Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
czwartek, 23 marca 2017
Rozruch, plusy i minusy

Zainaugurowaliśmy sezon rowerowy. Trasa, jak co roku, na początek nie za długa, w obie strony jakieś 10 kaemów. Tyle, że nie po utwardzonej ścieżce na promenadzie nadjeziornej, gdy trzeba robić przynajmniej 3 nawroty, ale po ścieżkach leśnych, nie uklepanych jeszcze do końca po zimie. Nie powiem, że było lekko, bo chyba jednak zgubiła mi sie forma zupełnie skoro nawet pod góreczki musiałam schodzić z pojazdu. Ślubny za to, nie wiedzieć czemu miał satysfakcję, jakby zapomniał, że jeszcze dwa lata temu, gdy zaczął ze mną jeździć, to nawet do połowy dystansu nie był w stanie dojechać. Ale ten się śmieje, kto się  smieje ostatni. Jak mu wymyślę przejazd naszą najdłuższą trasą marszruty kaszubskiej, to dopiero się zdziwi. Niech no tylko nastanie maj! :-))) 

Po miesiącu czasu przestałam pić mleko kokosowe z kurkumą. Przez ten czas mój organizm chyba doszedł do normy, bo bez kłopotów z zasypianiem śpię naprawdę dobrze i długo. Szkopuł w tym, że póki "zajarzyłam", iż to mleko ma 82%, to minęła połowa miesiąca, a potem to nawet dziesięciokrotne rozcieńczanie chyba za bardzo nie pomogło, bo jakby nie patrzeć, jest mnie więcej o 3 kilo. A jak sie nie chce przyznać do miłości do słodyczy, to się zwala winę na cokolwiek, c`nie?

Czy jest możliwa waloryzacja minusowa? Do tej pory myslałam, że nie, ale chyba jestem w głębokim błędzie, bo wprawdzie w otrzymanym piśmie z ZUS piszą jak byk, że przysługuje nam wskaźnik 100,44%, to do wypłaty ja mam o 3 złocisze mniej, a Ślubny  o całe 7. Nie są to sumy wielkie, ale są, i chyba trzeba będzie się przejść do szacownej instytucji, aby się dowiedzieć "o co kaman".

Dobrze chociaż, że wiosna sie kokosi na całego. Pyłki pylą, muchy z zimowego snu leniwie zaczynają bzyczeć, na krzewach pąki, a pościel wysuszona w wiosennym słońcu pachnie jak bajka!

piątek, 17 marca 2017
Przedwiosennie!

Na naszej koncówce jeziora lód się trzymał bardzo długo! W końcu i on odpuścił. I zaraz pojawiły się łabędzie. Póki co pierwsza para, prawdopodobnie zeszłoroczna, która dorobiła się siedmioro przychówku. Ciekawe ile w tym roku będzie. Niestety, w czasie sezonu letniego parę tragedii ptasich się zdarza. Największe spustoszenie to karmienie ptactwa wszelkiego rodzaju pieczywem. No i nieszczelności w łodziach motorowych. A jak jeszcze zdarzyło się, że pękł cały zbiornik ropy w statku, który wozi turystów po najładniejszych zakatkach jeziornych, to katastrofa gotowa. Niby to sprawy małej wagi są, ale jak to się powtarza corocznie, to może być z ptakami tak, jak ze slynnym "lexszyszko",  jednak w tej ostatniej sprawie było u nas bardzo umiarkowanie. Chyba tylko jeden sąsiad wyrżnął wszystko, jak leci, na swojej działce. Częściej były to po prostu karczowania pojedynczych iglaków, i tak zwanego tutaj  śmiecia drzewnego, czyli topoli. No i krzaczory pod piły tez szły, chociaż umiarkowanie.

Poza tym, spokój! Dzień zaglada do okien już wcześnie, to i spać nie za bardzo w jasnym idzie. Ślubny powoli zaczyna swoja dłubaninkę. Na pierwszy ogień poszły rowery. Juz czekają na mniejsze wiatry, coby zacząć gubić zimowe oponki. Progenitura zaś zadała mu kilka prac koniecznych na ichnich działkach ogródkowych, ma więc chłopina zajęcia po kokardy. I dobrze! Tak powinno być!

