Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
wtorek, 15 maja 2012
Znaki zapytania

Nadal nie mam za grosz pojęcia, dlaczego tu jestem. Chyba tylko dlatego, aby w nocy być do dyspozycji babci, która w porywach potrafi co dwie godziny wołać o posadzenie ją na toalettenstuhl. Bo mimo zakładanego pampersa, nijak nie daje się przekonać, że można w niego się załatwić. W sumie nie dziwota, jeśli ktoś przez 87 lat w majty nie robił! Starzy ludzie już tak mają, że rękoma i nogami bronią się przed tym, co dla nich w tym momencie jest ostatecznym dowodem, iż starość wzięła górę, a ciało mdłe poddało się jej ze szczętem. Gorzej mam ja, bo nie należę do osób, które tylko poczują poduchę, i śpią. Najczęściej więc jest tak, że tylko zdążę zasnąć, a już jestem wzywana. A potem do połowy dnia ziewam i jestem nie do życia. A nie umiem spać po południu, co współczująco sugerowała Córka. Ostatnio próbuję zmienić godziny podawania tabletek nasennych, na godziny późniejsze. Może to pomoże, i Babcia będzie późną nocą zasypiać lepiej, niż do tej pory, kiedy te tabletki dostawała o osiemnastej.  A poza tym? Mija kolejny tydzień mojej pracy tutaj, a Córka i Zięć  co parę dni kursują między Moisburg a Oldenburgiem, gdzie mieszkają. Do tej pory udało mi się zebrać „zusammen do kupy” jedynie 8 dni, kiedy byłam sama. A gdyby policzyć te połówki dni, przed lub po południu, w których przyjeżdżają lub wyjeżdżają moi chlebodawcy, wyszłoby jeszcze mniej. Nie powiem, są mili, zawsze życzliwi w każdym calu,  troszczą się aż do przesady, aby tylko było mi dobrze, abym miała to co lubię, zwłaszcza do jedzenia. Nie tylko przywożą ze sobą zapasy dla siebie, gdy pomieszkują u Babci, ale także pościel, ręczniki i całą furę innych dziwnych rzeczy, zapakowanych w dziesiątki worków i woreczków foliowych. I zawsze furę papierosów, które namiętnie pali Córka. Potrafi w ciągu pół godziny wypalić dwie, trzy sztuki. Twierdzi, że się martwi stanem Babci. Pewnie tak, ale co jej pomoże, że gdy ją z okna kuchennego obserwuję, „sztacha” się raz za razem nerwowo? A Zięć? Oaza spokoju. Niewysoki, szpakowaty, starszy pan, któremu stuknęła niedawno siedemdziesiątka. Z pobłażliwością znosi humory żony, bo pewnie wie, że nie ma na to wpływu żadnego. A jak Ona zarządzi, tak jest. Mają jeden samochód, i zazwyczaj, po dwóch dniach pobytu tutaj, pan Zięć pakuje swoją walizeczkę, Córka zawozi go do sąsiedniej wsi na pociąg, którym dostanie się do Oldenburga, aby dopieszczać swoje trzy wnusie. Natomiast, kiedy jest tutaj, zajmuje się sprawami ogrodniczymi. Babcia nie ma ogrodu w dosłownym tego słowa znaczeniu, jedynie przed domem dość spory kawałek trawnika z wysadzonymi wzdłuż granic działki krzewami zimozielonymi i iglakami. Podjazdy są wybrukowane, ale wiadomo, że w szparach między poszczególnymi kostkami, lubią zasadzać się przeróżne chwasty. To Zięć je nożykiem! Prócz tego, z trawnika, specjalnym narzędziem wyrywa mlecze, a także pieli wszystko pomiędzy i pod krzewami. A wieczorami, długimi godzinami pisze coś w swoim laptopie. Byłam ciekawa, co? Może książkę? Okazuje się, że prowadzi dokładny dziennik tego wszystkiego, co w danym dniu się zdarzyło. Można powiedzieć, że Zięć, to pokrewna dusza, chociaż wyraźnie też Córka w pisaniu nie odstaje, bo każdego dnia w kalendarzu zapisywane jest wszystko, co dotyczy Babci. Jak spała, jak się czuje, ile zjadła, kto ją odwiedził, czy była na spacerze, itd. itp. A Babcinka? Babcinka ma bóle biodra, i kręgosłupa, bo operacja nic nie dała, czemu nie dziwota, skoro osteoporoza u niej taka, że ho,ho,! Prawie mi przypomina Frau Marię z Puhcheim. Do tego pooperacyjne problemy z żołądkiem, a nie tam żaden wegetarianizm jest teraz na tapecie w kuchni. Tylko dieta bardzo lekka, dużo warzyw i owoców, wszystko raczej gotowane, chociaż babcia nie pogardzi smażeniną. Ale nie mam serca jej serwować tego, co najbardziej lubi, bo potem wszystko mi się kraje, jak bidula męczy się nad wiaderkiem, aby to zwrócić! Dla mnie ta dieta Babcina też super, gorzej jedynie z tym, że Piekarzowa co i rusz kuchy pyszne donosi, którym ja niestety, oprzeć się nie mogę!

