Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
wtorek, 05 lutego 2019
OKAZ ZDROWIA ???

 

Zawsze należałam do tak zwanych „okazów zdrowia”! No, prawie zawsze. W zasadzie wcale nie chorowałam, a lekarstwa w moim domu bywały okazjonalnie; najczęściej, gdy czasami bolała mnie głowa. Oczywiście, gdy pojawiła się Progenitura, to normalne było, że apteczka niekiedy pękała od medykamentów – ale to jednak do czasu było. Ślubny dopiero po zawałach pilnował swoich leków, a mnie jakby się nic nie imało. Do czasu oczywiście, gdy pojechałam do Niemiec. W jednym z miejsc, w których pracowałam, w trakcie ostrej zimy, zakwaterowano mnie w domku holenderskim. Efekt był wiadomy:  trzykrotne zapalenie oskrzeli w odstępach dziesięciodniowych. No i późniejsza diagnoza będąca efektem tegoż, czyli astma oskrzelowa! Szereg lat brałam „wziewy”, a dodatkowo, za namową pulmonologa zaczęłam się szczepić na grypę, co kontynuuję od prawie dekady nadal. Po dwóch latach szczepień, nabyłam chyba niezłej odporności i szczerze mogę powiedzieć, że nie pamiętam, kiedy ostatni raz miałam grypę. Owszem zdarzały się drobne infekcje gardła, czy lekkie zaziębienia, nic poza tym!

Jak to zwykle bywa, nic nie trwa wiecznie!  I ja to rozumiem! Natomiast nie jestem pewna, czy to prawda, że jeśli małżeństwo ma bardzo długi staż, i jedno z nich umiera, to współmałżonek bardzo często zaczyna chorować! Ponoć nawet potwierdzają to jakieś badania! No i ja chyba zacznę w to wierzyć.  Przecież pół roku po śmierci Ślubnego okazało się, że nagle mam poważne problemy z kolanami ! Dla mnie to prawdziwy „dopust”. Zawsze byłam bardzo aktywna – kijki, rower, zumba, wycieczki – to była codzienność, i nagle poczułam się jak inwalida! Ubiegłoroczna jesień , to  kilkumiesięczna walka z atakami paniki, histeria wręcz, że nie będę mogła chodzić, napady złości i płaczliwość, ale także  wielokrotne wizyty u ortopedów, kilkakrotnie powtarzane rehabilitacje, a wszystko to w większości prywatnie, bo gdybym chciała czekać na państwową służbę zdrowia ( dobrze, że chociaż po drodze zaliczyłam sanatorium ), to kto wie na jakim etapie bym teraz była. Szkoda tylko, że nie u wszystkich znalazłam zrozumienie, choć przyznaję, że moje zachowanie wtedy mogło wydawać się „na wyrost”. Myślę sobie, że jednak lepiej nawet być zbyt „upierdliwym”, nie myśląc o tym, co kto o mnie sądzi, niż tak zupełnie bez walki się poddać.  Oczywistym dla mnie było bowiem to, że wbrew bólowi będę chodziła, będę spacerowała, przynajmniej w takim zakresie, na ile będę miała wytrzymałości!  I tak trzymam! Nie powiem, że zawsze, ale wiadomo, że niespodzianki ciągle czekają, bo na przykład okazało się, iż mam problem z lekami przeciwbólowymi. Te lekkie, nie receptowe, nie działają, a z kolei te na receptę są za silne. Mam teraz więc testowanie, a jak wiadomo tanie to nie jest. Trudno, najwyżej nie pojadę na jakąś wycieczkę!

