Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
czwartek, 01 grudnia 2016
Nie mogło tak być?

Taka ładna zima była przez parę dni! Aż chciało się z domu wychodzić, bo powietrze czyste jak łza, śnieg sobie skrzył w słoneczku i wesoło chrzęścił pod nogami!  A teraz.....? Błe!!!!!

  

 

 

 

Teraz to wieje, pada i jest ponuro. Na całe szczęście, mamy oboje trochę dodatkowych zajęć w tym miesiącu, to jakoś mniej będzie nas obchodzić, jak wygląda za oknem, chociaż.... średnio lubię jeździć do miasta, gdy leje. 

Akuratnie zaczęłam na poczatku tygodnia swoją co półroczą rehabilitację kolanek, a Ślubny zapisał się do "zębologa". Ja z tym ostatnim poczekam do stycznia, bo mam tyle terminów w kalendarzu, że chyba się już nie wyrobię. O, i załatwiliśmy sobie skierowanie do sanatorium. Trochę z tym było ambarasu, bo każde z nas ma innego lekarza, ale jakoś się udało to zgrać, i mamy już potwierdzenie, że wszystko doszło korekt do enefzetu. Wiem stąd, bo dzwonili do Ślubnego, czy nie zgodziłby się na dodatkowe dopisanie masażów kręgosłupa, oczywiście do zlecenia dla ichniego lekarza, bo to co napisał jego dochtór, to ciut za mało. W końcu serce i płuca, to drobnostka taka! Sic!!!

Do zumby doszły mi dodatkowa zajęcia: gimnastyka kręgosłupa, a już się szykują zapisy na gimnastykę dna miednicy, na którą też mam zamiar chodzić. Wprawdzie nic mi nie dolega, ale skoro jest okazja za śmieszne pieniądze ( 5 zł za godzinę ), to byłby grzech nie skorzystać. Gdyby się kto pytał, dlaczego tak tanio, to proste. Nasza Trenerka z dziewczynami z dawnego UTW założyła stowarzyszenie Aktywni plus, i teraz już tylko czekamy na zarejestrowanie, co nie przeszkadza w niczym, by o siebie zadbać!

Rodzinnie, same imprezy. Co dopiero Córka Wiewiórka miała urodziny, zaraz Synek Muminek na kolejce, a w nadchodzący weekend gościmy Najnajmłodszą. 

Ślubny zajęty także dokarmianiem ptaków, nie słucha, iż zasady są takie, jak u psów i kotów, czyli raz dziennie, nie, On wie lepiej, i ma radochę, gdy z dnia na dzień skrzydlaków coraz więcej.

Przedświątecznego spinania jeszcze nie mam, w lodówce tylko nastawione dwa ciasta piernikowe, leżakują sobie. Jutro dołożę jeszcze do tego wołowinę macerowaną na sposób niemieckiej pieczeni zwanej sauerbraten. Tradycyjnie przygotowuję tylko Wigilię, bo obydwa dni Świąteczne będę u Dzieci. Zatem spoko!

Zrobiłam już 50 szt. szydełkowych śnieżynek, z tego 22 dla moich Dziewczyn, reszta pójdzie na kartki. Teraz zabrałam się za dzwoneczki. Zrobię ich tylko 9 , po 3 dla Córki, Synowej i mua, a potem, jak zdążę, dorzucę być może po jednym janiołku! Gdybym bowiem chciała spełnić życzenia Progenitury, aby mogła udekorować choinkę szydełkowymi ozdóbkami, musiałabym chyba na to poświęcić cały rok, a tak, to może za parę lat dopnę do celu! . No, i może też się na taką pokuszę? :-))))

czwartek, 24 listopada 2016
Ptasio i mglisto!

Po raz pierwszy zawitał do nas zimorodek. To była bardzo ciekawa wizyta, bo nawet nie wiem, jak on długo sobie siedział na naszym tarasie, zanim go ujrzałam przypadkiem przechodząc do kuchni. Szybciutko wycofałam się i pobieglam na pieterko po aparat, mając nadzieję, że nie ucieknie. O dziwo, siedział dalej. Kiedy przyszedł Ślubny i stwierdził, że on chyba w szybę uderzył, skoro tak nieruchomo siedzi. Podszedł do okna, a zimorodek..... fruuuuu, i tyle go widzieliśmy!

