Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
wtorek, 20 września 2016
Luźne zapiski z czasu, który się trochę zatrzymał!

czwartek - początek

wczorajszy dzień jak koszmar. Nie mógł ktoś wyjść z tej sali obserwacyjnej, i coś mi powiedzieć, po czterech godzinach czekania, co i jak  jest? Ile to roboty???? A mnie się przypominało zaraz to, co przeżywałam prawie ćwierć wieku temu! I moja Przyjaciółka Danuśka, dzięki której Ślubny żyje nadal, i która ma mnie teraz w głębokiej dziurze! Ale fakt faktem, nie wiedziałam co się dzieje, a doktory mi zupełnie nie pomagały!

piątek

udało się złapać doktórkę, która sie Ślubnym opiekuje. Trajkotała o mozliwym tomografie komputerowym, bo wyniki badań podstawowych są niejednoznaczne i zupełnie nie wiadomo, co jest z tym Moim ! Mam się bać? A SynekMuminek z przyległościami zjechał. Mam się zająć nimi, bo to lepsze, niż szamotanie myśli i pępka cuzamen! Slubny i tak przestraszony! Prawie ze mną nie gada!

sobota

byliśmy zapisani na trzecią Marszrutę Kaszubską, ale z racji tej, co wiadomo, zrezygnowałam, no bo z kim miałam jechać?! A tu Najnajmłodsza zaofiarowała się, ze mną pojedzie! Szok po prostu! Tośmy pojechały! W jedną stronę 23 kaemy! Na miejscu Najnajmłodsza strzeliła mi fotę z Zenonem Jaskółą, potem zjadłysmy wojskowa grochówkę, i ... nie chciała Małolata czekać na losowanie nagród. Rozwaliło mnie dokumentnie stwierdzenie: "ależ Babciu, pojechałam z Tobą a reszta jest nieważna!!!! Szczęka mi opadła!!!! A po drodze "kosiłam " grzyby przy rowerowej ścieżce! A jakże! Jakby co, to Ślubny sekundował nam telefonicznie uspakajając, że nie jestem zobowiązana do siedzenia z nim godzin pińcetstodziewincet! Ulga!

niedziela

to był bardzo dobry pomysł moich latorośli, by zając mi trzy dni ! Przynajmniej durne myśli nie latały mi po głowie! Córka Wiewiórka tez przybyla z odsieczą! Umówiłyśmy się na poniedziałek, na jej działkę! Ślubny znowu w dole! Przypomina mu się dawny czas, a ja zupełnie nie wiem, jak tamte złe chwile odgonić! Straciłam umiejętność perswazji, czy co? I dlaczego też budzę się co dzień o 3.30! Dokładnie wtedy, gdy zacząła się ta obecna historia?

poniedziałek

jak zwykle piekę bagietki. Dla Córki Wiewiórki i Magasi nastoletniej bardzo! Na działce Teściówka córczyna podniosła mi ciśnienie, ale się nie dałam! Jakby co, to chodziło o roboty ziemne, w których nie chciałam uczestniczyć! Ślubny rozweselił się, jak mu opowiadałam , w jaki sposób córczyną Teściową dostałam do pionu! I juz wiem, że humor oraz opowiadane "głupoty", to plaster na jego skołataną głowę!

wtorek

szajsowaty bardzo! Ślubny czuje się słaby i wyzuty z sił wszelkich! Ani chybi stres go zżera przed jutrzejszym najważniejszym badaniem! Uśmiecham się, ale też się boję!

środa! 

ja zupełnie nie rozumiem tego, że trzeba Ślubnego co dzień słać na rentgena, aby w końcu, prawie po tygodniu, posiłkować się tomografem, bo inaczej "ni widu, ni słuchu", i nikt nic nie wie???? Czy szpitalniki jakimś sposobem chcą mi prąd oszczędzać? Bo przecież po takim dawkowaniu promieniowania, to Ślubny świecić będzie, jak mu żarówkę w otwór gębowy się wciśnie!

