Kategorie: Wszystkie | wszystkie
RSS
środa, 10 lutego 2010
Bałwan blondi!

Od poniedziałku mam rehabilitację kolan.

Szpital mieści się za miastem, więc samochód nieodzowny. Garaż odgruzowany ze śniegu, fajnie, można jeździć. Nie wzięłam jednak pod uwagę faktu, że chociaż mam prawo jazdy 20 lat, nigdy nie zdarzyło mi się jeździć po śniegu.

Aby wyjechać z naszego garażu, trzeba zaraz zakręcać w prawo, po skosie, bo zaraz za plecami jest skarpa. Teraz ograniczają jeszcze wyjazd zwały śniegu.

Uważałam, naprawdę uważałam! Ale niestety! Za bardzo najechałam lewą stroną przy wyjeździe, i jak nic, wjechałam w zaspę. Próbowałam pojechać kawałek do przodu na „dwójce”. Nic. Koła buksują w  śniegu. Motor wyje, jak oszalały. Koniec!

Nie było wyjścia. Dzwonie do pracy, do Ślubnego, z prośbą o pomoc. Wpierw nasłuchałam się,  że praca to nie jakieś fiu-bździu, nie może On być na każde moje zawołanie!  A co się przy tym nasłuchałam o bałwanach i blondynkach, to moje. Przyjechał jednak ze synem, pomogli mi wypchnąć samochód z zaspy. Po południu, wiedziona „godnościom osobistom” chciałam osobistemu Ślubnemu nieszczęściu zafundować parę cichych godzin za te jego wcześniejsze złośliwości, ale okazało się, że nie bardzo mogę. Dostałam propozycję nie do odrzucenia. Ślubny będzie przez najbliższe dwa tygodnie wstawał wcześniej, aby przed pracą wyprowadzić samochód z garażu, i podjechać nim pod blok, abym nie musiała się mordować sama z wyjazdem. On umówił się z Synem i razem będą dojeżdżać do pracy. Dobre i to!

poniedziałek, 08 lutego 2010
Artykuł pierwszej potrzeby!

Co jest najważniejsze w zimie? Zwłaszcza, gdy się jest posiadaczem samochodu i garażu?

Wiadomo, odpowiednia łopata. Nie może to być taka zwyczajna łopata, jak te używane w ogrodzie do kopania, ale szeroka, plastikowa łopata, specjalnie do odgarniania śniegu.

Nasz garaż jest ostatni w linii garaży, tuż pod skarpą. Ponad nią biegnie zakolem osiedlowa ulica. Chociaż na skraju skarpy rośnie żywopłot, to jednak przy obecnych śnieżycach i zamieciach, nie stanowi on żadnej osłony przed śniegiem. Toteż hulające niedawno wiatry nawiały całkiem sporo białego puchu. Na dodatek, dwaj sąsiedzi nie używają chyba samochodu w zimie, bo koło ich garaży nic nie jest odśnieżone. W tej sytuacji Ślubny musiał przekopać w śniegu kilkumetrowy tunel, aby bez przeszkód móc korzystać z naszego garażu. Po kilkunastu machnięciach tradycyjną łopatą stwierdził, że to syzyfowa praca i pojechał do miasta szukać specjalnej łopaty przeciwśnieżnej. Objechał wszystkie sklepy, nie znalazł. Nie ma! Były, ale się "zmyły"! Na nowe trzeba się zapisać w kolejkę i pilnować terminu dostaw.

Udało się za trzecim podejściem. Garaż odśnieżony.

A mnie się przypominają czasy komuny, gdy latem brakowało sznurka do snopowiązałek, a po wszystko trzeba było odstać "swoje" w kilometrowych kolejkach, tracąc nerwy na zapisy oraz wyczekując na sezonowe dobra w gromadzie zdesperowanych klientów .

Jakoś za bardzo daleko od tamtych czasów nie odeszliśmy!

czwartek, 04 lutego 2010
Ptakom podobna - być ?

Pisałam wczoraj, że w ostatnim tygodniu, powalona boleścią, ogladałam wiele przyrodniczych filmów.

Szczególnie jeden mnie zachwycił. Była to produkcja francuska. Opowiadano o migracjach ptaków. Pokazywano przy tym urodę Ziemii. To było coś.... , coś...., coś tak fascynującego, że nie znajduję słów na opisanie tego piękna, które było widziane oczyma frunących nad lądami ptaków!

I pomyslałam sobie: "ech, tak ptakiem być! Zobaczyć te wszystkie cuda naszej Ziemi na własne oczy! Przecież życia mi nie starczy, aby to piękno pooglądać!"

