jest. Jej Mama pracuje w handlu, Tata na kontakcie zagranicznym, wpadł tylko na Święta, trochę został do nowego roku i wraca do Helveti. A dziecię szkolne mus pilnować. Do szkoły prowadzić, odbierać po zajęciach, przypilnować z odrabianiem lekcji, poćwiczyć czytanie, ze słówek angielskich przepytać. Dla mnie, pozostała ta może nie tak ważna sprawa, ale nie mniej istotna. Mam całą aprowizację na głowie, bo Wnusia z tych, co nie wszystko jedzą z kuchni, jaką prowadzę, i muszę czasami nieźle pokombinować, aby znikało wszystko z talerza. O wspólnych zabawach nie wspomnę, bo to rozumie się samo przez się.
Na dodatek, przed moim wyjazdem, mam bardzo napięty grafik spotkań towarzyskich i już przemyśliwam, jak to wszystko ogarnąć w 5 dni. Wiadomo! Emeryci dużo czasu mają!!! :-))))