czwartek

okazało się, że w opłucnej jest woda, serce powiększone i w śródpiersiu powiększone węzły! Te dwa ostatnie zdarzenia  nie dziwota, w 1992 też tak było po obydwu zawałach! Woda nas martwi bardzo! Będą mi przez nastepnych parę dni Ślubnego osuszać! Moją chudzinę!!! Toć to już wiór z niego ostanie się chyba! ;-(  Synekmuminek miał 15-lecie ślubu. Upiekłam torcik , kupiłam prezent, a ich ani widu, ani słuchu! Zjawili się po telefonie od mua. Ucieszone bardzo byli, i o to chodzi! 

piątek

przenieśli Ślubnego na inną salę! Trójkę! Nie byłoby żadnego halo, gdyby nie jeden z pacjentów, śmierdzących okrutnie, że aż dech zapiera! Wpadła więc moja sierota z deszczu pod rynne, bo uprzednio był w dwójce, tyle tylko, że współtowarzysz chrapał lepiej, jak pułk drwali! Ordynator nakazał na poniedziałek wypis zrobić! Póki co, nie cieszę się, bo łaska ordynatorsa, jak pańska, na pstrym koniu biega, i nie wiadomo, co w poniedziałek sie urodzi!

Synek Muminek miał egzamin ostatni dzisiaj. Trzymaliśmy kciukory wszyscy!

sobota

cały domek doprowadziłam do czystości prawie absolutnej. Uffff! No i zmieniło się ordynatorowi!!! Poniedziałek do domciu będzie, jak zdjątko wyjdzie korekt! Co było robić, gdy Ślubny nie w nastroju. Pojechałam do ogrodnictwa, i zamiast nietrafionych wczesną wiosną crazytunii, zakupiłam poczciwe chryzantemy. Oczywiście posadziłam, wywalając to, co było dotychczas w donicach! Pod wieczór przyjechali Młode - chcieli mi sprzedać Najnajmłodszą. Odmówiłam. Trudno, mogę być złą babcią, skoro u sąsiadek jestem złą żona, bo na zumbę jeżdżę, a powinnam się umartwiać, bo Ślubny w szpitalu! 

niedziela

super tak sobie poleżeć w łóżku! Nikt nie wyrzuca za wcześnie i smażenia jajecznicy nie chce! Ech! No dobra! Marzenia dobra rzecz, tyle tylko, aby za głosno o tym nie mówić! Ważne, aby jutro się zrealizowało to, co zapowiadają doktory! Nie wiem, czy zasnę i czy jutro od rana będę jak "na szpilkach"!

 poniedziałek

no, jest w domu. Ale huk roboty przed nami. Zapisać się do poradni kardiologicznej i pulmonologicznej, a także najważniejsze: zapisać się pilnie na badanie specjalistyczne węzłów chłonnych w poradni torakochirurgii w Gdańsku!!!

wtorek

to ostatnie polecenie chyba było powodem tego, że dosłownie niecałą godzinę temu karetka zawiozła Ślubnego z powrotem do szpitala z ostrym napadem dusznicy!!!

 

ZATEM KOCHANI!!!

Dziękuję za maile, sms-sy, telefony i wiele ciepłych słów !

Nie mam głowy do bloga, i nie wiem kiedy wrócę!

Trzymajcie się!

 

czwartek, 08 września 2016
Nie tak!!!

 

Za bardzo się chwaliłam! Za bardzo! Przecież  powinnam wiedzieć, że coś się stanie! Na mur beton!!! 

Pierwsza była panika! Potem stanowcze "nie" dla pozostania w domu, gdy dokładnie widać, że coś jest nie tak! Długie godziny oczekiwania na SORze, pod salą obserwacyjną, co właściwie sie dzieje!

A teraz?

Dom taki cichy się zrobił i jakby większy! 

Myśli, jak szalone, kłębią sie dotkliwie!

Czas odmierzany wizytami w szpitalu!

Ręce, w pierwszym odruchu, gdy wróciłam sama ze szpitala, wyczyściły wszystkie okna, a teraz nie umieją zająć sie czymś konkretnym, jedynie w nocy budzą się zdumione pustą poduszką obok mnie i nie bardzo wiedzą, co zrobić ze zbyt ogromnym łóżkiem!