Ale później wracając ze spaceru pokazał się niedaleko brzegu, takiego podwyższonego, co nie dziwi, bo własnie na takich brzegach ptaszek ten kopie sobie norki. Siedział na gałęzi, wpatrując się w wodę.

Wyczytałam na stronie Parku Narodowego, że nad naszym jeziorem i w okolicach Strugi 7 jezior, monitorowane jest od 2012r. 2-3 pary zimorodków. 

Słowem, mieliśmy szczęście! 

 

 

Wystarczyło parę dni mroźniejszych i już pojawiać się zaczeli skrzydlaci goście. Oczywiście gołębie, które albo wydłubują robaczki z płotu sąsiada, albo wydziobują ziarenka kaliny, które spadły obok naszego trawnika. Sikorki, to już zupełnie się zadomowiły, odwiedzając tłumnie karmnik i bujając się na tłuszczowej kuli, a dzisiaj po raz pierwszy, na zwiad przyleciały mazurki

 

Ostatnie dni przed południem witają nas mgliście, ale potem pokazuje się słońce, i bez przeszkód można do woli spacerować, kontemlując listopadowe jezioro, pustą plażę oraz marinę bez żaglówek. Wielkimi krokami zbliża się spokojny, zimowy czas nad jeziorem! 

 

 

 

piątek, 18 listopada 2016
Chcecie bajki?

Oto bajka:

"Dawno, dawno temu, gdzieś bardzo daleko, było sobie dobre miasto. Jego mieszkańcy żyli szczęśliwie, śmiali się, bawili i nigdy nie chorowali. W mieście tym było bardzo dużo ciepłego i puchatego. Ciepłe i puchate było miękkie, puszyste, bardzo lekkie i miłe w dotyku. Ludzie mieli taki zwyczaj, że kiedy spotykali się ze sobą, dzielili się ciepłym i puchatym mówiąc: „Tobie puchate i mnie puchate, mnie puchate i Tobie puchate”. A kiedy się dzielili – ciepłe i puchate rosło i było go jeszcze więcej. Ludzie nauczyli się, że kiedy ciepłe i puchate rośnie – ich życie staje się piękniejsze, serca wypełniają się miłością, a ciało jest zdrowsze.

Pewnego dnia do szczęśliwego miasta przybyła czarownica. Jeździła ona po całym świecie i sprzedawała ludziom swoje czary i lekarstwa. Jednak w dobrym mieście nikt nie chciał kupować jej lekarstw, ani nie potrzebował czarów. Wszyscy przecież byli zdrowi i szczęśliwi.
Czarownica chodziła po mieście i przyglądała się ludziom, ich zwyczajom i nie rozumiała, dlaczego nie może niczego sprzedać. Po pewnym czasie zorientowała się, że wszystkiemu winne jest ciepłe i puchate. Kiedyś obserwując jak ludzie się nim dzielą postanowiła uwolnić ich od ciepłego i puchatego i powiedziała do jednego z mieszkańców: „Wiesz? To ciepłe i puchate, które dostałeś od swojego przyjaciela, to wcale nie było jego ciepłe i puchate. On oddał Ci tylko to, co wczoraj dostał od Ciebie”. A do innego mieszkańca powiedziała: „Czy zauważyłeś, że Twój sąsiad dał Ci wczoraj mniej ciepłego i puchatego niż Ty dałeś jemu?”
Krążyła po mieście tak długo, aż zatruła ludziom serca i ludzie zaczęli się sobie nieufnie przyglądać. Coraz rzadziej dzielili się ciepłym i puchatym i chowali je w domach zazdrośnie strzegąc i bojąc się, że je stracą. A ciepłego i puchatego, którym nikt się nie dzielił było coraz mniej.
Pewnego dnia czarownica dała jednemu z mieszkańców trochę zimnego i kolczatego i powiedziała: „Tobie kolczaste i mnie kolczaste, mnie kolczaste i Tobie kolczaste”. I kolczaste urosło. Ludzie zaczęli się dzielić ze sobą kolczastym. Pojawiły się choroby, a szczęście zaczęło znikać z dobrego miasta. Ludzie stali się smutni i niemili dla siebie.
Mijały dni, miesiące i lata. Czarownica sprzedawała ludziom swoje lekarstwa i stawała się coraz bogatsza. Kiedy potrzebowała więcej pieniędzy dzieliła się z ludźmi zimnym i kolczastym i wtedy ludzie więcej chorowali i częściej przychodzili do niej po leki.
Szczęśliwie, dwoje dzieci bawiąc się ze sobą na strychu znalazło w starej skrzyni ciepłe i puchate, które dorośli dawno temu tam schowali, żeby nikt go nie zabrał. Kiedy je oglądali – rozerwali je na dwa kawałki i podzielili między siebie. I ciepłe i puchate natychmiast urosło, a dzieci poczuły, że w ich sercach pojawiła się jakaś radosna nuta. Pobiegły do rodziców i podzieliły się z nimi mówiąc: „Tobie puchate i mnie puchate”. I ciepłe i puchate znów urosło!
I od tej chwili ludzie zaczęli ponownie dzielić się ze sobą ciepłym i puchatym i w ich sercach pojawiało się więcej szczęścia i radości, a ciała mniej chorowały. Wtedy przypomnieli sobie o starym zwyczaju i dawnych czasach. Wypędzili złą czarownicę i starali się dzielić jak największą ilością ciepłego i puchatego. Jednak w ich mieście istniało także zimne i kolczaste, które kiedyś podarowała im czarownica. I odtąd ciepłe i puchate krąży między ludźmi na przemian z zimnym i kolczastym, i tylko od ludzi zależy, czym się ze sobą podzielą. A to, czym się podzielą – rośnie i wypełnia ich serca i myśli."