czwartek, 10 maja 2012
Na własne życzenie!

Wiedziona niezdrową ciekawością odnośnie pewnej sprawy, zapragnęłam zapoznać się z nią na czytniku rss. W złą godzinę oczywiście, bo zupełnie zapomniałam, że igoogle to strona bardzo bogata w przeróżne gadżety, które przy moim ślimaczku netowym zupełnie się nie otwierają, i ja za każdym razem czytam: ble,ble,ble, czyli jakieś dnsy, czy dsny maja winę, i nie można odczytać, i spróbować później, i za przeproszeniem, i uczciwszy uszy: d..a i tak w krzu! To mam jeszcze gorzej, jak miałam! Moja cierpliwość też ma swoje granice, aż taką netoholiczką nie jestem, więc uprzedzam, że znikam, a jeśli nawet się pokażę, to w szczątkowej formie. Zatem! Tym razem to Wy moi Mili powinniście uzbroić się w cierpliwość. Bo nie zbadane sa wyroki, kiedy się następnym razem pokarzę.

A tak w ogóle, to strasznie jestem ciekawa, czy ten wpis się ukarze! 

wtorek, 08 maja 2012
A na froncie budowlanym?

Na froncie budowlanym zaczyna się dziać. Odebrane już pozwolenie na budowę. Uzgodnienie z projektantem, że będzie także kierownikiem budowy spowodowało , iż większość potrzebnych spraw w gminie i urzędzie geodezyjnym, to on załatwił. Przez to także nie czekaliśmy na uprawomocnienie decyzji miesiąc, tylko niecałe dwa tygodnie. Również fakt, że mamy już podłączenia wod-kan i elektryczne, pomogło bardzo, bo nie musieliśmy tego ponownie załatwiać, jedynie parafowano je w gminie. A najważniejsze, że Ślubny dogadał się z ekipą murarską, nie tylko co do zakresu prac, ale także w kwestiach finansowych, i już około 20 maja rozpocznie się budowa. Ślubny jedynie do tego czasu musi mieć przygotowane nowe stanowiska podłączeń wod-kan, bo to akurat się zmieniło w stosunku do starego projektu. Oczywiście, także musi wyrzucić co nieco ziemi z miejsca, gdzie będzie ława fundamentowa oraz zamówić drobny żwirek na podsypkę pod fundamenty. No i poszukać kogoś, kto będzie chciał ziemię z wykopu, a to takie proste nie jest.  Póki co, wszystko załatwia sam, a na moje delikatne sugestie, aby się nie przepracowywał odpowiada, że jeszcze daje radę. Stara się nie forsować, ale też uważa, że ruch i praca fizyczna są wskazane, ale jeśli będzie taka konieczność, najmie  pomocników.  Chciałabym w to wierzyć, ale znając jego zamiłowanie do oszczędzania, trochę mnie martwi, że mnie przy nim nie ma. Z daleka mogę tylko liczyć na jego zdrowy rozsądek!!!