Gdyby tak uwierzyć w reinkarnację? W kolejnym wcieleniu zostać ptakiem?

środa, 03 lutego 2010
Efekty zdziecinnienia!

Kiedy człowiek w pewnym wieku zachowuje się jak dziecko, bardzo często wychodzi mu to „bokiem”.

W ubiegły piątek zachciało się mnie i znajomej, wracać na skróty, z odległej od naszego osiedla siłowni . A skróty te, to ledwo co wydeptana w kopnym śniegu dróżka, biegnąca wzdłuż lasku miejskiego, a potem przez pola.

Śniegu, sięgającego prawie do kolan, całe mnóstwo. Ale co tam! My, dzielne babki, damy radę. Dopiero co podbudowałyśmy się na przyrządach, butki mamy solidne, zaspy nam niestraszne. Ale zmachałyśmy się okrutnie, bo takie chodzenie wymaga zaangażowania całego ciała. Pewnie też wtedy nałykałam się zimnego powietrza, bo pod koniec drogi, to już dyszałyśmy, jak stare szkapy.

A już w sobotę, znajome drapanie w gardle. Potem przyplątały się dreszcze. Leciało z nosa, i z oczu. Masakra! Nie było wyjścia, zapakowałam się do łóżka. Ślubny donosił litrami herbatę, wcierał amol w plecki, rozpieszczał i był na każde zawołanie. Połykałam masę tabletek, piłam syropki, robiłam inhalacje na zapchany nos, zużyłam masę chusteczek higienicznych.

W międzyczasie przeczytałam 3 książki, obejrzałam masę programów przyrodniczych na kanałach National Geographic i Animal Planet. Laptop nie istniał.

Kiedy tak sobie leżałam, parę razy zrobiło mi się ciepło na serduchu, gdy dostałam telefony od paru dobrych dusz bloxowych, z  pytaniem, co się dzieje, że nie piszę. To miłe, gdy się człowiek dowiaduje, iż ktoś na tą pisaninie czeka!

Dziękuję!

Dzisiaj już w końcu wstałam, bo od tego leżenia to mi się chyba odciski na wszystkich gnatach porobiły.

Akurat zdążyłam odwiedzić wszystkich moich ulubionych. Strasznie ten blox powoli chodzi!

A ponieważ wiadomo, że łóżko „wyciąga”, przeprowadzam się na kanapę, bom jeszcze lekuchno słabowita i pocę się, jak mysz.

Dobrego Wieczoru Moi Mili!

 

środa, 27 stycznia 2010
Pamięć!

STANCJE - 5

Pisałam tutaj,że za pieniądze, które razem z moim przyszłym Ślubnym zarobiliśmy na hodowli jedwabników, planowaliśmy kupić meble. Dlatego konieczne było poszukanie już nie umeblowanej stancji, ale trzeba wynająć pusty pokój, jak się uda, to z kuchnią.

Tak, jak zwykle, do poszukiwać włączyliśmy bliższych i dalszych znajomych, i już po miesiącu znaleźliśmy.

To był dom typu bliźniak, w którym mieszkali dwaj bracia z rodzinami. Obaj byli wozakami.

I obaj nieźle pociągali, z tym, że młodszy brat mniej.  Ja miałam mieszkać u starszego. Różnice między braćmi było widać gołym okiem. Część młodszego brata była ogrodzona i zadbana, podwórko zawsze czyste, część gospodarcza spora, aby zmieściła się stajnia dla konia i kurnik. W domu schludnie, i co najważniejsze, była kanalizacja.  Od razu było widać, że młodsza pani M. potrafi jakoś dopilnować swego męża, aby nie chodził wiecznie „nabumbany”, tak, jak jego starszy brat. Młodszy woził węgiel, starszy w ogromnej „kaście” wodę na budowy. Gdy  za dużo wypił, koń bez kłopotu ciągnął wóz do domu. Jego żona była wiecznie zapracowana sprzątaniem i praniem po ludziach, nie bardzo jej się chciało utrzymywać porządek w domu. Dzieci chodziły brudne i zasmarkane, czasami z glutem do pasa biegały zimą do wychodka, i nigdy im nic nie było, żadnego kataru czy kaszlu.