Póki co, moja skromna osoba jest na końcówce remanentów paszczy, które to remanenty ciągną się jak przysłowiowe flaki z olejem, bo zawsze jakaś tragedyja się zdarzy. A to śluzówkę na dziko narośniętą na dziąsłach trza było chirurgicznie usuwać, a to nadłamał się kawałek zębiszcza, a to ze zgryzem kłopoty! Ale już jesteśmy prawie na finiszu, i za tydzień będę szczerzyć się całą gębą! O tym, ile to kosztowało pieniężnie nie wspominam, bo zaraz palpitacji serducha idzie dostać! 

Zumbowo zaczynamy uczyć się bossa novy. Ponoć cała Hameryka ostatnio znowu ją odkryła, i szaleje, to my a jakże ! :-)))

A takie plenery zazwyczaj ogladam ostatnio, wracając z wiejskiego zumbowania! :-))))

 

piątek, 10 marca 2017
KOLEGOM!

 

 

 Z miłym uśmiechem nie tylko dla kilku Rodzynków, którzy tu zagladają! :-))))

czwartek, 09 marca 2017
Chyba się dzisiaj upiję!

Przez jedenaście lat pisania tutaj, rzadko zabierałam głos na tematy polityczne!

Ale dzisiaj?

Jupi!!!!!!!!!!!

Mam tylko piwo, którym sie podzielił mój Ślubny ze mną! Ale co tam! Piwem tez można wznieść toast! 

Górą Nasz Człowiek! :-))))))

środa, 08 marca 2017
Dla Nas - nie tylko od święta!

 

Wszystkiego dobrego Dziewczyny!!!!

Miłego dnia! 

Dla Was i dla mnie też!

:-)))))

piątek, 03 marca 2017
I znowu - rok na bok!

We wnętrzu każdej dojrzałej kobiety, mieści się młoda, sprzed wielu lat dziewczyna,

przegladając się w lustrze swego życia w nieustannym zdziwieniu kolejny dzień zaczyna.

I we mnie też mieszka tamta dawna młodość, łapiąca chwile szczęścia i czułe serca drżenia.

Jestem kolekcjonerka wschodów i zachodów słońca, ciągle snującą nierealne marzenia.

Każdego dnia uparcie nizam na sznurek życia, koraliki z najpiękniejszych wspomnień,

gdy szarym zmrokiem srebrzy się księżyc, zachwyt nad życiem siada na kanapie u mnie.

Noszę w sobie wszystkie upalne lata, jesienne liście i październikowe piękno złote,

mroźne, śnieżne zimy , wiosennie zielone nadzieje, migot gwiazd i miłość i tęsknotę.

Dlatego dobrze wiem, że w środku dojrzałej kobiety, mieszka młoda dziewczyna,

choć inną ma już twarz i ciało, dostrzega upływ czasu, ale wcale nie chce go widzieć; 

i nieustannie dziwi się, kiedy i jak to właściwie się stało!

Barbara Anna Lesz

Od kilku lat swoje urodziny spędzam także w dobrym, Waszym, towarzystwie!

Torcik i wino czekają! Serdecznie zapraszam i dziękuję, że ciągle jesteście ze mna! :-))))


poniedziałek, 27 lutego 2017
Rozbieg, wpadka i ten ktoś...

Powinno się zawsze pamiętać, aby liczyć siły na zamiary! Powinno! Ale teoria, to jedno, a praktyka - drugie!

A zaczęło się bardzo niewinnie! Miejskozumbowo jesteśmy akuratnie po pierwszym zebraniu stowarzyszenia"aktywni50+". I prawie natychmiast zorganizowany został wieczór ormiański, z obszerną multimedialną prezentacją Armenii, degustacją potraw tamtego regionu, a na koniec wspólna nauka kaukaskich tańców. Wiejskozumbowo natomiast dostaliśmy od sołtysa dofinansowanie, które może i wielkie nie jest, ale.... pierwsze koty za płoty! Idąc za ciosem, udały się także babskie tańce w pierwszy dzień zapustny. Objedzona pączkami, nieuważna byłam i nawet nie wiem kiedy, tak mi w ferworze tańcowania któraś kumpela nadepneła na stopę, że myślałam, iż odfrunę! A następnego dnia jeszcze zaliczyłam trening kręgosłupowy, potem ćwiczenia miednicy, aby wreszcie zakończyć to zumbowaniem. Efekt wiadomy. Weekend prawie cały przepędzony w pozycji leżącej, a każdy krok, to ból bioder i przyległości też! Jakam stara, takam głupia, chciałoby sie powiedzieć! Dobrze, że  Córka-Wiewiórka nas obiadem podjeła niedzielnym, bo pewnie Ślubny na sucho by był! ;-)

A teraz przedstawiam tego kogoś! Kogutek tęczowy! Do pilnowania stadka zeszłorocznych kurek! Zainspirowany zdjęciem ze strony  kunstbyiris.blogspot.com/ ! Może nie jest doskonały, ale z biglem, czyż nie? :-))))

czwartek, 23 lutego 2017
Słodkiego dnia!