Bajka ta krąży od lat w sieci. Znam ją od czasu opublikowania jej przez Audrey w swoim dzienniku, który pisała na TS, gdzie i ja zaczynałam swą przygodę z pisaniem w internecie. Nie ma watpliwości, że to bajka  generalnie o dobru, ale także o bardziej niewymiernych sprawach, takich jak empatia, przyjaźń, troska o innych, współczucie, zaufanie, ciepłe uczucia, wyrozumiałość, ogólna przytulaśność i całuśność. I o tym, jak naprawdę ważna jest świadomość tego, jak wiele dostajemy, a także co sami dajemy!

Dlaczego ją przypominam właśnie teraz? Nie wiem, jak Wy, ale ja jakoś wyczułam ostatnio, że w przestrzeni jest zbyt dużo zimnego i kolczastego. Brońmy się przed nim, nie dajmy się mu stłamsić! Akurat niedługo Święta, wyciągnijmy na nowo woreczki, i zacznijmy znów radośnie się nimi dzielić. Wszak Ciepłe i Puchate szczodrze rozdawane cudownie się rozmnaża, i jest go coraz więcej i więcej! Może Ono innych odmieni!

 

 

 

piątek, 11 listopada 2016
Świętujemy!

Rogale marcińskie już są!

Można świętować Dzień Niepodległości! :-)))

 

poniedziałek, 07 listopada 2016
Chlip, chlip!

 

Po raz pierwszy od 47 lat, które własnie dziś minęły od naszego poznania, wliczając w to 4 lata chodzenia i 43 lata małżeństwa, jestem dzisiaj zupełnie sama!

I chociaż powinnam się cieszyć, że wszystko na badaniach jest w jak najlepszym porządku, i jutro powinnam witać Ślubnego w MBD, to jednak dzisiaj jest mi ..... jakoś tak niewyraźnie!

sobota, 05 listopada 2016
Jesienne, jeziorno-leśne klimaty!

W życiu dzieje się czasem dużo, czasem przemija ono w jednostajnym rytmie, ale jednego można być pewnym. To zmienność przyrody, zawsze o tej samej, z czterech pór roku do wyboru!

Nad jeziorem już cisza. Gdzieniegdzie jeszcze żaglówki kryją się wśród szuwarów, czasem jakaś łódź się rozsypie i zostaje na długo, aż do całkowitego zbutwienia, na marinie pustki, odleciały kormorany, coraz mniej łabędzi, na wodzie prym wiodą kaczki, łyski, mewy i od niedawna zadomowione u nas nurogęsi, nawet wędkarze poukładali swoje łodzie nad brzegiem. Gdy wiatr mocno wieje od północy, jezioro przypomina morze z białymi grzywami przewalających sie fal, gdy deszcz, zasnuwa się sinością wielką i mgłami, a gdy spokój, tafla nieruchomieje jak lustro.