Do kompletu niedawno, aby to za mało nie było, dopadło mnie zapalenie górnych dróg oddechowych. Prawdopodobnie podczas podsumowania wiejskiego WOŚP, ktoś się ze mną jakąś cholerą podzielił, a efekt był taki, że na przeszło dwa tygodnie uwięziona byłam w domowych pieleszach. Infekcja z serii „dubelt”! I gdyby to tylko na tym się skończyło, to nie! Na dokładkę przypomniała sobie o mnie astma, która bardzo długo jakby w uśpieniu była! Takiego nasilenia dławiącego, suchego kaszlu, prawdziwego „wypluwania płuc”, to ja jak żyję nie doświadczyłam! Teraz już jest prawie dobrze, bo nowa lekarka rodzinna ( zmieniłam przychodnię, z miejskiej na wiejską, co w mojej sytuacji nie jest bez znaczenia )zaleciła zakup inhalatora i przepisała inhalowanie gardła. Tyle tylko, że te inhalacje powodują zawroty głowy i lekkie otępienie ( ponoć to normalne zjawisko, ale bardzo nieprzyjemne), i znowu jestem uziemiona, bo przecież nie wsiądę do autka. Wprawdzie Progenitura na każde zawołanie podwozi to, co mi potrzeba, ale mnie i tak szlag na to wszystko trafia. I tylko mam nadzieję, że nic  się nie przytrafi gorszego, i przestanę się zastanawiać nad powiedzeniem o braku drugiej połówki jabłka! Tfu, tfu! Odpukuję w niemalowane drzewo!

wtorek, 15 stycznia 2019
Dźwięk ciszy!



Witaj ciemności, stara przyjaciółko
Znów przyszedłem z tobą porozmawiać
Ponieważ jakaś wizja, zakradając się cicho 
Zostawiła swe nasiona gdy spałem
I wizja, która została zasiana w mym umyśle
Wciąż pozostaje [żywa]
W dźwięku ciszy.

W niespokojnych snach szedłem sam
Wąskimi wybrukowanymi uliczkami 
W blasku ulicznej lampy
Postawiłem kołnierz, aby schronić się przed zimnem i wilgocią
Kiedy moje oczy przeszył błysk neonowego światła
Które rozdarło noc
i dotknęło dzwięku ciszy

W tym nagim świetle ujrzałem
Dziesięć tysięcy ludzi, może więcej
Ludzi, którzy rozmawiali nie mówiąc
Ludzi, którzy słyszeli nie słuchając
Ludzi piszących pieśni, którymi nigdy nie podzielą się ze światem
I nikt nie ośmielił się
Zakłócić dźwięku ciszy.

"Głupcy", rzekłem, "Nic nie rozumiecie
Cisza rozrasta się jak nowotwór 
Usłyszcie moje słowa, abym mógł was nauczać
Chwyćcie moje ręce, abym mógł was dosięgnąć''
Lecz moje słowa, jak ciche krople deszczu, opadały
I rozbrzmiewały echem
W studniach ciszy.

A ludzie kłaniali i modlili się
Do neonowego bożka, którego sami stworzyli, 
A znak rozbłysnął swym ostrzeżeniem
W słowach, z których się składał
Głosił, że słowa proroków są zapisane na ścianach metra
I klatkach kamienic

I szepcą w dźwiękach ciszy

Simon&Garfunkel - The Sound of Silence

Wołajmy głośno! Nie - dla nienawiści! Nie - dla przemocy! Rozmawiajmy! Rozmawiajmy! Rozmawiajmy! Sprzeczajmy się, ale szukając dróg porozumienia! Niech nie zawładnie nami cisza!!!

niedziela, 30 grudnia 2018
Po trochę wszystkiego!

Najpierw się trochę pochwalę! To moje twory - wytwory of course, które zrobiłam na Święta.  

Te choinki poleciały za Odrę, i chyba się spodobały, bo dostałam na whatsappa same ochy i achy!

 

Z każdego wzoru  koszulek bombkowych i dzwonków, tu po jednej sztuce, bo oczywiście w paczuszkach dla moich Dziewczyn było ich dużo więcej!

No, a teraz to podziękowania! Tyle kartek dostałam! O! Chyba z roku na rok więcej! Przepiękne, prawda? Zwłaszcza te z gatunku handmade! Dziękuję, dziękuję, dziękuje! 

A teraz stroiki!