A ja tymczasem do kuchni zmykam! Ciasto drożdżowe juz prawie wyroslo! Czas lepić pączusie, bo mogę nie zdążyć do popołudnia, gdy Progenitura zjedzie na tradycyjną babciną słodycz! :-)))))

czwartek, 16 lutego 2017
Szklanka, zadyszka i barany!

W ubiegłym tygodniu, nasza śnieżna uliczka zamieniła się w lodową. Ponieważ jednak jest to droga nieutwardzona, całkiem sporo na niej dołów i górek wyżłobionych na przełomie jesieni i zimy kołami nielicznych samochodów. W ciągu dnia, jakos szło sie poruszać, ale późnym wieczorem, wracając z zumby, musiałam wlec się po tym lodzie noga za nóżką. Nie , nikt tej uliczki nie odśnieża, nie wysypuje solą, a piasek to rzecz prawie nieznana. Do czasu, aż Ślubny wracając z miasta, nie mógł podjechać na naprawdę niewielką stromiznę naszego podjazdu. Oczywiście, nie obyło się bez złośliwości z mojej strony, no bo jak to, taki akuratny człowiek, a nie przygotowany na lód? Migiem załatwiał piach i posypywał nie tylko podjazd, ale część ulicy. I zaraz mi sie przypomniało, jak przed laty, jeszcze w mieście, kupował łopatę do odśnieżania: dopiero wtedy, gdy tak zawiało garaż śniegiem, że dostać się do samochodu nie było można. Nie wiem tylko, czy to stan bezmyślności przynależny tylko jemu, czy tyczy całości męskiego klanu! ;-) 

Za to od wczoraj, przepięknie. Słońce świeci od samego rana, zero wiatru, mrozu brak. Na dodatek ptaszory chyba jakieś wczesnowiosenne zaczęły trele, aż słuchać miło. Nie mówiąc o kocie sąsiada, który to  - kot, nie sąsiad - poczuł zew natury, i na karmienie przywleka się z mozołem takim, jakby przynajmniej ze wszystkimi wioskowymu kocurami toczył boje! Akuratnie tak się złożyło, że Ślubny poszedł do innego sąsiada z pewną fuchą do wykonania, to pomyślałam sobie, że po długiej przerwie pójdę pokijkować. A przy okazji mały zakup zrobię, bo cebuli mi zabrakło, a na obiad miał być bób. Poszłam! A jakże! Ale zmachałam się tak, jak bym 50 kilometrów przeszła! A było tylko niecałe 4! Padłam, jak kawka! Ani ręką, ani nogą! No, szok prawdziwy dla mnie, bo wychodzi na to, że moje zimowe zumbowanie to pikuś zaledwie, a nie budowanie siły na większe wyzwania, typu rower na ten przykład!  

W obórce przybyło aż pieć baranków! Brak im jeszcze wstążeczek z dwoneczkami i paschalnej choragwi, ale to drobiazg. Napracowałam się, że ło matko pojedyncza! Bo ponoć to sztuka jest takie twory robić. Amigurami się nazywa, czy jakoś tak. Zwłaszcza nad długowłosą pomorską i karakułem się nabiedziłam! Ale od początku. Najpierw trzeba było poszukać wzorca. Znalazłam! Pomysł podstawowy i instrukcja na stronie http://fascinata.blox.pl/html. Jak zrobiłam trzy sztuki wymyśliłam, że warto przypomnieć sobie pętelkowanie. No, i potem przypominałam sobie przez trzy dni, aż wreszcie uznałam, że mogę robić. O tym, że mam paluchy za sztywne i za krótkie nie wspomnę, ale jakoś jedną sztukę dałam radę wymodzić. Rozzuchwalona wlasnymi umiejętnościami, poszperałam w necie i znalazłam moja karakułę. Na stronie http://solny-swiat.blogspot.com/, znalazłam opis wzoru, wprawdzie zastosowany do szydełkowej kurki, ale pare wpisów dalej, do wykonania właśnie baranka. Zrobiłam oczywiście, po drodze prułam trzy razy, bo ciągle mi falował grzbiet, ale w końcu się udało. I starczy! Takie eksperymenty to już chyba nie dla mnie. Ale pochwalić się pochwale, a co!