 

Bardzo szybko jesienne drzewa potraciły swoje koralowe owoce, jedynie jeszcze irgi pełne czerwonych kuleczek wśród gołych, zapełnionych kolcami gałązek. 

Wśród przyścieżkowych traw i pniów wyrastają dziwne twory grzybiaste i hubiaste.

Za to wśród brzozowych zagajników, zatrzęsienie brzozaków, czasem trafi się sowa lub koźlak. Prawie w ogóle nie było podgrzybków, malo kurek, a o prawdziwkach można zapomnieć. Nie mniej jednak, sos ze smażonych na klarowanym maśle łebków brzozaczków, podlany białym winem i śmietaną , bardzo podkręcił rozpływający sie w ustach schab pieczony w mleku! 

Pod nieobecność Ślubnego, zostałam niejako zmuszona do zaopiekowania się kotem sąsiada, który już wybył do miasta na pobyt zimowy. Stare kocisko wie, że nie jestem jego admiratorką, nie podchodzi do mnie, gdy nasypuję mu karmy do miseczek. Za to nie miał z tym kłopotu jeż. Wylizał do cna wszystko, zupełnie nie przejmując się prychającym ze złości gospodarzem.

Na samotne wieczory, nie tylko ksiązka jest dobra. Także dłubaninka drutowa lub szydełkowa. Drutowanie póki co skończone, co widać poniżej.

Czas pomyśleć o nadchodzących świętach BN. Do wykonania znów mam masę śnieżynek szydełkowych. Muszę też skompletować i pomielić wszystkie składniki do domowej przyprawy piernikowej, przecież w następnym tygodniu należy już nastawić długodojrzewający piernik staropolski!

Ślubny na badaniach kontrolnych w odległym szpitalu. Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze! I oby jak najdłużej!

sobota, 29 października 2016
Ćwiczenia z cierpliwości!

Czas powoli biegnie, a z nim sprawy nasze ważne i mniej ważne. I my! Nurt raz leniwy, raz wartki, jak to w rekonwalescencji! I humory takoż!

Prawdą jest jednak to, że sobie mój Ślubny sam zapracował na to, co teraz się dzieje. Zapomniał chyba, że w pewnym wieku, a zwłaszcza 65+ nie należy robic za młodziaka, który może sobie przechodzić przeziębienia, lekce sobie ważyć "granie" w klacie, udawać, że do łodzi nie trzeba woderów, tylko wchodzi się na bosaka, o czapce i ocieplaczu na jesienne wędkowanie nie wspomnę. I tak powoli, sukcesywnie zarobił sobie na zapalenie płuc, które ja wzięłam właśnie za alarm sercowy, bo nigdy nie słyszałam o tym, aby było ono - znaczy się to zapalenie płuc - bez temperatury, kaszlu, a jedynym objawem wielka słabość! Cóż! Człowiek się przez całe życie uczy, zatem nie dziwota, że po wypisaniu pierwszym z naszego szpitala, gdy ślubny dostał nocnych napadów dzwoniłam po "erkę". Na szczęście, po całodziennym pobycie na SORze orzekli, że to tylko panika! Jego! Nie moja! Sic!!!!

Gorzej, że to skierowanie do torakochirurga na Wybrzeżu, na konsultacje, miało się zrealizować po prawie półtoramiesięcznym oczekiwaniu! Taka to przecież codzienność naszej służby zdrowia, że do specjalistów można czekać, i czekać, i czasem się nie doczekać! Dzięki temu jednak, że dostałam pewien namiar od SEKRETARKI BOŻENY, już za 5 dni od naszego telefonu jechaliśmy do specjalisty, a po kolejnych pięciu dniach Ślubny był już w specjalistycznym szpitalu, który jak się okazało, ma prawie ten sam skład lekarzy co sopockie centrum i jako głównego konsultanta, profesora stamtąd!!! Badania miał Ślubny zrobione w ekspresowycm tempie, na wyniki czekało się też niezbyt długo, po czym wypisano mi Go z wyraźnym przykazaniem, aby po 3-4 tygodnich zgłosić się na badania kontrolne! No! Naprawdę! To nie ściema! I właśnie w nadchodzącym tygodniu będzie ponowny wyjazd. Mam nadzieję, że ostatni! Na bardzo, bardzo długo!