poniedziałek, 07 maja 2012
Zero, nul

I niestety! Moja wizyta wczoraj w domu Sylwii nie przyniosła żadnego rozwiązania. Mój stik u nich gorzej działał, jak u mnie. Próbowałam się podłączyć do ich sieci, bo mają net za pośrednictwem telefonu stacjonarnego. Wszystko grało do momentu, kiedy trzeba było podać hasło sieciowe. Sylwia przekopała prawie całe papiery u siebie, ale nie znalazła tego, co potrzebowałam. Śmiała się wieczorem, gdy przyszła nas odwiedzić, że przynajmniej dzięki mnie ma teraz porządek w dokumentach, bo szukając hasła, posegregowała je odpowiednio, a to co uznała za niepotrzebne, wyrzuciła. Ale było jej przykro, że nie mogli mi pomóc. Coś mi się zdaje, że główna przyczyna słabego netu tutaj, to fakt, iż jestem na terenach wiejskich. Kiedy pracowałam w miastach, wszystko działało, jak należy. Tak więc pozostanie mi to co jest. Rwące się co chwile połączenia oraz możliwość pisania i czytania. Czasem nawet udaje mi się poczytać blogi z innych platform, co wcześniej, w Rosengarten, nie było możliwe. To tyle z frontu netowego!

niedziela, 06 maja 2012
Rower!

Jak sie nie ma co sie lubi to sie lubi co sie ma.

Ukladow pewnie nie zmienie, to co sobie bede nadszarpywac kondycje nie tylko fizyczna.

A ta ostatnio bardzo potrzebna. Dostalam rower, stary bo stary ale ma wszystko co potrzeba, duze kola i pompke (nie zapomne, jak trzy lata temu w okolicach Julich na piechote dralowalam 8km z rowerem przy boku bo kola nie mialam jak napompowac). Pewnie ktos mnie zacznie podejrzewac o jakies zboczenie, bo jak zwykle zawsze cos wynajde, by do konca nie byc zadowolona. S jak tu byc, kiedy po godzinnej jezdzie, cztery ''niewymowne'' litery tak bola, ze ledwo siedziec moge? Siodelka to wina, bo plaskie, waskie i niewyprofilowane czy tez moje cztery litery za szerokie? Osobiscie stawialabym na siodelko, bo przeciez sama,  z wlasnej woli swojego siedzenia krytykowac nie bede, prawda?

Za to o bolacej pupie zapomina sie natychmiast kiedy wjedzie sie miedzy pola kwitnacego rzepaku, o upojnie miodowym zapachu.

 

I mozna tez przerwe sobie zrobic, aby podziwiac konie. Tymrazem pociagowe, ktore tutaj rzadko sie spotyka.

sobota, 05 maja 2012
Na ćwiczeniach!

 

Kto wie, czy nie lepszą lekcją cierpliwości jest ten ślimakowaty net, przy którym opieka nad staruszkami to bułka z masłem, bo przynajmniej przy opiece wiadomo, o co chodzi. A nawet, jeśli się nie wie, to szybko można  „zajarzyć”. A z moim netem wieczna niewiadoma. Akurat dzisiaj zimno, to swoja przerwę spędziłam w pokoju. Babcia spała w sąsiednim, a ja miałam szczerą ochotę na odwiedziny  Blogoulubionych. I co? I g….!!! Przez dwie godziny udało mi się wejść na 6 blogów, na dwóch zostawiłam komentarz, rzecz jasna, na odpowiedzi do komentarzy u mnie proszę nie liczyć, bo musiałabym ślęczyć cały dzień i noc. Ach, i rewelacja, udało mi się na jednej z moich poczt wysłać dwa maile, które niestety zawiesiły się tylko w roboczych i trzeba mi próbować dalej je wysłać. Nawet już wszystkie słowa na „h, k, p „ przestałam używać, bo i tak to nic nie daje. Spokój we mnie, i skała!