Przecież nic nie zapowiadało tego, że wróci jak zły sen to, co odmieniło nam życie prawie ćwierć wieku temu!

Może to kara za coś?

22:21, fusilla , wszystkie
Link
niedziela, 04 września 2016
Jedenastkę czas zacząć!

Tak Kochani!

Te słodkości to dla Was, moi mili Czytelnicy. Dla wszystkich bez wyjątku!

Dla tych, co zawsze czytają i zawsze komentują!

Dla tych, co tylko czytają!

Dla tych, co wpadają i wypadają po chwili, bo im nie po drodze!

Dla tych, co podgladają przez dziurkę od klucza też!

Zaczynamy wspólnie jedenasty rok blogowania. Razem!

Przecież ciągle jesteście tu ze mną, i za to dla Was mój podziw. Bo Wam się chce czytać prawie ciągle to samo, gdy opisuję swoje zwyczajne życie, i nie narzekacie, gdy po raz nie wiem który ciesze się, że jestem szczęśliwa, że słonce świeci, że uśmiechają się ludzie, że żyję w najpiękniejszym miejscu na ziemii! 

Dziękując za wspólne dziesięć lat, liczę na dalszą wspólną wędrówkę!

wtorek, 30 sierpnia 2016
Akcja poddasze

Gdy się mieszka w małym domku, nawet tylko dubelt, okazuje się po pewnym czasie, że brakuje pewnych przestrzeni. I nie chodzi tu o szafy lub skrytki. Nie! Przeszkadzają na ten przykład sprzęty i urządzenia, które sa używane bardzo rzadko. Jasne, że chodzi o sprzęty i urządzenia kuchenne, bo przecież w domku gospodarczym każde inne ustrojstwo spod domeny Ślubnego jest, i wiadomo, że to jest najważniejsze, i szlus! Trudno jednak zimą, gdy sniegu nawieje, biegać rozgrzanym po to czy tamto. Oczywiście to tylko przykład, ale wiadomo o co chodzi. Tak dlugo marudziłam, aż się doczekałam, że nareszcie na drugiej połowie poddasza Ślubny zamontował płyty, które stanowią doskonała podłogę pod to, co ja używam rzadko, a co z racji małej przestrzeni kuchennej, stawałoby się zawalidrogą, lub trzeba toto upychać na wcisk! A tak, ściągnie się schódki poddachowe, wejdzie po drabince, światełko zapali, i voila, sięgamy po to czy tamto!

Jak to dobrze mieć kogoś, kto się na tych deskach, gwożdziach, płytach i piłach zna! ;-)))) Można wtedy bez problemu zająć się smażeniem dżemu wiśniowego, i w ramach eksperymentu, zreszta udanego, wrzucić doń po pół tabliczki czekolady mlecznej i gorzkiej. Albo też pokroić pomidory, narazie oczywista 5 kg,  wydrażyć środki, z których po ugotowaniu mamy doskonały sos pomidorowy, a reszta w tym czasie się suszy, by na koniec zostać potraktowana mieszanką ziół typu włoskiego, paroma płatkami czosnku, odrobiną octu jabłkowego oraz gorącym olejem.

A tu jeszcze tyle spraw do załatwienia! Już w odwodzie oczekują węgierki na smażenie powideł, a pomidory na ponowną sesję suszenia. Las wzywa, bo po wyjeździe stonki turystycznej jest w nim jakby luzu więcej, i grzyby nie chowają się po kątach. Tuż za płotem, przy chaszczach, grona bzu czarnego, pełne soku nagrzanego słońcem, zaczynają się poddawać przyciąganiu ziemskiemu i aż się proszą o przerobienie na konfitury. 

O obowiązkach towarzyskich i rodzinnych to już nie wspominam, bo sierpień był bardzo w nie obfity, a tu już zaraz wrześniowych kontaktów i zmian przyjdzie czas. Najnajmłodsza za parę dni kończy 12 lat, Starsza zaczyna drugą licealną, Wnuk drugi rok azjatyckich studiów ( bo pierwsze dwa lata to nauka podstaw  chińskiego była), Synek muminek rozpoczyna drugi rok studiowania marketingu inżynieryjnego, cokolwiek to znaczy!