czwartek, 09 lutego 2017
Trochę innego świata

Tak się składa, że u mnie spokój i w zasadzie nie ma co pisać, zatem zapraszam na krótkie wypady do Chin, śladami mojego Wnuka.

1. Nad jeziorem Lugu

Są na świecie sprawy, rzeczy, a zwłaszcza ludzie, którzy potrafią zadziwić. Właśnie tacy mieszkają w okolicach jezioro Lugu, na granicy prowincji Junnan i Syczuan. Lud Mosuo! Jedyny, gdzie jeszcze istnieje matriarchat!!!

Najważniejsza w każdym rodzie jest najstarsza kobieta. To ona decyduje o wszystkim. Może wszystko: dać córce klucz do gospodarstwa, które jest przekazywane z pokolenia na pokolenie własnie tak, jak  to sie u nas mówi, czyli "po kądzieli"; rozporzadzać mieniem, decydowac o finansach. Oczywiście kobiety tam robią tez dokładnie to, co my, czyli wychowują dzieci,szyją, gotują, sprzątają, pracują. A panowie? Mają obowiązki, a jakże! Takie jak połów ryb, dbanie o bydło, wykonywanie ubojów, ale przede wszystkim są użyteczni w nocy. Nie ma tam bowiem tradycyjnych małżeństw, tylko tzw. małżeństwa na dochodne. Przy czym to kobieta wybiera. Ma też prawo nim się znudzić i poszukać następnego partnera!

   

 2. Lijiang

Miasteczko wpisane na liste dziedzictwa Unesco. A konkretnie, na tej liście znajduje się kamienna starówka . Zamieszkuje tu mniejszość Naxi, którego częścią jest tez lud Mosuo. Naxi według starej legendy powstali z biedy, gdy jeden z ich protoplastów nie dostał nic na drogę życia od swego ojca. Musiał więc poradzić sobie ze wszystkim zupełnie sam. Stąd istniejące do dzisiaj miejsca wyrobu czerpanego papieru, i nie tylko. Zwiedzając stare miasto mija się setki drobnych warsztatów i sklepików z odzieżą, wyrobami skórzanymi, biżuterią czy wyrobami z drewna. Naxi to jakby wzór ekologów, dbających o ekonomię oraz przyrodę, a ich sposób budowy drewniano-murowanych domów jest gwarancją, że nie zostaną zniszczone przez trzęsienia ziemii.

 

 

3. Qingcheng

Góra ta, to jedna z najświętszych gór taoizmu słynie z wielu zabytkowych świątyń. To jakby zielone płuca ogromnego miasta Chengdu, w którym studiuje mój Wnuk. Aby ją zdobyć można podreptać sobie po schodać, pojechać kolejką linową, lub zostać wniesionym na leżaku! :-) W czasie drogi należy uważać na wszędobylskie małpy, próbujące podkradać turystom wszystko, co znajdzie się w zasięgu ich łap! Na szczycie są termy, z których korzystają liczni turyści, zwłaszcza teraz zimą, gdyż latem, oczy chłoną soczystą zieleń górskich zboczy, barwy przepieknych kwiatów i szum licznych potoków  czy wodospadów.

Całkiem niedaleko, w pobliżu Dujiangyan można podziwiać wpisany na listę Unesco, starożytny system budowli hydrotechnicznych, zbudowany na koncu przełomu rzeki Min, w miejscu jej wpłynięcia na Równinę Chengdu.

 

 

4.Góra Emei

Miejsce magiczne, pełne ciszy, jedna z czterech najświętszych gór buddyzmu, wysoka ponad 3 tysiące metrów. To trzy rozległe wierzchołki,  na których rozlokowanych jest prawie 70 klasztorów, pochodzących z dynastii Ming i Quing, ocalałych z zawieruchy dziejów. 

 

Posąg poświęcony opiekunowi góry bodhisattwie Samantabhadrze (Puxian),   

 

 

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 111