Kartka od Veanki, choinka z szydełkową bombką od Wspaniałej Warjatki z Velbert, a zielona haftowana bombka, jak i zakładka książkowa w formie bombki są od Splocika. Od niej jeszcze maciupkie frywolitki na stroiku powyżej i poniżej. Z Jezuskiem, któremu podłożyłam czapeczkę Gwiazdora to była niezła historia. Ta piękna, biała bombka przyszła w obszernym, ozdobnym pudle, pełnym sztucznego i naturalnego sianka. Uznałam, że po co mi to siano, i dawaj wyrzucać!  A tam na samym dnie Jezusik sobie leży! No, to zabawiłam się w Kopciuszka! Trzeba było przecież to naturalne sianko wybrać spomiędzy sztucznego! :-))))

Ten stroik, w babcinej, stuletniej holenderce wzruszył bardzo moją Progeniturę, która przypomniała sobie, że ludziki są jeszcze z ich wczesnego bardzo dzieciństwa. No! Mają przeszło 40 lat! Natomiast Helga z Oldenburga jak zwykle co roku, przysłała piękny kalendarzyk i kolejną do kolekcji świąteczną puszeczkę, wypełnioną ciasteczkami własnoręcznie wypieczonymi przez Herbiego! Z Niemiec , obok karteczki świątecznej dostałam od Spiryt markery do robótek ręcznych, i jeszcze doszła paczka od Sylvi i Helmuta z kilkoma opakowaniami cappuccino i czekoladek jogurtowo-truskawkowych, które tak lubiłam dawno temu. A także po raz pierwszy od Marlies spod Trier - komplet miniaturowych różności i gadżetów do dekoracji świątecznych - będę miała zagwozdkę na nastepny rok! ;-))))

 A to poniżej robi za choinkę! :-))))

 

Jak już dojechaliśmy do nastepnego roku, to akurat szykuję się do babskiego Sylwestra. A co? Najnajmłodsza dzięki temu będzie sama, gdy Synowa i Syn będą balowali. Kiedyś musi być przecież ten pierwszy raz. 

A ja zaprosiłam dwie dobre Koleżanki. I psa! :-)))

Życzę Wszystkim na Nowy Rok, i nie tylko :

Dużo zdrowia. Ostoi w rodzinie, abyście zawsze byli komuś potrzebni. Radości gdy czyjaś twarz rozjaśnia się na Wasz widok. Obyście czasami mogli pozwolić sobie na to, czego od dawna pragniecie , a nie tylko na to, co musi Wam wystarczać! Radości myślenia, słońca i deszczu na  przemian, ostrości spojrzenia, satysfakcji tworzenia, tryumfu zrozumienia. Mocno trzymajcie ster, nie dawajcie się sztormowym wiatrom. Tyle dobrych wspomnień, aby dzięki nim móc przetrwać złe chwile. Abyście znaleźli szczęście, którego szukacie!

SZCZĘŚLIWEGO NOWEGO ROKU!

piątek, 21 grudnia 2018
NA ŚWIĘTA I NOWY ROK!!!

 

KOCHANI!

Na Święta Bożego Narodzenia i na Nowy Rok życzę, aby pokój i spokój zasiadł razem z Wami do wigilijnego stołu.

Drogi niech będą proste, a decyzje mądre!

Niech omijają Was choroby, lęki i smutki, a zło nie ma dostępu!

Niech Wasze twarze będą radością dla innych, a serca otwarte dla potrzebujących!

Życzę Wam, byście patrząc optymistycznie na życie, zawsze wierzyli w siebie i dążyli do swoich celów  z uśmiechem!

By udało wam się zrealizować wiele z waszych postanowień i planów!

I kochajcie! Miłość uskrzydla!

wtorek, 04 grudnia 2018
A, takie tam...

Minął listopad. Miesiąc, który najchętniej wymazałabym z kalendarza. Ale się nie da, niestety. Jak co roku, zaraz za nim grudzień wkroczył, i  trzeba się zmierzyć z  faktem, że będą Święta. I raczej już nie mogę przed nimi uciec nad morze, jak to zrobiłam w ubiegłym roku. Na całe szczęście, ścibolenie szydełkowe uspokaja myślenie, co oczywiście wykorzystuję skrzętnie, i już od października trwa produkcja.

Kartki świąteczne z zawieszkami w kształcie dzwonków powędrowały już w świat w ubiegłym tygodniu.  Udało mi się też zrobić niezłą niespodziankę Córce-Wiewiórce, która na ubiegłotygodniowe Urodziny dostała ode mnie Gwiazdora i komplet łapek kuchennych. To pierwsze , to miała być podkładka pod garnek lub półmiski, ale Dziecię orzekło, że szkoda, lepiej niech sobie dziadek na honorowym miejscu spocznie, czyli na stole! Nie dyskutuję, jej upominek, jej wola! :-))) Mnie w tej chwili zajmuje co innego, a mianowicie produkcja koszulek na bombki z przezroczystego plastiku, a w kolejce do wykonania czekają jeszcze dzwonki 3D, co je zamówiły moje Dziewczyny.