Ale! Pogadałam z Sylwią i jej Panem. Mam jutro w czasie przerwy przyjść do nich z laptopem, a juz On zobaczy, o co chodzi! Strasznie jestem tego ciekawa!

piątek, 04 maja 2012
Wiosna w Moisburg

KoncertJablonie jak baletniceRozana alejaWisnieDomJabloniowe paki

czwartek, 03 maja 2012
Niech się święci Trzeci maja!

 

Poświętowałam sobie. Zadbali o to i Córka, i Zięć!

W czasie poobiedniej przerwy, Zięć mnie zabrał do Altes Landu. Jechaliśmy znajomymi już dla mnie szosami, mijaliśmy te samo co parę miesięcy temu budynki, ale to co potem się pokazało, to była najprawdziwsza małmazja dla oczu. I tylko głowa bolała od kręcenia w jedną i drugą stronę. Ciągnące się dziesiątkami kilometrów kwitnące sady, a wśród nich stare domy, które już pokazywałam wcześniej. Ale teraz w jakiej scenerii. Zieleń traw, żółto kwitnące mlecze, a nad nimi szeregi baletnic w białych-zielonych, lub zielono - biało-różowych sukienkach, z wyciągniętymi ramionami gałęzi.  Jakby wirowały w tańcu w promieniach słonca. Jabłonie! Wiśnie! Grusze! Czereśnie! A między nimi czasami słodko-różowe wiśnie japońskie lub drzewa rajskich jabłoni! Gdybym pojechała tam za tydzień, byłoby już po wszystkim. Akurat od soboty, do najbliższej niedzieli będzie trwał największy festyn kwiatowy – Święto Kwitnących Jabłoni. W Jorku, centrum obchodów, spodziewane jest przeszło 30 tysięcy turystów. A ja sobie dzisiaj wszystko obejrzałam na spokojnie.

A wieczorem, w starym młynie, koncert muzyki klasycznej. Kwartet młodych ludzi grających na fletach różnej wielkości, od najmniejszego, do tak dużego, że trzeba było go postawić na stołeczku, a jeszcze wysoki muzyk miał kłopoty, aby sięgnąć do długaśnego ustnika. Dobra godzina  z okładem muzyki doby renesansu z Włoch, Francji i Anglii. Utwory Wiliama Byrda, Mathew Locke, Floriano Canalli.  Pavany, Fantasie, Suity, La Battaglie. Inne, ale jakże ciekawe!

Niestety, na zdjęcia trzeba będzie poczekać, aż wrócę do domu, bo za nic nie idzie ich wrzucić! Ale! Jeśli mi się uda pewien chytry plan związany z Sylwią, to kto wie! Spokojnie! Nie będę nikogo mordować, molestować, i co tam jeszcze! Grzecznie się zapytam! A nóż się uda? :-)

środa, 02 maja 2012
Mus!

 

Hm, czy  ja faktycznie muszę się w stu procentach dostosowywać do zwyczajów rodzin, u których pracuję? Nie do końca jestem przekonana. Ale myślę sobie po cichu, że jeśli ktoś dla kogoś coś robi, to ten ktoś, dla kogo się to coś robi, powinien właśnie mieć to na względzie, iż robi się coś dla niego, i dla jego rodziny też. W końcu każda akcja rodzi jakąś reakcję, więc zupełnie dla mnie jest zrozumiałe, iż wymieniane są oczekiwania, poglądy na wszystko co problemu opieki dotyczy. Nigdy nie twierdziłam, i nie twierdzę, że mam monopol na mądrość! Bo nie mam. Ale prawie pięcioletnie doświadczenie pozwala mi na to, że czasami mam zupełnie inne spojrzenie, niż ci, którym się wydaje, iż można mi  wszystko! Bo chyba jednak nie zawsze można!

wtorek, 01 maja 2012
Co to jest???