A Ślubny ma teraz przechlapane!!! Przeze mnie! Wiem, wiem, nadmiar kontroli nie jest dobry, ale póki co serwuję mu ją w nadmiarze, aby nabył jednak pewnych przyzwyczajeń, które będą raczej skutkowały pozytywnie, co w prosty sposób przełoży się także na jego zdrowie. Póki co, przypominam o podstawowych sprawach, jak ciepła czapka, szalik, kalesony, odpowiednie obuwie. Nie ma prawa wyjść z domu, nawet do domku gospodarczego, bez ciepłego okrycia! Nie może się przeziębiać, i tyle!  Jakiekolwiek sygnały złego samopoczucia kwalifikują go do łóżka! Jego wróg to zimne napoje, pite z lodówki,  przechodzona angina, nie wyleżane przeziębienie czy grypa, o zapaleniu oskrzeli już nie wspomnę!!! Tak powiedzieli lekarze i tego się trzymam. Przypadłość Ślubnego wynikła właśnie z lekceważenia sobie takich podstawowych spraw. 

Nie szalejemy też na rowerach. Spokojna jazda, na niezbyt długich trasach, to nasza codzienność teraz. I wolna marszruta nad brzegiem jeziora, czy w lesie. Gorzej, że mnie zostało coś takiego, że co drugi dzień budzę się w środku nocy, i nadsłuchuję, czy On dycha. Potem chodze jak jakieś zombie, ale nie umiem nad tym zapanować. Pewnie też długotrwałym stresem są  spowodowane uporczywe bóle pleców! Mam jednak nadzieję, że za dziesięć dni wyjdę i ja na prostą, gdy Ślubny będzie już po kontroli, i z pozytywnym jej wynikiem!

Zatem? Jeszcze trochę cierpliwości, a znowu sie uaktywnię!

Bo jednak brak mi tego miejsca!!! :-)))))

sobota, 15 października 2016
Siła złego...

Dopiero wtedy, gdy zawiezie się współmałżonka do szpitala odległego tak, że trudno o codzienne odwiedziny, wychodzi przysłowiowe "szydło z worka". Człowiek zostaje sam i musi ze wszystkim sobie poradzić, a zwłaszcza z niespodziewanymi sprawami, które pojawiają się zupełnie znienacka, a na dodatek, nigdy sie im człek nie przygladał, chociaz miał świadomość, że chyba istnieją. No istnieją, ale nie w naszym kole zainteresowań, tylko drugiej połowy. Wtedy zaczynają się schody, o tyle strome, że nie bardzo jest się kogo poradzić, działa sie po omacku, i czasami na końcu wychodzi i tak piekna katastrofa! Faktem też jest, że na koniec śmieję się sama z siebie, z własnej nieporadności i zupełnie niezrozumiałego przekonania, że wiem i potrafię wszystko. A niekiedy to prawdziwe drobiazgi tak oczywiste do zrealizowania, że aż można "umrzeć ze śmiechu" z własnej......już nawet nie chcę używać słowa głupoty!

- przepaliła się żarówka w lampce na stoliku komputerowym. Dramat! Gdzie sa zapasowe, jedna opatrzność raczy wiedzieć??? Przerzuciłam połowę szuflad, cały domek gospodarczy, nie ma! Wstyd dzwonić do Ślubnego, bo nawet nie wiem, gdzie w pobliskim miasteczku są sklepy, w których znajduje sie elektryka. Nie zapytałam zatem i musi wystarczyc inna lampka, oddalona od biureczka znacznie!

 - nie umiem tankować własnego samochodu, a jeżdżę już ponad 25 lat, tyle tylko, że ja zawsze wsiadałam do autka i nic mnie nie obchodziło, zwłaszcza to, czy jest natankowane i sprawne. Miało być, i koniec. A tu klops, trzeba prosić obsługę stacji, a nie zawsze to przyjemność jest, gdyż rzeczona obsługa ma to w nosie, czy umiesz, czy nie, i robi sobie z tego najprawdziwsze "jaja"!