Święta zaś u Córki. Wspólne, dla trzech Rodzin, znaczy się jej Rodzina, jej Teściowie, Rodzina Synka-Muminka i ja. Odpada mi więc praktycznie wszystko, co z tym związane, bo mam jedynie przygotować kotleciki grzybowe. No i piernik ma być, staropolski of course. Zaraz po powrocie z sanatorium nastawiłam ciasto, niech dojrzewa w garnku glinianym, w zimnie lodówki. Pierwsze Święto też u Córki, Drugie jak zwykle – piżamowe.

No i fajnie, lajcik taki, którego Wam Wszystkim życzę!

czwartek, 08 listopada 2018
Wydreptane po lesie!

 

Dzisiejszy zbiór. Tak ogromnego prawdziwka jeszcze nigdy nie miałam. Trzon i kapelusz ( bez warstwy gąbczastej) zdrowy jak rydz!

Kilka gąsek czeka w zamrażarce na towarzystwo, a podgrzybki się suszą!

Ponownie zbliża się smutny dla mnie czas, więc tylko tyle dzisiaj!

Pozdrawiam!

 

niedziela, 28 października 2018
Hej, jam kuracjuszka...

... w stanie spoczynku, niestety!

Trzy tygodnie minęły, jak z bicza trzasnął. Jedyny mankament to taki, że tym razem trafiło na oporną materię w postaci mojej kończyny, która jak pojechała, tak wróciła w stanie permanentnego bólu. Nawet zdążyłam sie do tego już przyzwyczaić, i wprawdzie nie szalałam mocno turystycznie, ale coś niecoś zobaczyłam. Parę dni były ze mną Dzieci i woziły mnie to tu, to tam, oczywiście poza godzinami zabiegów. No i miałam niesamowitego farta, bo na deptaku kasztanowym spotkałam dawno niewidzianą koleżankę blogową, która z miejsca zaproponowała wspólne zwiedzanie okolic bliższych i dalszych. Trudno nie skorzystać, bo jakby nie było, autko, które dowiezie i odwiezie, to akurat dobry wynalazek dla takiej kuternogi, jak ja. 

Rynek w Dusznikach Zdroju 

 

      

                       Międzygórze - wodospad Wilczki                      Wieża zamku w Grodnie

 Podziemia muzeum Włodarz - kompleks Riese

Czechy - Zamek Hradek u Nehanic 

 Hradec Kralowe

 Pałac w Kamieńcu Ząbkowickim

     

                             Kopalnia Złoty Stok                      Czechy - skalne miasto Adrspach

 Austria - Opera w Wiedniu

 Niemcy -  Fragment Pałacu Zwinger w Dreźnie

 Polskie Hogwart, czyli Zamek w Mosznej

 

Na koniec, nie mogłam się powstrzymać, aby tego nie pokazać i zaręczam, że to tylko kropelka. 

Mały wycinek wystawy porcelany w drezdeńskim Zwingerze - nieprawdopodobne cuda!!! 

 

 

wtorek, 02 października 2018
Coś innego

Nie widzę sensu ciągłego biedolenia nad własną, wiecznie obolałą od dwóch miesięcy kończyną dolną!

Zatem?

Wyjście jedno!

Skoro pojutrze, bladym świtem Dziatwa mnie zabiera do sanatorium, gdzie mnie zostawi, a sama będzie zwiedzanko uskuteczniać, to temat zastępczy być musi!

Jak zwykle, padło na Chiny! To proszę uprzejmie! Ciut reminiscencji z Wnukowego podróżowania po Azji i nie tylko!