I zumba po miesiącu przerwy nareszcie, bo jakby nie patrzeć, ale te wszystkie letnie dobroci idą w boczki, że czas im walke wydać! 

Doba ma niestety tylko 24 godziny, i nijak się nie chce rozciągnąć. Człekowi już lata trochę przeszkadzają, wolniejszy jakby bardziej niż w przódy, to i czasem mu kilka dni zejdzie na twórcze działanie. Najważniejsze jednak, że słońce świeci, pszczółki pracują, motyle nektary spijają, ryby biorą, wody nie ubywa, las szumi i radość człeka ogarnia, bo zdrowy jest! A co!

  

czwartek, 25 sierpnia 2016
Praska pigułka!

Kiedy wyjedzie się na południe kraju, blisko granic z sąsiadami, naturalnym jest, że myśli sie o wyskoczeniu za najbliższe miedze! Ofert w biurach turystycznych Szklarskiej Poręby było sporo, i to nader ciekawych, jednakże nie był to szczyt sezonu, i turystów ciekawych zagranicy za wielu nie było. Nie udało nam się z Dreznem i Skalnym Miastem, ale rzutem na taśmę prawie, pojechaliśmy pospacerować sobie po Pradze! Dla mnie to była podróż sentymentalna bardzo, bo byłam w Pradze przez kilka niezapomnianych dni na początku lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

Pogoda była przepiękna, zapowiadał się nawet upał, jazda autobusem nie trwała długo, przewodnik opowiadał ciekawie, a co najważniejsze, nie gonił nas do imentu, tylko spokojnie prowadził od początku do końca wycieczki. 

Dopiero w Pradze okazało się, że to u nas jeszcze sezonu nie było. W stolicy Czech przewalały się tłumy, i trzeba naprawdę było bardzo się pilnowac, aby nie zgubić się w tym tłumie ludzi żądnych obejrzenia jednego z piękniejszych miast Europy!  

Nasz spacer zaczął się od dzielnicy Strachow, skąd powoli przmieszczaliśmy się ze wzgórz Hradczańskich w kierunku centrum. 

Powyżej Pałac Czerninów- siedziba ministerstwa spraw zagranicznych.

 Ulicą Loretańską powoli kierujemy się do palacu Prezydenckiego na Vaclawskich Namestach,

aby chwilę potem, po przejściu na trzeci dziedziniec  Zamku Praskiego zobaczyć przepiękną katedrę św, Wita. Powyżej fasada frontowa z wrotami i portalem. Poniżej gotycka absyda w łukami przyporowymi.

Rozeta nad wejściem

Nawa Główna z witrażąmi w części prezbiterialnej - XIV wiecznej

Natępny punkt  to Ogrody Wallenstaina, gdzie możemy trochę ochłonąć w cieniu i zachwycić się nie tylko spokojem miejsca, ale też pawiem albinosem, który nie chciał jednak zejść z drzewa, na którym skrył się wśród listowia. Kompleks ogrodowy to nie tylko pieknie zadbana roślinność i ogromny staw, ale także liczne rzeźby oraz pałac, będący siadzibą Senatu Republiki Czeskiej.  Uwagę przyciąga Sala Terrana, loggia z trzema potężnymi arkadami oraz wnętrzem zdobionym sztukateriami i przedstawieniami z wojny trojańskiej. Obok logii znajduje się grota ze sztucznie stworzonymi naciekami, stalagmitami oraz stalaktytami, a także ptaszarnia z największymi puchaczami.

Obowiązkowo trzeba też przejść się po moście Karola, aby chociaż jedno zdjęcia zrobić, co jest oczywiście niezłym wyzwaniem, jeśli się widzi te tłumy ludzi przewalające się z jednej strony na drugą,

 Powyżej, panorama prawobrzeżnej Pragi z Teatrem Narodowym

Po przekroczeniu staromiejskiej Wieży Mostowej, wchodzimy w zaczarowane uliczki, podziwiając nie tylko piękno kamieniczek, ale także ciche, wolne od tłumów zaułki, czy próbując bezkolizyjnie przedostać się przez chyba najwęższą uliczkę świata! :-) 

 

Docieramy do końca naszego spaceru, na Stare Miasto. I tu zatrzymujemy się na dłużej. 