- w ramach odstresowywania pojechałam z koleżanką do lasu w dniu mocno wilgotnym. Eksplorowałyśmy tereny mocno piaszczyste, nie dziw więc, że po powrocie rower wyglądał jakby startował przynajmniej w rajdzie "enduro". I oczywiście zapomniałam, iż nie ma drugiej osoby, która to zawsze doprowadzała mój pojazd do stanu używalności. Wiadomo więc, że gdy po paru dniach chciałam się przejechać, mój rower odmówił posłuszeństwa. Zatarł sie jakby, i nijak nie szło uruchomić kół, aby sie kręciły. Na dodatek chyba już sił nie mam, ani "pary", bo nie byłam w stanie odkręcić maleńkiej wajhy pod siodełkiem w rowerze Ślubnego, słusznie rozumując, że mogę posiłkować się pojazdem jakby zastępczym! Nie mogłam!

- odmówił posłuszeństwa jeden z telewizorów multiroomu. Przez jakiś czas drugi, na górce, działał, ale po nastepnych paru dniach poinformował, że brak mu połączenia z dekoderem! No! Jedyna rozrywka, gdy człek nie ma chęci ni ochoty na nic, a najlepsze są durne programy pseudorozrywkowe, bo nie trzeba mysleć, co akurat mi ostatnio zupełnie bardzo pasowało, poszła się "je-je-je"!!!. Oczywiście, nie wiem, gdzie, co i jak, oraz komu powierzyć naprawę tegoż, bo nie do mnie to należało dotychczas. I znowu "beka", bo trzeba zawracać głowę choremu!

- leje cały tydzień, jeszcze trochę a łódź zacumowana niedaleko brzegu pójdzie na dno. Szukam kluczyków od kłódki do rzeczonej łodzi, które zawsze wiszą koło drzwi domku gospodarczego. Niestety, nie ma. Sąsiad jeden i drugi dopytuje się bowiem o powyższe, chętni z pomocą sa przecież, bo w końcu wędkarska solidarność to nie w kij dmuchał! Synek-muminek na zjeździe w Trójmieście, Zięciaszek za granicą, trza sie znowu dopytywać Ślubnego, który sobie jednak lekceważy problem dokumentnie. Potem nawrzeszczałam na Bogu ducha winnego Synka i jego Małżonkę, że się nie przejmują, wygawor telefoniczny poszedł także do szpitala, na koniec zażądałam, aby dali mi wszyscy święty spokój, po czym poryczałam się mocno i namiętnie, co skutkowało spadkiem ciśnienie do całkiem przyzwoitego poziomu, i przypomniałam sobie o własnych nerwach, które ledwie trzymały się na postronku.

Tych katastrof mniejszych i większych jeszcze trochę było. W międzyczasie trzeba też było zawieżć a potem przywieźć z lotniska gdańskiego Córkę-wiewiórkę, która ze Starszą Wnuczką bawiła w Albionie, wziąć udział w obchodach Dni Seniora,  potem wszelkie myślenie o czymkolwiek poszło sobie za góry i lasy w chwili, gdy dostałam wiadomość, że mogę Ślubnego odebrać ze szpitala, zdiagnozowanego i przebadanego dokumentnie, co nastąpiło wczoraj! Ale o tym potem!!!! Muszę się nacieszyć, c`nie??? :-)))))

czwartek, 06 października 2016
???????

Nie jestem robotem. A szkoda! Nie miałabym żadnych problemów emocjonalnych, a jedynie - hopsasa i do przodu! I chociaż zawsze powtarzałam, że moja psyche ma się super dobrze, to jednak okazuje się, iż w przypadkach skrajnych to nie działa!

Noc ostatnia  - 5 godzin! Potem pobudka , szybkie śniadanie dla mnie, plus mała czarna oczywiście! Dla Ślubnego tylko moje współczujące spojrzenie, bo ma się w szpitalu, do którego go powiozę, zameldować na czczo!

A szpital to niewielki, sześć budynków dawnej świetności, położony w lesie, jakieś 150 km od nas, między województwami pomorskim i kujawsko-pomorskim. Za to z niewątpliwymi osiągnięciami. Bo i staże medyków się tam odbywają, i na większości oddziałów konsultantami medycznymi wysokiej rangi są lekarze z Centrum Medycznego w Gdańsku. I cała fura moich znajomych sie dobrze o nim wypowiadała! Na netowe opinie nie zwracałam uwagi, bo tam, jak zwykle, zawsze jest wszędzie źle i poniżej oczekiwan!