1. Tajlandia - Bangkok

Świątynia Świtu - WAT arun 

 Świątynia Szmaragdowego Buddy - Wat Pra Kaew

Świątynia złotego Buddy - WAT traimit 

Kachanaburi - wodospady i jeziora

2. Prowincja Shaanxi

Terakotowa armia 

3. Kambodża 

Jedna z wież Angkor Wat

 4. Prowincja Junnan

 Wieże Buddy w mieście Dali

5. Chogqing

Uliczka parasolek

6. Chengdu 

 Zima w pobliskich górach

 

Panda

7. Nowa Zelandia

 

Hobbiton, czyli...... wizyta u Hobbitów!  

Biedny student zarabia na magisterkę! :-)))

To ja macham do wszystkich, którzy tu zaglądają! Nie wiem, czy w najbliższych trzech tygodniach uda mi się coś skrobnąć! Czytałam, że tam gdzie jadę, niekoniecznie jest zasięg, a  ewentualne wifi, uzależnione od miejsca, gdzie się śpi. Jak zwykle, w "praniu się okaże"!

Do miłego zatem! 

czwartek, 06 września 2018
Trzynastka!!!

Wieści z frontu chorobowego sa takie, że po pierwsze- nie mam boreliozy o czym świadczą wyniki na obecność odpowiednich przeciwciał; po drugie -  naczyniowiec orzekł, iż nie mam zakrzepicy, i to są dobre wiadomości; po trzecie - lekarka rodzinna wyśmiała mnie, że sie do neurologa zapisałam, pytając dlaczego nie do okulisty i laryngologa, po czym doradziła psychologa oraz ortopedę!

Dostać się normalnie do poradni ortopedycznej nie sposób, prędzej nogę bym straciła, zatem ....za pieniądze mam wszystko! Tylko dwa dni czekałam na wizytę w prywatnym gabinecie, po czym pan doktor rąbnął mi blokadę, zapisał na rehabilitację, skasował jak za zboże, i teraz również jak za zboże płacę za zabiegi mające spowodować, że noga, a tak po prawdzie kolano, zacznie mnie słuchać. Proszę się jednak nie martwić, że mogę popaść w finansową ruinę, bo okazało się, że na samym początku października wybywam do sanatorium w Dusznikach zdroju, gdzie oczywiście pojadę się rehabilitowac. Oby było śmieszniej, dodam także, że w grudniu będzie powtórka z rozrywki, gdyż ponieważ albowiem mam rehabilitację z kolejki nfz, w której to czekam od stycznia! Wiedziało kolanko, kiedy się zbuntować c`nie? :-))))

Przy okazji moi Drodzy! Dzisiaj zaczynam trzynasty rok blogowania! Wyobrażacie sobie? Mnie jest w to trochę trudno uwierzyć, ale kalendarze się nie mylą! 

Dziękuję, że jesteście!

 Że jeszcze macie do mnie cierpliwość! Wszak ostatnimi czasy trochę się lenię!

Bardzo, bardzo Was wszystkich cenię i lubię mieć świadomość, że gdzieś tam, w nieokreślonej bliższej lub dalszej przestrzeni może się do mnie uśmiechacie!

Zatem ja też przesyłam tony Uśmiechu i oczywiście nieodzowne Ciepłe z Puchatym!

wtorek, 14 sierpnia 2018
Hardkorowy Sierpień!

 

Trafił mi się podwójny hardcor! Na SORze! W naszym miejskim szpitalu!

Ten pierwszy, w poprzedni poniedziałek, to jeszcze do wytrzymania, bo trwał tylko 4 godziny. Zaczął się tym, że wstałam rano z pościeli, a tu? ….. zonk! Noga prawa odmówiła współpracy, a każda próba zrobienia kroku kończyła się świdrującym bólem w okolicach czubka głowy. Nie było rady, trzeba było wezwać pogotowie. Dowieźli mnie tam, gdzie trzeba, lekarka przyjmująca tylko się zdziwiła, dlaczego nie poszłam do rodzinnego, a potem nawet jej brew nie drgnęła, gdy usłyszała, że mnie nie przyjęto, bo okres urlopowy, i moja rodzinna doktorka nie wyrabia się, zastępując dwójkę innych lekarzy!

No, a potem już z górki! Podłączyli gdzie trzeba, podali kroplówki różne, pobrali krew, a po niecałych trzech godzinach orzekli, że wszystko w porządku, wyniki dobre, sugerowali, że może to borelioza, i należy się zgłosić do reumatologa, no  i puścili do domu z zaleceniem brania paracetamolu. Sic!!!!!