Na wschodniej pierzei pyszni się rokokowy pałac Golz-Kinskich, przytulony doń gotycki Dom Pod  Kamiennym Dzwonem oraz kościół Marii Panny przed Tynem.

Najbardziej oblegana jest oczywiście wieża Ratusza, ze słynnym XV-wiecznym zegarem Orloj i kalendarzem. Co godzinę odbywa się widowisko, w którym uczestniczą figury zegara: śmierć, Turek, próżność i chciwość, a tłumy cierpliwie czekają na ta procesję 

Cały Rynek okalają przepiękne, bogato zobione kamienice, jak na przykład ta - dom Sztorcha - z malowidłem św. Wacława na koniu.

 W części Północno-zachodniej - pomnik Jana Husa,

 i kościół św. Mikołaja

A potem już był czas wolny, na zjedzenie czegoś, na zakupy, na odpoczynek. Z tego ostatniego skorzystaliśmy bardzo skwapliwie, umęczeni nieludzkim upałem i "kilometrami" w nogach. Całe dwie gdoziny siedzieliśmy przy piwku,  na skraju  praskiego Rynku Staromiejskiego, w niewielkim parku, pełnym ludzi, okupujacych ławki tak samo, jak my!

 

Na koniec przykład "czeskiego humoru", czyli: jak przypatrywać się politykom. Oczywiście z przymróżeniem oka. Na dowód, rzeźba "panowie sikający" na Republikę Czeską! U nas autora by zlinczowano i pomniczek rozebrano! Na mur beton! :-))))))

 

 

środa, 17 sierpnia 2016
Coś dla duszy!

 Kulturalny sierpień, jak zwykle otwiera Noc Poetów!

To nie tylko prezentacja twórczości laureatów Ogólnopolskiego Konkursu Jednego Wiersza, ale także występy znanych mniej lub bardziej zespołów muzycznych, które wolą poezję śpiewaną, niż muzykę popularną, łatwą , lekką i przyjemną!

Z bieszczadzkiej trasy przyjechał zespół Cisza Jak Ta, z przepięknymi balladami i własnymi opracowaniami muzycznymi wierszy Kofty, Osieckiej i Baczyńskiego

Subtelnymi aranżacjami wierszy Ziemianina oczarował zespół U Studni, którego trzon stanowiło kilku artystów Starego Dobrego Małżeństwa

Miłosne poezje Mickiewicza i Asnyka recytowała aktorka Ewa Serwa, przypominając dawno zapomniane słowa, poruszające serce i duszę!

 A Włodzimierz Matuszak i Paweł Królikowski umówili się krótko przed występem, że wystąpią w duecie, i zaczęli wymieniać się interpretacjami wierszy Leśmiana. To był prawdziwy majstersztyk i nie na darmo dostali owcje na stojąco! 

Kilka dni później, niespodzianka. W drodze na festwal gospel w Gniewie, godzinny koncert dała grupa Black International Gospel Singers z USA. Artyści śpiewają nie tylko klasyczne gospel, ale i soul, i jak to zwykle bywa, nie mieli trudności, aby porwać widownie do energetycznego śpiewu oraz tańca, chwalacego Imię Pana!

Creme de la creme ostatniego weekendu, to oczywiście kolejna już odsłona Nocy Operetkowych, z głównym udziałem orkiestry Johanna Straussa z Bydgoszczy.

W koncercie "La Luna Rosa", czterech znanych polskich tenorów, przy akompaniamencie chóru sopranistek zaprezentowało najwspanialsze pieśni włoskie, hiszpańskie, greckie, angielskie, rosyjskie i żydowskie.

Natomiast dnia następnego  przenieśliśmy się do Cafe Bodo przy ul. Foksal w Warszawie i lata 20-lecia miedzywojennego. Widowisko słowno-muzyczne, to swobodna interpretacja rozmów i wspomnień, być może prawdziwych, a może nie, między Hanką Ordonówną i Eugeniuszem Bodo, przeplatana największymi szlagierami tamtego okresu. 