Tośmy wstali dzisiaj o 5-tej, i pojechali! Lało że hej, ale jakoś dotarliśmy do celu. Ślubny skonfudowany wielce, udawał mocarza, ale przecież znam go lepiej, jak "zły szeląg", to nie pozwoliłam sie przy przyjęciu wymiksować mnie na korytarz!

Zaczynamy zatem od zera. Wprzódy badania podstawowe, a potem dopiero specjalistyczne. I wtedy okaże się, co tam w płucach ślubnego gra!

Jakby co, to po tym wszystkim żyję! W zawieszeniu jakimś, ale tak, zyję! Myśli różniste latają jak sputniki, ale póki co je odrzucam. Przecież nie jest powiedziane, że bronchoskopia to wyrok! Tym bardziej, że nie ma konieczności robienia badania "ebus ".

Dziękuję Bożenkowej sekretarce!!!! Gdyby nie Ona, w zyciu nie trafiłabym na ten szpital!!! Bożenko!!! Jesteś przedobrą osobą! Pomagasz nawet tym ,których nie znasz! Schapeau`bas!

I Wam Wszystkim, którzy jednak tu zaglądacie,  dzwonicie, mailujecie i zostawiacie ślad, tez dzięki serdeczne składam! :-)))

Oczywiście, o dalsze trzymanie kciukorów upraszam mocno!

wtorek, 20 września 2016
Luźne zapiski z czasu, który się trochę zatrzymał!

czwartek - początek

wczorajszy dzień jak koszmar. Nie mógł ktoś wyjść z tej sali obserwacyjnej, i coś mi powiedzieć, po czterech godzinach czekania, co i jak  jest? Ile to roboty???? A mnie się przypominało zaraz to, co przeżywałam prawie ćwierć wieku temu! I moja Przyjaciółka Danuśka, dzięki której Ślubny żyje nadal, i która ma mnie teraz w głębokiej dziurze! Ale fakt faktem, nie wiedziałam co się dzieje, a doktory mi zupełnie nie pomagały!

piątek

udało się złapać doktórkę, która sie Ślubnym opiekuje. Trajkotała o mozliwym tomografie komputerowym, bo wyniki badań podstawowych są niejednoznaczne i zupełnie nie wiadomo, co jest z tym Moim ! Mam się bać? A SynekMuminek z przyległościami zjechał. Mam się zająć nimi, bo to lepsze, niż szamotanie myśli i pępka cuzamen! Slubny i tak przestraszony! Prawie ze mną nie gada!

sobota

byliśmy zapisani na trzecią Marszrutę Kaszubską, ale z racji tej, co wiadomo, zrezygnowałam, no bo z kim miałam jechać?! A tu Najnajmłodsza zaofiarowała się, ze mną pojedzie! Szok po prostu! Tośmy pojechały! W jedną stronę 23 kaemy! Na miejscu Najnajmłodsza strzeliła mi fotę z Zenonem Jaskółą, potem zjadłysmy wojskowa grochówkę, i ... nie chciała Małolata czekać na losowanie nagród. Rozwaliło mnie dokumentnie stwierdzenie: "ależ Babciu, pojechałam z Tobą a reszta jest nieważna!!!! Szczęka mi opadła!!!! A po drodze "kosiłam " grzyby przy rowerowej ścieżce! A jakże! Jakby co, to Ślubny sekundował nam telefonicznie uspakajając, że nie jestem zobowiązana do siedzenia z nim godzin pińcetstodziewincet! Ulga!

niedziela

to był bardzo dobry pomysł moich latorośli, by zając mi trzy dni ! Przynajmniej durne myśli nie latały mi po głowie! Córka Wiewiórka tez przybyla z odsieczą! Umówiłyśmy się na poniedziałek, na jej działkę! Ślubny znowu w dole! Przypomina mu się dawny czas, a ja zupełnie nie wiem, jak tamte złe chwile odgonić! Straciłam umiejętność perswazji, czy co? I dlaczego też budzę się co dzień o 3.30! Dokładnie wtedy, gdy zacząła się ta obecna historia?

poniedziałek

jak zwykle piekę bagietki. Dla Córki Wiewiórki i Magasi nastoletniej bardzo! Na działce Teściówka córczyna podniosła mi ciśnienie, ale się nie dałam! Jakby co, to chodziło o roboty ziemne, w których nie chciałam uczestniczyć! Ślubny rozweselił się, jak mu opowiadałam , w jaki sposób córczyną Teściową dostałam do pionu! I juz wiem, że humor oraz opowiadane "głupoty", to plaster na jego skołataną głowę!

wtorek

szajsowaty bardzo! Ślubny czuje się słaby i wyzuty z sił wszelkich! Ani chybi stres go zżera przed jutrzejszym najważniejszym badaniem! Uśmiecham się, ale też się boję!