Oczywiście noga dalej bolała, i w zasadzie żaden ze środków przeciwbólowych nie pomagał do końca. Szczęśliwie jednak tak się złożyło, że od trzech miesięcy, na środę, miałam zamówiona prywatną wizytę u chirurga naczyniowego ( tak, tak, prywatnie u nas też się człowiek naczeka, ale to chyba ogólnokrajowy standard ), bo uznałam, że czas najwyższy zabrać się za siebie, a na pierwszym planie były moje nóżęta, pełne pajączków, z  prześwitującymi tu i ówdzie żylakami. USG dopplerowskie nie wykazało zakrzepicy, natomiast ewentualną skleroterapię zrobi się w terminie późniejszym, jak będzie chłodniej. Pan Doktor orzekł także, że ta moja przypadłość to prawdopodobnie zbieg kilku czynników, o których tu jednak nie napiszę, bo ….  po co, i przepisał odpowiednie leki. Brałam je 4 dni, gdy przyszedł wczorajszy poniedziałek!

2.30 w nocy. Budzę się pełna niepokoju, czuję rozpieranie w dolnej części klatki piersiowej, które ustępuje po godzinie, ale pojawia się ponownie około godziny 6-tej, z dodatkowym drętwieniem rąk i skokami ciśnienia oraz tętna. To wiadomo, co było dalej. Pogotowie i …. SOR, na którym wylądowałam o godzinie 9-tej.

A SOR u nas nowiutki, nowiuteńki, po kapitalnym remoncie, no prawie tak, jak w tefałenowskim paradokumencie.

Położyli na łóżku, zasunęli zasłonki po bokach, wkłuli w obie ręce wenflony, zrobili EKG, podłączyli pod monitor mierzący ciśnienie i inne sercowe wskaźniki. Czekając na lekarza, który miotał się po sali przy innych pacjentach, popatrywałam tu i tam…

Cała obsada Sali, na której było 8 stanowisk , to dwóch pielęgniarzy. Jeden przede wszystkim od komputera, drugi od wszelkich możliwych zabiegów, wykonywanych na zlecenie lekarza, lub jego asystenta, którym jak się później okazało, był przesympatyczny Ukrainiec, będący na stażu. Obok mnie, po lewej stronie leżał facet w pasach, którego przywieziono w niedzielę, w stanie głębokiej delirki. Żadna placówka go nie chciała, i męczono się z nim już drugi dzień, pojąc jedynie kroplówkami. Po prawej leżał kolejny alkoholik, lekko już otrzeźwiały ( ponoć miał  9 promili we krwi ( !!!!!! ) jak go przywieźli. Nic nie jadł, tylko cały czas pił wodę, aby po chwili blokować jedyną toaletę w celach zwrócenia tego, co wypił, czyli wody, bo alkohol już płynął mu chyba tylko w żyłach! Naprzeciw leżała cichutka babinka, której nie było w ogóle słychać, bo w większości spała. Obok niej babinka po wylewie, z problemami jelitowymi, głośno skarżąca się na to, że nie może się załatwić, nie przyjmując do wiadomości faktu iż ma założonego pampersa i jest cewnikowana. Dalej młoda dziewczyna z bólami brzucha, cicha jakby jej nie było. Następne dwa stanowiska wolne, bez łóżek. Na koniec kobieta, około 50-letnia, z twarzą posiniaczoną i zakrzepłymi zdarciami naskórka, głośno chwaląca się swoją chorobą alkoholową, i swoją głupotą, że dała się pobić w trakcie jakiejś libacji. Ile było stanowisk na sąsiedniej Sali, nie wiem, bo nie było widać z mojej.