W drodze powrotnej z wieczornych koncertów udało się nam jeszcze dotrzeć na szanty, które odbywały się nad naszym jeziorem.

Zespół żeglarsko-folkowy Za Horyzontem, prezentujący w lekko irlandzkich klimatach, świat morza widziany oczyma kobiet.  

Rewelacyjny zespół holenderski Harmony Glen, który porwał całą widownię do szalonej zabawy! 

Zdjęcia nr. 2,4,6,8,9 pochodzą z lokalnych portali internetowych

środa, 10 sierpnia 2016
Letnie atrakcje

Dla ciała

To była druga odsłona imprezy, która w ubiegłym roku uzyskała miano najlepszego debiutu sportowego! Triathlon! Udało nam się rzutem na taśmę ją zaliczyć, bo w ubiegłym roku w czasie jej trwania byliśmy w Hiszpanii, i gdyby nie zupełny przypadek, nawet nie wiedzilibyśmy, że coś takiego będzie w naszej wiosce. Dopingowaliśmy więc wytrwale zawodników, których było naprawdę mnóstwo - ok. 1500 osób. Słoneczna pogoda i dobrze przygotowane, ciekawe trasy, tłumnie kibicujaca publiczność spowodowała, że zawodnicy dumnie kończyli rywalizacje w strefie finiszera, mijając napis:"ukończyć, znaczy zwyciężyć"!

 Jak co roku, odbyła się kolejna edycja Eko-Jarmarku, na której także nie mogło nas nie być! Tym razem tematem głównym była ekologia, min. sposoby utylizacji i sortowania śmieci, a także popularyzacja tras leśnych i rowerowych ścieżek w Parku Narodowym Bory Tucholskie. Były różne atrakcje i warsztaty dla dzieci, oraz dla całych rodzin, było mnóstwo straganów i pyszne jedzonko oraz napitki. Nam najbardziej smakowały tradycyjnie kręcone lody, które były wyłącznie w smaku truskawki, wiśni, czekolady i wanilii, za to ich smak przywoływał słodkie wspomnienia dzieciństwa.

Ten tydzień dziwnie spokojny u nas. Najnajmłodsza wyjechała na kolonie, jej Rodzice bujają w okolicach Krakowa, Średnia Wnuczka przyjedzie do nas na pare dni jutro, Wnuk dzisiaj w nocy leci do Francji i później do Hiszpanii, a Córka wiewiórka pojechała do Brukseli odwiedzić Zięcia.

Cisza aż dzwoni! ;-)))))

czwartek, 04 sierpnia 2016
Letnia różnorodność

Wczoraj! Obudziłam się o trzeciej nad ranem. Bez żadnej wyraźnej przyczyny. Było jeszcze ciemno, chociaż  niebo powoli traciło swoją głęboko granatowo barwę. Jeszcze dwie godziny i  juz zacznie świtać. Zeszłam do kuchni, nastawiłam sobie kawę i doszłam do wniosku, że nie ma po co się kłaść, skoro i tak nie zasnę. Podreptałam z powrotem do sypialni, wyciągnęłam z szafy polarowy szlafroczek, do tego okulary, książka i.... maszyna do chleba. W koncu jakoś trzeba te godziny "odbębnić". Kawka pachniała, książka wciąga, na plecach ciepło, a w tle słychać kręcący się wirnik maszyny, zarabiającej chleb. W przerwie, jak już świtało, wyszłam na taras, spróbowałam pochodzić po rosie. Miłe uczucie, ale zimne! Zerwałam pomidory z krzaków, za bardzo pękają od codziennych deszczów. Pomyślałam sobie, że może jednak zdecydować się na parę grządek, chociażby do ziół. Musze to przemyśleć. Do następnego roku daleko, ale nie ukrywam, że te kilka pomidorowych krzewów bardzo mnie zmobilizowało!

Chleb się wypiekał w piekarniku, gdy nastawiałam następną partię. Do bagietek. Popołudniu mieliśmy jechać na córczyną działkę. Wnuk zapraszał na hotpota, czyli jedzonko po chińsku, serwowane z żeliwnego kociołka, perkocącego na ognisku.