Nie bardzo wiem, czy to zły sen opiekunki, czy najprawdziwsze zagłaskiwanie. W każdym bądź razie, spotykam się po raz pierwszy z czymś takim. Babcia Ilse ma duży dom, trochę zaniedbany, ale nie dziwota, skoro jej mąż umarł lata temu, a Ona sama coraz bardziej podupada na zdrowiu. Za domem babci jest ogromne domiszcze, ni to stodoła, ni to nie wiadomo co, ale ponoć jest tam warsztat i magazyny drewna do kominka, z którego korzysta nie tylko Ona, ale także jej Syn, który wraz z rodziną mieszka tuż obok. Jego żona, Sylwia, miała parę lat temu wylew , zatem nie pracuje, siedzi całymi dniami sama w domu i chyba się nudzi. Wnioskuję stąd, że od momentu, kiedy tu przyjechałam, a Córka babcina przedstawiła mnie swojej Szwagierce, ta co chwilę biega do mnie i prosi, abym ją odwiedziła. Ona zaraz zrobi kawkę, dobrą kawkę, względnie cappuccino i będziemy mogły sobie pogadać! Sic! Albo przejdziemy się kawałeczek z jej staruteńkim pieskiem Miko. Nie dość tego! Sylwia ma klucze do babcinego domu, pewnie z czasów, gdy babcia była zdrowsza, ale trzeba było mieć na nią baczenie. I kiedy tylko Córka wyjechała, Sylwia była na dobrej drodze do tego, aby mnie szlag trafił, bo trudno być spokojnym, kiedy ma się świadomość, że zostało się samą, a nagle się słyszy cicho wołane własne imię. A Ona tylko przyszła z dobrego serca zobaczyć, czy się nie boję zostać sama z Ilse. Żeby chociaż zadzwoniła dzwonkiem u drzwi? Ale nie!  Karuje się do domu bez nic, a widząc moje zdumienie, jeszcze prosi, aby ją dobrze zrozumieć, bo przecież nie powinnam myśleć, iż mnie obserwuje, a potem Córce donosi, czy przypadkiem nie krzywdzę babcinki. Zupełnie nie wiem, co mam z tym fantem zrobić. Czy rozmówić się z Córką, czy sprzedać temat koordynatorce ( aby nie było niedomówień, to nie Juta ), czy też poinformować o tym firmę. A coś z tym zrobić przecież muszę. Zupełnie więc drobnostką może być drugi przypadek, mianowicie ten, że obok babcinego domu jest budynek piekarnio-cukiernio-kawiarni. Właściciele Onego mieszkają oczywiście w nim, ale tuż dalej jest postawiony 2-pietrowy, ogromny dom, z jeszcze większymi tarasami i mnóstwem okien, w którym mieszkają ich synowie z rodzinami. I wszyscy w tej piekarni pracują. Współwłaścicielka geszeftu, Gizela, do naszej Ilse mówi per Ciocia, i tez przychodzi co najmniej dwa razy dziennie. Niby rano przynosi świeże bułeczki, a po południu kuchy i insze słodkości, które się nie sprzedały, a szkoda wyrzucać, ale też widzę, jak ją oczy i uszy świerzbią, by się dowiedzieć ode mnie wszystkiego, co w Ilse domu piszczy! Oczywiście jest troska i współczucie dla Ilse, a także podziw, że ja sobie sama daję radę, ale mnie szlag trafia, bo jak tu pracować, układać sobie normalnie wszystko, kiedy co chwilę ktoś ten porządek zaburza? I aby nie było? Dzisiaj, po porannym telefonie Córki do Ilse, kiedy ta ostatnia oznajmiła, że źle się czuję, bo ma mdłości, nie trwało długo, tylko dwie godziny, gdy Córka i Zięć przyjechali z odległego o 150km miasta gdzie mieszkają. I poinformowali, że zostają do soboty! Cóż? Nawet nie wiedzieć kiedy, początkowa sielanka zaczyna się zamieniać w niezły koszmarek! I nie osłodzi tego to, że załatwili mi rower od razu, gdy poprosiłam, a darmowe rozmowy na kraj już były, że obiecali wycieczkę do kwitnących sadów, że nie widzą problemów, bo oczywiście, mam iść na koncert muzyki dawnej do starego młyna i że mam jechać z Sylwią na koncert gospel. Tylko żadne z nich się nie zastanowi, jak ja mam pracować w takim bajzlu!!!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 67
src="http://nowawmiescie.blox.pl/resource/loko_banner2.jpg" />