Przyszedł lekarz, zbadał mnie, czyli tu postukał, tam popukał, wysłuchał tego, co miałam do powiedzenia, zlecił pobranie krwi, i  tyle. W międzyczasie przywieziono dwie kobiety, jedna z bardzo wysokim ciśnieniem, druga z kolei z ciśnieniem skaczącym co chwilę.  Posadzili na fotelikach, kazali czekać. Dwaj pielęgniarze uwijali się, jak w ukropie, co rusz wzywani to tu , to tam, bo każdy coś chciał, a to wodę podać, a to „nerkę”, a to zmienić pampersa, a to lek, a to zmienić kroplówkę, a to pojechać na rentgena lub usg. Normalny kołowrotek, bo i tego trzeba uspokoić, innego opiertentegoten, bo nie słucha zaleceń. A tu napływają nowi pacjenci z karetek, przyjeżdżających z okolicznych mieścin i wiosek: jęczącą, otyłą, starszą kobietę z padaczką i wysoką temperaturą, okutaną tylko w prześcieradło; starszego mocno pana, nie rozumiejącego, gdzie się znalazł, innego ze złamanym biodrem, który jednak szybko został przekazany na chirurgię; panią z silnym krwotokiem z nosa; staruszka z problemami gastrycznymi. Pani z padaczką i pani z krwotokiem dostały lóżko, panowie foteliki. Zjawiła się też znana mi z widzenia, bardzo niesympatyczna lekarka z oddziału rehabilitacji, która skarżyła się na bóle brzucha i obraziła się śmiertelnie, że też musi siedzieć na foteliku, a gdy lekarz dyżurny stwierdził iż dla niego jest zwykłym pacjentem, który musi poczekać na swoją kolej, wyszła wściekła! No cóż - SOR nie z gumy i chyba wszyscy równi !

Po 15-tej lekarze się zmienili. Nowy zlecił mi usg i rtg. Pielęgniarze uwijali się nadal, niektórzy nieliczni pacjenci zostali przekazani na inne oddziały, ja czekałam na kogoś, kto będzie miał chwilę, aby pojechać ze mną na prześwietlenia. Po godzinie wpadła jakaś pielęgniarka i mnie zabrała. Ledwo wróciłam, znowu pobrali mi krew, bo poprzednie wyniki wyszły dobrze, a lekarz zdecydował, że jeszcze należy oznaczyć troponiny. Zapowiadały się kolejne godziny leżenia i czekania. Zrobił się wieczór, pielęgniarzy zmieniły pielęgniarki, i zrobiło się tak jakby spokojniej. Po chwili jednak alkoholik z prawej strony, wychodząc z toalety po kolejnym wymiotowaniu wody, dostał alkoholowej padaczki, padł na podłogę na nos, zalał się krwią.  Zaraz po tym przywieziono faceta, też pod wpływem, którego musiało przytrzymywać czterech ratowników, zanim udało się go poskromić, pętając pasami.  Dziadek alzheimerowy próbował uciec, babcia cicha pojechała na wewnętrzny, do deliryka z lewej przyjechała w odwiedziny córka ( prześliczna dziewczyna ), jedną z pań od nadciśnienia skierowano na kardiologię, drugą wypuszczono do domu. Ja czekałam, dostając już odcisków na krzyżu i tylnej niewymownej. Dobrze, że Synek po uzgodnieniu z lekarzem dostarczył mi wodę ( wiecie, że na SORze nie wolno pić? ) i kolację, bo odjechałabym z głodu i pragnienia ( podany obiad, prócz galaretki na deser był nie do jedzenia ). A potem babinka od jelit prawie przeniosła się na lepszy świat, zaczęło się jej ratowanie, kolejne godziny mijały, i dopiero około 21 dostałam wypis. Wyniki badań moczu i krwi w normie,  usg i rtg bez zarzutu, sytuacja nieswoista, nadaje się do …..nie wiadomo czego, bo lekarz był skłonny do stwierdzenia, że to co się ze mną dzieje, to najprawdopodobniej efekt opóźnionego stresu, i mam się przygotować na kolejne niespodzianki, a tak w ogóle, to chyba byłoby najlepiej rozpracować problem z psychologiem.

Dziś, po prawie dobrze przespanej nocy, wszystko jak przedtem. Noga boli, lekarstwa mnie usypiają, odwołałam udział w wycieczce w Bieszczady, którą organizuje nasze towarzystwo zumbowe, i zastanawiam się gdzie by tu jeszcze uderzyć. Przychodzi mi ( prócz psychologa of course ) na myśl neurolog, ortopeda i prawdopodobnie jednak zrobić muszę test na boreliozę.

Ale od następnej wizyty na SOR – chroń  mnie Opatrzności Wyższa!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 115
Archiwum