Sama frajda, takie jedzenie. Zawsze jest przy tym wesoło, bo każdy chce z kociołka wyciągnąć najlepsze kąski. A trzeba przyznać, że z ulubionymi przyprawami wnukowymi, wszystko smakuje nie tylko inaczej, ale i ostrzej.  Szkoda tylko, że pogoda nam pokrzyżowała szyki, i rodzinna impreza skończyła się szybciej, niż planowaliśmy.

Na pożegnanie dostaliśmy furę papierówek. Ślubny uwielbia je chrupać, a ja już nastawiłam słój na ocet jabłkowy.

Dzisiaj byliśmy w lesie, bo ponoć tyyyyyle grzybów jest! No, są! Same papciaki napite wodą! Zebraliśmy parę brzozaczków młodych i kilkanaście kurek , podgrzybki były do wyrzucenia. Udało się jednak upichcić mocno grzybowy sos śmietanowy do makaronu. Obiad pychotka!

Za to inne ciekawostki rosną w lesie kolorowo bardzo! :-)

piątek, 29 lipca 2016
Wzmożenie letnie!

Ja nie wiem, czy wszystkim tak się zdaje, czy tylko mnie, że czas tak szybko leci, iż nie jest się w stanie dokładnie zastanowić nad upływającym latem! Bo to, że upływa w zastraszającym tempie, to chyba nie trzeba nikogo przekonywać! Jak zwykle, miało byc pięknie! I jest, tylko krótko! Miało być pogodnie! I jest, tylko dlaczego tyle tego deszczu! Miało być ciekawie! I jest, tylko jak uchwycić to wszystko, co oferują media, lokalsi, nie wspominając o rodzinnych więziach! Czy nie może to wszystko być rozłozone na większą ilość miesięcy? Nie tylko dwa! Nie da rady wszystkiego ogarnąc!

Już nawet nie wspominam, że rodzinnie to jeszcze jakoś tam, bo wiadomo: Zięciaszek na miesiąc z belgijskiej pracki jest. Wnuk najstarszy z Chin na wakacje przyjechał, i teraz kolęduje, a to do babci Irenki,  a to do nas, i mam nadzieję, że zadowolony i zaopiekowany po kokardę jest. Wnuczka średnia pracowita mróweczka, zarabia w sklepie dziecięcym przy stoisku słodkim, produkując gofry, naleśniki, szeiki i insze ustrojstwa, co to małolaty cenią, a ja na nazewnictwie się nie znam. Najnajmłodsza prócz wycierania podwórkowych włości na swym osiedlu, czasami do nas wpada, ale już rzadziej, bo w tym wieku Ona, co to "dziadostwo" najmniej potrzebne! :-)))) Ale trenuje i to nieźle, bośmy niedawno byli na ogólnopolskich zawodach małolatów średnich, na których startowała w sprintach: na 100 i 200 m; w tym pierwszym była jedna z lepszych! Aż serce rosło, i już z drugą babcią Renią, snułyśmy wizję wyjazdu na Olimpiadę w 2024r. Bo akuratnie rodzinnie sekundowałyśmy Młodej bardzo głośno!

I jakoś tak dziwnie się składa, że człowiek cholery dostaje, iż musi coś tam przygotować, coś zrobić, upiec, ugotowac, ale gdyby tego nie było, to co? Posiadywanie chyba tylko, i użalanie się nad własnym losem. Wprawdzie zawsze się mówi, że goście są wspaniali - na wjeździe, ale jeszcze bardziej wspaniali, gdy wyjeżdżają, jednak gdyby nie ONI, to smutne byłoby to lato, czyż nie? :-)))

A tak poza tym, to dzisiaj mieliśmy ostatnie zajęcia zumby. Następne dopiero we wrześniu! Ślubny targa własnoręcznie złowione ryby z jeziora, tyle tylko, że płocie i leszcze, których ja admiratorką nie jestem, ale niech tam- co sobie nasmaży i w ocet nakładzie, to jego. Ja zakończyłam już sezon jagodowy, aktualnie jestem na etapie róznych ciast czekoladowych, które Progenitura wręcz uwielbia. Zaliczyliśmy już parę gminnych imprez letnich, na podorędziu szykują się miejskie, i zupełnie  nie wiem, kiedy z tego wszystkiego zdam relacje, bo do komputera zasiąśc, to albo brak czasu, albo gruuuubo po czasie, jak na ten przykład wpis ze stolicy naszych południowych sąsiadów, u których byliśmy przy okazji bytności w Szklarskiej!