Część starszego brata nie miała ogrodzenia, bieda rodziny wychodziła z każdego kąta, nie było kanalizacji, a za potrzebą trzeba było chodzić do „sławojki”.  Cała rodzina, czyli małżonkowie i trójka dzieci gnieździli się w jednym pokoju i kuchni, bo mały pokoik zajmował szwagier. Natomiast na piętrze był gotowy tylko jeden pokój, dość duży, miał około 39 m.kw. i był wynajmowany. Akurat poprzedni lokatorzy wyprowadzali się do bloku, i miałam szczęście, że nikt mnie nie ubiegł. Oczywiście zamieszkałam sama, bo wtedy o wspólnym mieszkaniu bez ślubu, można byłoby tylko pomarzyć.

Zaczęło się urządzanie naszego gniazdka.

Chłopak z kolegami pomalowali ściany, odnowili okna i drzwi. Potem zajęliśmy się poszukiwaniem mebli. Udało nam się kupić całkiem niezły komplet: wersalka, szafa trzydrzwiowa, pomocnik, stół, 6 krzeseł, rozciągana ława i dwa fotele. Dodatkowo dokupiłam dwa stoliki. Jeden służył za podstawę pod miednicę w części łaziennej,  a drugi stolik był blatem kuchennym, na którym stała dwupalnikowa maszynka. Stolik ten był u dołu osłonięty kotarką,  aby nie było widać garnków i naczyń tam położonych. Oba stoliki stały w wydzielonej części pokoju, osłoniętej płócienną kotarą, która rozciągnięta była na metalowym stelażu. Dywanu nie było, bo już zabrakło kasy, ale kupiłam dwa chodniczki, i jakoś to wszystko wyglądało. Oczywiście, sukcesywnie dokupywaliśmy różne rzeczy, aby to miejsce ocieplić. Wszystko wspólnie A to lustro, a to jakiś obrazek, pościel, ręcznik, serwetkę, obrus. Dosłownie dorabialiśmy się wszystkiego od przysłowiowej igły.

Największym problemem dla mnie na samym początku mieszkania w nowym miejscu, było rozpalanie w piecu kaflowym. Bosz, ile to trwało, zanim opanowałam tajniki szybkiego rozpalania. Oczywiście musiałam też pamiętać o kupieniu opału. Na całe szczęście, gospodarze odstąpili mi kawałek piwnicy, gdzie mogłam składować węgiel i drewno. Gdy po pierwszym sezonie zimowym okazało się, że jakoś dziwnie mi ubywa opału, w następnym roku zmajstrowaliśmy drewniane przepierzenie, które zamykałam na kłódkę.

W międzyczasie, gospodarze znaleźli młode małżeństwo, które z reszty piętra, na którym mieszkaliśmy zbudowali sobie pokoik z ciemną kuchenką. Miałam więc sąsiadów.

Po roku czasu mój Chłopak został Ślubnym i zaczęliśmy dosłownie wspólne życie, o czym cdn.

poniedziałek, 25 stycznia 2010
Tadam !!!!!

Każdy człowiek, raz na jakiś czas, lubi być doceniony. Ja też! I chociaż specjalnie nie przywiązuję wagi do statystyk, okazało się, że od ubiegłego roku (na 100 blogów znalazłam się na 63 miejscu w ilości komentarzy) poprawiło mi się w tym względzie o 20 miejsc.

To znaczy, że ta moja pisaninka, taka sobie, zupełnie zwyczajna, ma swoich czytelników. Nawet stałych!

I za to wszystkim chcę serdecznie podziękować!

Bo jest tyle blogów, prawie póltora miliona. Tyle ludzi tak pięknie pisze. Czasami, jak tak sobie chodze po blogowisku i czytam, to najnormalniej w świecie, zazdroszczę. Tej składni, stylistyki, pięknego języka, cudownych metafor, przemysleń.

Tym bardziej doceniam, co mam!

10.000 - sięcznym komentarzem powitała mnie wczoraj 54IRA!

Nowe 10.000. które mam nadzieję w przyszłości podliczyć, zaczęła AKSENI !

Dziękuję więc wszystkim!

Zawsze będziecie moimi przemiłymi gośćmi, niezależnie od tego, czy komentujecie, czy też macie ochotę tylko pomilczeć!

sobota, 23 stycznia 2010
Hu,hu,ha!!! Hu,hu,ha!!!! Nasza zima...

Zła?