środa! 

ja zupełnie nie rozumiem tego, że trzeba Ślubnego co dzień słać na rentgena, aby w końcu, prawie po tygodniu, posiłkować się tomografem, bo inaczej "ni widu, ni słuchu", i nikt nic nie wie???? Czy szpitalniki jakimś sposobem chcą mi prąd oszczędzać? Bo przecież po takim dawkowaniu promieniowania, to Ślubny świecić będzie, jak mu żarówkę w otwór gębowy się wciśnie!

czwartek

okazało się, że w opłucnej jest woda, serce powiększone i w śródpiersiu powiększone węzły! Te dwa ostatnie zdarzenia  nie dziwota, w 1992 też tak było po obydwu zawałach! Woda nas martwi bardzo! Będą mi przez nastepnych parę dni Ślubnego osuszać! Moją chudzinę!!! Toć to już wiór z niego ostanie się chyba! ;-(  Synekmuminek miał 15-lecie ślubu. Upiekłam torcik , kupiłam prezent, a ich ani widu, ani słuchu! Zjawili się po telefonie od mua. Ucieszone bardzo byli, i o to chodzi! 

piątek

przenieśli Ślubnego na inną salę! Trójkę! Nie byłoby żadnego halo, gdyby nie jeden z pacjentów, śmierdzących okrutnie, że aż dech zapiera! Wpadła więc moja sierota z deszczu pod rynne, bo uprzednio był w dwójce, tyle tylko, że współtowarzysz chrapał lepiej, jak pułk drwali! Ordynator nakazał na poniedziałek wypis zrobić! Póki co, nie cieszę się, bo łaska ordynatorsa, jak pańska, na pstrym koniu biega, i nie wiadomo, co w poniedziałek sie urodzi!

Synek Muminek miał egzamin ostatni dzisiaj. Trzymaliśmy kciukory wszyscy!

sobota

cały domek doprowadziłam do czystości prawie absolutnej. Uffff! No i zmieniło się ordynatorowi!!! Poniedziałek do domciu będzie, jak zdjątko wyjdzie korekt! Co było robić, gdy Ślubny nie w nastroju. Pojechałam do ogrodnictwa, i zamiast nietrafionych wczesną wiosną crazytunii, zakupiłam poczciwe chryzantemy. Oczywiście posadziłam, wywalając to, co było dotychczas w donicach! Pod wieczór przyjechali Młode - chcieli mi sprzedać Najnajmłodszą. Odmówiłam. Trudno, mogę być złą babcią, skoro u sąsiadek jestem złą żona, bo na zumbę jeżdżę, a powinnam się umartwiać, bo Ślubny w szpitalu! 

niedziela

super tak sobie poleżeć w łóżku! Nikt nie wyrzuca za wcześnie i smażenia jajecznicy nie chce! Ech! No dobra! Marzenia dobra rzecz, tyle tylko, aby za głosno o tym nie mówić! Ważne, aby jutro się zrealizowało to, co zapowiadają doktory! Nie wiem, czy zasnę i czy jutro od rana będę jak "na szpilkach"!

 poniedziałek

no, jest w domu. Ale huk roboty przed nami. Zapisać się do poradni kardiologicznej i pulmonologicznej, a także najważniejsze: zapisać się pilnie na badanie specjalistyczne węzłów chłonnych w poradni torakochirurgii w Gdańsku!!!

wtorek

to ostatnie polecenie chyba było powodem tego, że dosłownie niecałą godzinę temu karetka zawiozła Ślubnego z powrotem do szpitala z ostrym napadem dusznicy!!!

 

ZATEM KOCHANI!!!

Dziękuję za maile, sms-sy, telefony i wiele ciepłych słów !

Nie mam głowy do bloga, i nie wiem kiedy wrócę!

Trzymajcie się!

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 109