Żeby było ładnie, to jeszcze przeproszę za małą aktywność na blogach moich Ulubionych i Czytelników! Sie nie da póki co! Po prostu! Mam nadzieję, że od jesieni się poprawię! ;-))))

A na koniec parę fotek z ostatnich dni!

 Czekoladowe brownie, ubita śmietana, świeże owoce: czereśnie, jagody, porzeczki i maliny

Kostka czekoladowo-jogurtowa i mus malinowy z malinowoczekoladowymi wykończeniami

Zbierając jagody zdybałam jaszczurkę zwinkę - zdjęcie na spostrzegawczość, czyż nie :-)))) 

 Na naszej działce zaplątał się winniczek. Przenieśliśmy go z pustej doniczki na trawę, potem juz się sam przeźliznął! Na płot!

 Pamiętacie? To ta sama rodzinka łabędzia, o której pisałam parę miesięcy temu! Łabądki młode już całkiem, całkiem, nieprawdaż? :-))))

 Wczorajszy zbiór. Zoczyłam te okazy między pasem osiny a ścieżką rowerowąi, w wysokich trawach. Były widoczne tylko dwa okazy. Ślubny nie bał się pokrzyw, i zebrał całość! Nie musze chyba mówić, co było dziś na kolację? :-))))

Ta długonoga panienka, z nie mniej długim kitkiem, to nasza duma! Najnajmłodsza w trakcie rozgrzewki przed biegiem na setkę!!! :-))))

 Wspólny, dzisiejszy spacer ze Ślubnym! I ten widok! Rekompensuje wszystko? I dostarcza radości?

piątek, 22 lipca 2016
Znowu nogi - wespół zespół!

W czasie naszego wyjazdu do Szklarskiej, nie mogło oczywiście zabraknąć przynajmniej jednego  wypadu w góry. Oczywiście, padło na Szrenicę.

Ślubny nie zdawał sobie pewnie sprawy, co to jest chodzenie górskimi szlakami. Ja też raczej nizinna jestem, i mam za sobą jedynie dwie takie przygody: dawno temu w Tatrach i dziewięć lat temu z Pioterową, z którą na Szrenicę i owszem wjechałyśmy, ale potem wracałyśmy pieszo.

Nie wzięłam jednak pod uwagę tego, że moje nogi niestety, nie odmłodniały. Na dodatek, gdy Ślubny zobaczył po podjeździe wyciągiem, gdzie mamy dotrzeć, to zwątpił, i orzekł, że chyba mam coś nie teges z głową, jeśli sądzę, że On taki szmat drogi będzie się wlókł! Nie obyło się więc bez wygaworu, po czym dopiero pomogła moja uwaga, że cała grupa wiekowych, niemieckich staruszków dzielnie drepce, to On nie da rady? Nio! Jednak dobrze jest "wjechać" komuś na ambicję - poszedł! Jakoś w połowie drogi się rozchmurzył, i dotarliśmy pod Śnieżne Kotły. Problem niestety był ze mną, bo tak mnie nogi rozbolały, że ani mi w głowie było wracanie szlakiem, i powoli dodreptałam do wyciągu, aby z ogromną ulgą wysiąść na dole, i z lubością zalec w fotelu. Zmordowani bylismy okrutnie, i wychodzi na to, że jednak pisane nam niziny.

Starość nie radość, niestety! ;-))))

 

 Wjazd na górę, jak kiedyś, dostarcza niesamowite widoki.

Grupa skałek granitowych - Trzy świnki 

Śnieżne Kotły 

 Granitowe bloki gołoborza, porastają zielono-żółte porosty

A wśród traw - wełnianka 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 108