Nie, nie, nie zła, tylko najbardziej normalna w naszej części Europy! Z dawnych lat dziecinnych pamiętam dokładnie takie same zimy, które nie od przypadku, ale co rok, nawiedzały naszą siermiężną wtedy rzeczywistość. Ile było frajdy na śniegu. Te sanny z "górki na pazurki"! Te boje na śnieżki z chłopakami! Przychodziło się do domu zupełnie mokrym, ale przeszczęśliwym i radosnym! Albo łyżwowanie. Kto teraz pamięta te łyżwy na "motylki", które trzeba było najpierw w obcas wcisnąć. A obcas miał taką specjalnie zrobioną dziurkę, do tego przymocowany przez szewca kawałek blachy z odpowiednim otworkiem, do którego dopiero trzeba było łyżwę wpasować. Na dodatek te łyżwy musiały być do butów przytroczone paskami lub rzemieniami, bo inaczej nie szło jeździć! Ech, łza się w oku kręci!

A teraz? Zima z mrozami, której dawno nie było, to kataklizm. Wychodzi człowiek sobie po zakupy, i kombinuje: dwa do tyłu, trzy do przodu, na tej śniegowej bryji, pod którą lodu cała masa. Samochodem na parkingu przyosiedlowym ciężko wjechać, bo całe zwały śniegu na poboczach, porozjeżdżane "muldy". Szok! Ale za to jak fajnie sobie iść na mały spacerek. Wróciłam akuratnie z takowego. Oczywiście, trochę to trwało, zanim się doń przygotowałam. Bo to i krem i podkład odpowiedni, ciepłe skarpety, sweterek dodatkowy, czapusia, szaliczek. I już nam zima nie jest zła. Poszczypie po policzkach, świeże, mroźne powietrze czuje się w płucach, słoneczko zimowe popieści!

Zakupy zrobione! Jeszcze 2 godziny i Wnuczęta przychodzą na imprezę. W końcu trzeba docenić ich trud w świętowanie Dnia Babci i Dziadka. Zaraz się biorę za zrobienie surówki z białej kapusty.Robię ją w pierwszej kolejności, bo wpierw poszatkowana kapustka musi byc dobrze ugnieciona z solą, aby nie była twarda, dopiero później dodaje się resztę ingrediencji. No, i kotlety plaskate trza uformować, a potem usmażyć. Sałatę umyć. Sos majonezowo-keczupowy zrobić. Bo buły juz czekają, takie specjalne, z sezamowym ziarnem po wierzchu.

To już wiadomo, co będzie! Hamburgery! I Mc Donald może się przy nich schować!

czwartek, 21 stycznia 2010
Świętowanie !

Już przed południem niespodziewajka! Przyszedł Wnuk. Znalazł czas przed pójściem do szkoły. Do życzeń dołączył dwa czekoladowe serca.

Poczęstowałam go herbatką z miodem i cytryną, pogadalismy troszeczkę o jego planach co do wyboru szkoły, aktualnych ocenach, jego fotoblogu. I zaprosiłam na sobotę, na wspólne świętowanie naszego Święta ze swoją siostrą i kuzynką.

W południe przyjechał Ślubny, zwolnił się z pracy, aby razem ze mną pójść do przedszkola najmłodszej Wnusi.

Tam czekała na Babcie i dziadków pięknie udekorowana sala.

Przy pięknie udekorowanych stołach jedliśmy ciasto, pilismy pyszną kawkę i oglądaliśmy występy Wnuków i Wnuczek. Było głośno i wesoło. Na koniec każdy z seniorów od swojej Wnusi lub Wnusia otrzymał piękną laurkę i papierową różę.

środa, 20 stycznia 2010
Zgryz !!!

Synek miał sprawę do załatwienia, Synowa w pracy, na dwie godziny najmłodsza Wnusia została przywieziona do nas.

Dość szybko znudziła się bajkami, potem kilka gier wykonała z serii "fryzjer", w końcu zapytała, czy może zobaczyć, co mam w szafie.

Zgodziłam się.

Mała odsunęła drzwi szafy. Patrzę! Zmarszczyła nosek, kręci głową, przesuwa wieszaki, mruczy coś pod nosem. W końcu, prawie z rozpaczą pyta:

- No, w co Ty się Babciu na jutro na imrezę do mnie ubierzesz?

Właśnie! W co?

Bo zapomniałam Wam powiedzieć, że już wczoraj Wnusia osobiście do nas zadzwoniła i zaprosiła na imprezę przedszkolną,  z okazji Dnia Babci i Dziadka.

wtorek, 19 stycznia 2010
Niebieskie migdały

Razem ze Ślubnym lubimy budyń. Gotuje go najczęściej wtedy, gdy na obiad jest sama zupa, wprawdzie zawiesista i pożywna, ale jakiś deser do tego byłby wskazany.

To ugotowałam. Czekoladowy.

Nie nadawał się do jedzenia!

Słony jak zaraza!

Fuj!

O czym ja myślałam?

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 48
stat4u